poniedziałek, 25 października 2010

BESTSELLER (Be-seu-teu-sel-leo, Korea Płd, 2010)


O co chodzi?

Baek Hee-soo jest autorką poczytnych powieści kryminalnych. Życie prywatne pisarki również układa się znakomicie – ma kochającego męża i śliczną córeczkę. Wszystko ulega zmianie, gdy niespodziewanie zostaje oskarżona o plagiat. Załamuje się, ponieważ zarzeka się, że nie czytała oryginału, który podobno splagiatowała w swym ostatnim bestsellerze. Żeby odzyskać psychiczną równowagę i powrócić po dwóch latach przerwy do pisania, udaje się na wieś wraz z Yeon-hee, swą córką. Zamieszkuje w pięknym wielkim domu, należącym niegdyś do amerykańskiego misjonarza. Wkrótce okazuje się, że dom skrywa mroczną tajemnicę. Dziewczynka spotyka się z tajemniczą „przyjaciółką”, która podobna została zamordowana w domu. Hee-soo początkowo nie chce słyszeć opowieści Yeon-hee o nieznajomej, ale w końcu coraz bardziej angażuje się w historię morderstwa. Staje się ona fabułą jej najnowszej powieści „Otchłań”, która szybko zyskuje status bestsellera. Lecz wtedy wychodzi na jaw, że Hee-soo po raz drugi dopuściła się plagiatu. Bohaterka tym razem się nie poddaje. Postanawia wrócić do domu amerykańskiego misjonarza i znaleźć dowód swej niewinności.

Duch…

Debiut Lee Jeong-ho, „Bestseller” sprawia wrażenie jakby miał być pierwszym i ostatnim filmem koreańskiego reżysera. Bo chyba dlatego jego twórcy upychają w fabule tyle wątków, że wystarczyło by ich na co najmniej trzy pełnometrażowe filmy. Jest bowiem nawiedzony dom, duch (który okazuje się projekcją zaburzonego umysłu), szaleństwo, zbrodnia z przeszłości, poczucie winy, ludzka pamięć, zmowa zmilczenia, zbiorowy portret prowincjonalnego miasteczka i jego mieszkańców, zdradzona miłość i spirala zła, w którą wciągnięci wbrew sobie zostają zwyczajni ludzie.  Na pozór widzowie kina azjatyckiego nie powinni czuć się zaskoczeni, bowiem hybrydy różnych gatunków, stylów i tematów to specyfika wielu produkcji z Orientu. Ale jeśli można wysunąć jakiś zarzut wobec „Bestselleru” to byłby nim właśnie nadmiar atrakcji zaserwowanych nam przez debiutanta. Na całe szczęście udaje się uniknąć fabularnego chaosu, ponieważ z historii przedstawionej w filmie da się wyodrębnić trzy części. Pierwsza z nich pod względem fabuły najbliższa jest konwencji opowieści o nawiedzonym domu. Bohaterka zamieszkuje w eleganckiej, przestronnej wilii, by szybko się przekonać, że w jej ścianach (a raczej podłodze) czai się coś niepokojącego. Kobieta zaczyna miewać przerażające wizje a jej kilkuletnia córka spotykać się z tajemniczą przyjaciółką (jak można się domyślić duchem). Ta część filmu jest najmniej interesująca, ponieważ podobne historie widzieliśmy już setki razy. Najsłynniejszym przykładem w tym względzie jest horror Stanley Kubricka, „Lśnienie”, który – jak pamiętamy – opowiadał o pewnym pisarzu, szukającym inspiracji w opuszczonym na czas zimy hotelu. Jak się okazywało hotel był nawiedzony a pisarz zamiast weny znajdował szaleństwo i zbrodnie. Hee-soo także zachowuje się coraz dziwniej, chociaż w jej przypadku postępujące szaleństwo odblokowuje ją pisarsko i pozwala stworzyć kolejny bestseller. Eom Jeong-hwa, która odtwarza postać Hee-soo w tej części filmu wyjątkowo mnie drażniła, ponieważ cenią ją sobie bardzo nie tylko za urodę, ale także za talent. Eom grała histerycznie, zachowywała się nielogicznie i nie przysparzała ani sympatii ani zainteresowania swojej bohaterce. Na szczęście aktorka w dalszej części filmu porzuca irytującą manierę i przypomina widzom, że potrafi grać naturalnie i przekonująco. 

….szaleństwo…

Wraz z pierwszym fabularnym twistem, który następuje po ponownym oskarżeniu Hee-soo o plagiat historia zaczyna nabierać rumieńców. Zmienia się bowiem charakter przedstawionych postaci i zdarzeń. Na jaw wychodzi kilka rewelacji, których rzecz jasna, nie będę zdradzał. W każdym razie fabuła porzuca wątek nawiedzonego domu i ducha i wkracza w obszar kina psychologicznego (a może nawet psychopatologicznego). Pojawia się jeden z ulubionych motywów koreańskiego kina – poczucia winy i ludzkiej pamięci. W tym miejscu obraz Lee zbliża się na przykład do „Opowieści o dwóch siostrach” (o ile odrzucimy całą jego horrorową otoczkę). W obu filmach bohaterowie tracą bliską osobę, obwiniając się za jej śmierć. Poczucie winy jest tak ogromne, że niemal całkowicie rozbija ich psychikę i zaburza racjonalny osąd rzeczywistości. W otoczeniu bohaterów pojawiają się postacie, które okazują się być projekcjami ich ukrytych lęków i poczucia winy, a ni realnymi osobami. Twórcy „Bestsellera” nie mają czasu, by drążyć ten wątek, toteż intryga wpada już na nowe tory. Tym razem thrillera psychologicznego z wątkiem kryminalnym.

…i zbrodnia

Trzecia część filmu, gdy Hee-soo powraca do miasteczka i domu należącego niegdyś do amerykańskiego misjonarza, jest najbardziej interesująca i najlepsza. Nie tylko rozpoczęte wcześniej wątki znajdują satysfakcjonujące zwieńczenie, ale nadto ostatnie kilkadziesiąt minut filmu Lee dostarcza najwięcej emocji. Bohaterowie uciekają i ścigają, życie Hee-soo zostaje zagrożone, trup ściele się gęsto, a wszystkie przemyślane plany zawodzą. Najciekawszy wydał mi się  jednak nie typowy dla thrillera wątek walki o przetrwanie, ale pojawiający się nieco na uboczu temat banalności zła. Okazuje się czarnymi charakterami nie są w filmie Lee psychopaci i sadyści, ale najzwyczajniejsi w świecie osobnicy, zajmujący się na co dzień nauką w szkole albo biznesem. „Bestseller” w sugestywny sposób ukazuje jak łatwo jest przekroczyć granicę miedzy dobrem a złem. Zło zostaje wyrządzone bez premedytacji, przypadkowo. Ale gdy się już dokonuje, wciąga kolejne osoby niczym oceaniczny wir. Paulo Coelho w „Demonie i Panie Prym” pisał: „Odkryłem, że jeśli nadarza się sposobność, by ulec pokusie, to niestety jej ulegamy. Każda istota ludzka na ziemi potrafi czynić zło, zależy to tylko od okoliczności.” Ta pesymistyczna teza znajduje w debiucie Lee przekonujące potwierdzenie. Znacznie podnosi także wartość „Bestselleru”, który choć jest filmem przede wszystkim dostarczającym rozrywki, potrafi przemycić kilka niegłupich, smutnych refleksji na temat podatnej  na zło ludzkiej natury.

Dlatego wystawiam  OCENĘ 7/10

Więcej o BESTSELLER


>
             

poniedziałek, 11 października 2010

JAK STRASZYĆ, ŻEBY PRZESTRASZYĆ
czyli 10 zasad skutecznego straszenia widzów

Straszenie widzów to nie jest prosta sprawa. Zwłaszcza gdy mamy do czynienia z filmowym wyjadaczem, który połamał zęby na niejednym horrorze. Oczywiście, ręka chwytająca znienacka bohatera za ramię daje 100% pewności, że każdy się wzdrygnie, choćby nie wiadomo jako wiele horrorów obejrzał. Ale takie metody są prymitywne i nie przystoją twórcom grozy z najwyższej półki. Jeśli mamy ambicje nimi się stać, a jednocześnie tak straszyć, żeby skutecznie przestraszyć, konieczne jest przestrzeganie kilku podstawowych zasad. Oto dziesięć z nich, których dotrzymanie gwarantuje, że nawet największy twardziel poczuje dreszcz przerażenia na plecach.

10 Zasad skutecznego straszenia widzów 

1.Odpowiednie atmosfera
Scena grozy nie może budzić uśmiechu na ustach ani być nam obojętna. Widz musi choćby na krótki czas stać się uczestnikiem rozgrywającej się grozy. W tym pomaga atmosfera. To magiczne słowo jest w istocie wypadkową elementów fabularnych ( bohaterowie, intryga itp), jak też technicznych (środki filmowe wyrazu, muzyka, sceneria itp.)

2.Odpowiednie przygotowanie
Scena grozy powinna być kulminacją pomniejszych niepokojących zdarzeń i budzących niepokój postaci. Tym sposobem buduje się atmosferę czyhającego niebezpieczeństwa i narastającego zagrożenia. Szarpie się nerwy widza. Doprowadza się go do stanu głębokiego niepokoju. A wszystko po to, by urobić wrażliwość widza tak, by w odpowiednim momencie odpowiednio zareagował. 

3.Odpowiednie miejsce
Scena filmowej grozy powinien znajdować się w odpowiednim miejscu fabuły filmu. To znaczy, że najmocniejsza (nawet jeśli tylko w założeniu) scena nie może się pojawić na początku fabuły czy w jej środku. Obowiązuje zasada gradacji: od cienia poruszającego się zza plecami bohatera, po upiora rozszarpującego nieszczęśnika.

4. Odpowiednia ilość
Sceny grozy nie mogą być traktowane jak seria z karabinu maszynowego, pojawiając się co pięć minut. Obowiązuje zasada suspensu i retardacji, czyli zawieszenia i odwlekania. Bowiem im dłużej na coś czekamy, tym bardziej tego pragniemy.

5. Odpowiednia długość
Scena grozy nie może być za krótka ani za długa. Krótka scena nie pozwala odpowiednio zadziałać na emocje widza. Widz potrzebuje czasu, niekiedy nawet kilku sekund, by „wczuć” się w sytuację, w której znaleźli się bohaterowie. Z kolei scena trwająca za długo osłabia intensywność grozy. Ile powinna zatem trwać scena? Nie ma prostej odpowiedzi. Scena z wychodzącym z telewizora duchem nie powinna jednak trwać dziesięciu minut, a scena penetrowania opuszczonego szpitala – dwóch.   

6.Odpowiednia puenta
Scena grozy bez puenty czy też po prostu wyrazistego, akcentu ją kończącego, jest jak zdanie bez kropki. Puenta jest bowiem kropką, która kończy scenę. Zazwyczaj jest nią krótkie ujęcie albo ujęcie spanoramowane, gdy kamera powoli wydobywa z kadru jakiś znaczący element (np. wtyczkę wyciągniętą z telewizora, który pomimo tego działa). Puenta powinna zawierać niespodziankę albo mocny obraz – przerażającą twarz mordercy bez maski, okaleczone zwłoki, nóż wbity w brzuch

7. Dawka dziwaczności
Scena grozy doprawiana dawką dziwaczności potęguję niepokój a nawet przerażenie, wprowadza element irracjonalności.  „Coś dziwacznego”, to najczęściej coś, co nie powinno mieć miejsca w rzeczywistości. Duch wychodzący z telewizora, żywy trup snujący się leśnym duktem czy nawet szaleniec dobijający się do drzwi.  

8. Realizm
Roman Polański powiedział w jednym z wywiadów: „Im bardziej zależy mi na tym, aby film był fantastyczny, tym większą wagę przywiązuje do jego realizmu.” Czego się boimy? Ducha wychodzącego ze ściany czy sąsiada, który jest ukrywa twarz seryjnego mordercy? Co jest bardziej przerażające: świat pełen smoków czy znajome klatka schodowa, na który czyha morderca? Realizm, także realizm psychologiczny (czyli mieszące się w granicach prawdopodobieństwa zachowania i motywacje bohaterów), jest być może najistotniejszą zasadą skutecznego straszenia. Jeśli filmowy świat jest realistyczny, to staje się nam bliski. Im jest nam bliższy, tym bardziej nas jest w stanie przerazić.

9. Zero efektów komputerowych
Z postulatem realizmu wiąże się ściśle zasada „zero tolerancji” dla efektów komputerowych. Horror to nie kino science-fiction czy fantasy, gdzie efekty CGI bywają częstokroć niezbędne. Jak stworzyć świat „Władcy pierścieni” nie korzystając z filmowej magii? Nie można. Można, a nawet trzeba jednak dążyć do maksymalnego realizmu w świecie filmowego horroru, gdyż to, co bliskie skuteczniej może nas poruszyć.

10. Unikać nagłego buuuu!
Wspomniana we wstępie ręka chwytająca za ramię bohatera wzmocniona stosownym bombastycznym dźwiękiem, czyli wielkie buuuu! jest co prawda najskuteczniejszą metodą przestraszenia, lecz też najbardziej prymitywną. Nawet trudno mówić w tym przypadku o wywoływaniu strachu, ponieważ w rzeczywistości tę metodą wywołuje się jedynie odruch bezwarunkowy. Wrażenie mocne, ale jednorazowe.  

Wzorcowa scena grozy

Przykład może i banalny, ale doskonały. Słynna scena z „The Ring- Krąg” Hideo Nakaty, gdy Sadako wypełza z telewizora.

>

Prześledźmy poszczególny zasady skutecznego straszenia przytoczone powyżej na przykładzie horroru Nakaty.  
Odpowiednia atmosfera:
Od początku trwania filmu panuje niepokojące atmosfera związana z serią dziwnych, przerażających zgonów wśród japońskiej młodzieży. Giną ci, którzy zobaczyli kasetę wideo z niesamowitym filmem. Jest tajemniczo, złowrogo, coś wisi w powietrzu.

Odpowiednie przygotowanie:
Składa się na nią intryga koncentrująca się wokół śledztwa, mającego rozwikłać tajemnicę nawiedzonej kasety wideo i zapobiec nieuchronnej śmierci głównych bohaterów, którzy mają określony czas na powstrzymanie klątwy. Jednocześnie dzieje się wiele dziwnych, niewytłumaczalnych zjawisk, pojawia się niezwykły, niepokojący film wideo, giną ludzie, pojawia się tajemnicza, milcząca dziewczynka Sadako.W końcu zagrożone staje się życie głównych bohaterów. Uciekający czas zwiększa z każdą minutą  tragiczny koniec. Wszystkie te elementy i zabiegi dramaturgiczne służą jednemu celowi – przygotowaniu momentu kulminacyjnego, czyli sceny z telewizorem.

Odpowiednie miejsce:
Scena kulminacyjna, jak przystało na finał filmu, pojawia się pod koniec. Co więcej  twórcy wykorzystują dramaturgiczny zabieg z pozorną kulminacją, gdy wydaje się, że „nic strasznego się już nie zdarzy”. Sadako zostaje odnaleziona na dnie studni, przytulona i właściwie pochowana, a jednak ani przez chwilę nie przestaje być groźna. I właśnie wtedy pojawia się właściwy moment kulminacyjny – scena z telewizorem.

Odpowiednia ilość:
W „The Ring- Krąg”jest raptem kilka „strasznych scen”, ale ta najbardziej straszna jest tylko jedna. Okazuje się jednak, że to wystarczy, ponieważ nie ilość, a jakość się liczy. Dobrze zainscenizowana i sfilmowana scena grozy pozostaje w pamięci widza na dłużej i zasiewa odpowiednie ziarno niepewności i niepokoju.

Odpowiednia długość:
Scena z telewizorem trwa 3 min i 25 sek i doprawdy trudno byłoby z niej coś wyciąc lub dodać. W tej jednak materii nie ma żądnej złotej reguły – wszystko zalezy id intuicji reżysera i montażysty. A ci w przypadku rzeczonej sceny z „The Ring- Krąg” wykazali się intuicją bezbłędną.

Odpowiednia puenta
W tym przypadku puenta jest mocna i wyrazista. Jeden z bohaterów umiera z przerażenia. Warto zauważyć, że puenta nie ma charakteru niespodzianki – jest logicznym zwieńczeniem sceny, ale za to spełnia wymóg wyrazistości. Na dodatek ostatni kadr stylizowany jest na negatyw taśmy fotograficznej (albo filmowej) co prowokuje szereg metaforycznych znaczeń. (np. że ofiara Sadako staje się częścią jej „filmu”)

 Dawka dziwaczności
 Tak naprawdę clue tej sceny jest właśnie owa dawka dziwaczności, czyli Sadako przedostająca się z niepokojącego filmu do rzeczywistości. Dziwny jest już fakt, że włącza się nagle telewizor, ale twórcy filmu podsycają irracjonalność sytuacji każąc filmowej zjawie wypełznąć z telewizora.  

Realizm:
Świat przedstawiony horroru Nakaty jest jak najbardziej realistyczny. Dlatego na jego tle na wyraziście odznaczają się wszystkie elementy fantastyczne.

Zero efektów komputerowych:
Rzeczywiście, w „The Ring- Krąg” praktycznie nie ma efektów specjalnych. Jedyny pojawia się wtedy, gdy Sadako wypełza z telewizora.

Unikać nagłego buuuu!
I nie ma właściwie tzw. jump scene`s – czyli ujęć eksponujących gwałtowną ewokację grozy. Jest niespieszno, nastrojowo i z ogromnym wyczuciem. 

I tak oto mamy jeden z najbardziej udanych filmów horrorów i scenę, która przeszła do historii gatunku. 

niedziela, 3 października 2010

LITLE RED FLOWERS (Chiny/Włochy, 2006)


Wyhodujemy super bohaterów
I dzieci mówiące wierszem
Wszystkie zwierzęta są równe
Ale są zwierzęta równiejsze
Narodziła się nowa kultura
Nowoczesna żywa struktura
Automaty w sztywnych kaburach
/frag. tekstu piosenki zespołu 1984, Ferma hodowlana/

O co chodzi?

Fang Qiangqiang jest czterolatkiem i synem niezwykle zapracowanych rodziców. Gdy babcia chłopca, okazuje się zbyt chora, by opiekować się wnuczkiem, rodzice postanawiają oddać go do przedszkola. Chłopczyk zalewa się łzami, ale ojciec jest nieugięty i oddaje chłopca w ręce pani Li, jednej z dwóch nauczycielek. Qiang poznaje rygorystyczne zasady panujące w przedszkolu, w którym jest tylko jednym z wielu podopiecznych. Nie potrafi się jednak podporządkować dyscyplinie i podczas, gdy inne dzieci powiększają liczbę czerwonych kwiatków – nagród za dobre zachowanie, Qiang nie ma ani jednego.  Chłopczyk zaprzyjaźnia się z dwiema dziewczynkami: siostrami Yang i zaczyna im opowiadać, że surowa pani Li jest w rzeczywistości potworem, który zjada małe dzieci. Wkrótce całe przedszkole ogarnia szeptana sobie do ucha wiadomość o prawdziwej naturze nauczycielki. Dzieciaki postanawiają związać śpiącą panią Li, by nie mogła ich zjeść. Któregoś wieczora przedszkolaki ruszają po cichu do pokoju nauczycielki. Ale „bunt” upada – pani Li nie jest przecież potworem a dzieci są tylko dziećmi.  Od tego zdarzenia Qiang staje się jeszcze bardziej niegrzeczny i zbuntowany. Ale Przedszkole nie znosi niepokornych jednostek i bezlitośnie się z nim rozprawia.

Chińskie przedszkole

Reżyser filmu, Zhang Yuan opowiada historię na pozór wolną od politycznych odniesień i krytycznego stosunku do chińskiej rzeczywistości. Co prawda przedszkole ukazane w filmie ma niewiele wspólnego z tą samą instytucją znaną na Zachodzie, ale w gruncie rzeczy opowiada historię, która mogłaby się przydarzyć każdemu dziecku wbrew jego woli pozostawionego wśród groźnie wyglądających pań nauczycielek i obcych dzieci. Ale przedszkole jest chińskie, bardziej przypomina szkołę kadetów niż miejsce, w którym dzieci miło i radośnie spędzają czas pod opieką wyspecjalizowanych opiekunów. Przede wszystkim zaganiani rodzice pozostawiają dzieciaki w przedszkolu nie na kilka godzin dziennie, ale na długie tygodnie, a nawet miesiące. Odcięcie od rodzicielskiej pępowiny to dobra metoda, by wychować przyszłe pokolenie nie na rozpieszczonych maminsynków, lecz na w pełni wartościowych obywateli świadomych wagi i roli kolektywu w życiu jednostki. I właśnie hodowaniem obywatelskiego kolektywu zajmuje się kadra pedagogiczna.

Film Yuana wydaje się na pierwszy rzut oka lekką i przyjemną opowiastką o pewnym zadziornym maluchu, któremu czupurny charakter przysparza nieustannie nowych kłopotów. Ale tak naprawdę ta „fajna” strona filmu skrywa przerażającą wizja państwowej instytucji, w którym wychowuje się dzieci, niszcząc ich indywidualny charakter. Wizja jest przerażająca, bo jak inaczej nazwać „przedszkole”, w którym wszystkie dzieciaki ubrane są tak samo, bawią się w to samo i pilnuje się by to samo robiły. Nawet poranne wypróżnianie na nocnikach odbywa się w radosnej gromadce wydalających z siebie maluchów. W tym przedszkolu nawet puszczenie gazów prowokuje nauczycielską reakcję. Jest to zresztą jedna z wielu śmieszno-strasznych scen: pani Li każe wypiąć maluchom pupy, by każdą z nich obwąchać w celu wytropienia „wichrzyciela”. Rutyna, dyscyplina i kolektywizm to trzy zasady, które można by umieścić nad bramą wejściową przedszkola. Nauczycielki zajmują się ścisłym przestrzeganiem tych zasad, kto ich nie przestrzega nie dostaje tytułowego czerwonego kwiatka z bibuły. Kto zdobędzie ich pięć, ten przez tydzień ma prawo być przewodniczącym klasy.  Niepokorny Qiang nie ma ani jednego, bo nie potrafi się sam ubrać, nie podnosi ręki, gdy chce coś powiedzieć, nie chce jeść obiadu (pewnie nikt z nas by nie chciał), nie jest aktywny ani nie integruje się z innym dziećmi. Bo Qiang jest tak naprawdę kijem włożonym w szprychy Systemu Prostowania Charakteru.

Yuan, posługując się czytelną alegorią, tak naprawdę opowiada o konflikcie między indywidualizmem jednostki a bezlitosną szarą masą, na którą już od najmłodszych lat chińskie państwo uosabiane przez kadrę nauczycielską stara się przerobić przyszłych obywateli Chińskiej Republiki Ludowej. Na szerszej płaszczyźnie „Little Red Flowers” jest nie tylko metaforą życia nieprzystosowanej jednostki w komunistycznym reżimie, ale opowieścią o wymowie uniwersalnej. Wszak konflikt osobistych interesów z interesami grupy jest nieunikniony, niezależnie od tego w jakim kraju żyjemy i czy mamy duszę buntownika czy człowieka kompromisu. Niewątpliwie jednak tego rodzaju konflikt w systemie totalitarnym ma najbardziej dramatyczny charakter. Taki też ma on w filmie Yuana.

Postawa Qianga zasiewa jednak w umysłach czterolatków ziarno buntu. Scena, gdy tłumy dzieciaków zbliżają się do śpiącej pani Li, by ją związać i tym samym uchronić się przed potworem, za jaką ją uważają, jest jedną z najzabawniejszych. „Bunt” jednak upada i na polu walki pozostaje tylko osamotniony, opuszczony nawet przez siostry Yang, Quiang. Wszyscy się od niego odwracają. „Uśmiechnęłaś się do mnie?” – pyta z nadzieje chłopczyk dziewczynkę, jeszcze nie tak dawno temu, przyjaciółkę. Ta zaś odpowiada -  „Wcale nie. Uśmiechnęłam się do psa”.  Ale w tej scenie nie ma psa, jest tylko samotny chłopiec  i wrogi świat.

„Little Red Flowers” jest klasyfikowany jako komedia, ale prócz kilku zabawnych scen, jest to film smutny. Smutnie kończy bowiem buntownik Qiang. Nikt nie podnosi na niego ręki, ani go nie dręczy. Po prostu przestaje być zauważany przez innych.

Cudowne dziecko (i to nie jedno)

Koniecznie muszę napisać o aktorach tego filmu. Poza dorosłymi, profesjonalnymi aktorami, są nim również cztero i pięciolatkowie i to oni kradną zawodowcom film. Dzieciaki są po prostu fenomenalne! Bowen Dong, chłopczyk odtwarzający postać Qianga, jest bezbłędny. Na zawołanie płacze jak bóbr, śmieje się jakby go łaskotano, potrafi zagrać prawie każdą emocję. Ale pozostałe dzieci wcale mu nie ustępują. Zachowują się tak, jakby kamera w ogóle im nie towarzyszyła a oni nie byli planie filmowym. Są wiarygodni, naturalni w stu procentach. Dla samej gry małych aktorów warto zobaczyć film Zhanga Yuana.   

MOJA OCENA: 8/10




SZÓSTA GENERACJA chińskich reżyserów
  

Zhang Yuan (na zdj.) należy do tzw. Szóstej Generacji chińskich filmowców. Należą do  niej oprócz Yuana,  Wang Xiaoshuai („Beijing Bicycle”), Jia Zhangke („Unknown Pleasures”) i Lou Ye („Suzhou River”). Twórcy Szóstej Generacji rozpoczynali swe filmowe kariery w latach dziewięćdziesiątych. Realizują filmy szybko i za tanie pieniądze, wykorzystują estetykę kina dokumentalnego, odwołując się do osiągnięć włoskiego neorealizmu i francuskiego kierunku cinéma vérité (tzw. kino bezpośrednie). Często stosują filmowanie z ręki, długie ujęcia, naturalną scenerię, angażują pół profesjonalistów lub mało znanych aktorów. Tematyka filmów reżyserów Szóstej Generacji skupia się na chińskiej codzienności czasów transformacji, ciemnych stronach miejskiej rzeczywistości, na bohaterach-outsiderach.



piątek, 24 września 2010

TOP 10: NAJSTRASZNIEJSZE SCENY W AZJATYCKICH HORRORACH


Po dłuższej przerwie powracam do zestawienia TOP 10. Tym razem prezentuje dziesięć najstraszniejszych scen  z azjatyckich horrorów. To, co nas straszy jest tak samo indywidualną i nieprzewidywalną sprawą, jak to, co nas śmieszy. Gdy jedni wzruszają ramionami, inni umierają ze strachu. Co więcej ta sama scena może raz budzić w nas przerażenie a innym razem nie sprawiać na nas większego wrażenia. Reakcja na ekranowy strach jest bowiem wypadkową naszej wrażliwości i podatności na filmowe sztuczki (czyli praca kamery, montaż, zdjęcia, sceneria, muzyka) oraz czynników zewnętrznych, czyli czasu kiedy oglądamy horror i towarzystwa ( nie od dziś wiadomo, że horrory  najlepiej oglądać nocą, samemu i na dodatek ze słuchawkami na uszach).  

Nie ma więc w tym niczego zaskakującego, że poniższy zestaw najstraszniejszych scen w azjatyckich horrorach jest skrajnie subiektywnym wyborem. Jeśli jest coś wspólnego dla poszczególnych pozycji, to dwie rzeczy: wrażenie jakie dana scena na mnie wywarła oraz niepokojący, surrealistyczny wydźwięk. Starałem się również nie przywoływać scen z filmów mało znanych, bo w „10” są tylko dwa raczej nieznane szerszemu ogółowi film grozy (z Indonezji i Hongkongu). Reszta to sami Wasi dobrzy znajomi

UWAGA: JEŚLI NIE ZNASZ CAŁEGO Z PREZENTOWANYCH TU FILMÓW, STANOWCZO ODRADZAM OGLĄDANIE JEGO FRAGMENTU.


10. 

SHUTTER -WIDMO (Tajlandia, 2004)



Sekwencja w hotelu

W zestawieniu nie mogło zabraknąć tajlandzkiego “The Shuter - Widmo”, który choć jest filmem właściwie jednorazowym, wystraszył  mnie bardziej niż przereklamowane „Oko” braci Pang -  też częściowo tajlandzkie. Twórcy filmu przechwalili się, że wypróbowali w swym horrorze sześćdziesiąt dziewięć sposobów straszenia widzów i coś w tym jest. W trwającej cztery minuty i dziesięć sekund sekwencji w hotelu otrzymujemy serię scen grozy i każda jest inaczej zainscenizowana. Sekwencja rozpoczyna się od sceny z czołgającym się po łóżku upiorem, potem mamy surrealistyczny moment z duchem idącym po suficie, następnie scenę na schodach z zjawą, która przybrała postać Jane, dziewczyny głównego bohatera. I na koniec najlepszą scenę tej sekwencji – na zewnątrz budynku, rozgrywającą się na…drabinie. Rewelacyjnie duet młodych tajlandzkich reżyserów zagrał zmienną perspektywą horyzontalno-wertykalną, nadając scenie irracjonalnego, przerażającego charakteru. 

9. 

KLĄTWA JU-ON 2 (Japonia, 2003)   


Scena z peruką 

Po raz pierwszy, ale nie ostatni pojawia się w tym zestawieniu seria „Ju-on”, ale nie bez powodu. Jej twórca Takashi Shimizu prezentuje cały arsenał sposobów straszenia widzów. Mnie najbardziej podobają się te, w których łącz krwawy horror z surrealistycznymi pomysłami. Na przykład takimi jak „żyjąca” peruka, spod której „wyrasta” zakrwawiona Kayako. Może to i bardziej groteskowe niż straszne, ale i tak zasługuje na wyróżnienie. Scena jest bowiem wzorcowa pod względem inscenizacji. Groza stopniowana jest po mistrzowsku (uruchamia ją spadająca nagle z półki peruka), trwa odpowiednio długo i jest spuentowana mocnym, przerażającym akcentem ( krwawiącą Kayako). Cała scena jest na dodatek wzbogacona o wzmagające pouczcie niepokoju elementy surrealistyczne. I tym sposobem mamy jedną z najlepszych scen w azjatyckim horrorze.
Z powodu niedostępności opisanej przez mnie sceny, proponuję podobną scenę z włosami w roli głównej.   

8. 

GRA WSTĘPNA (Japonia, 1999)

>

Scena z poruszającym się workiem

Jedna z najlepiej znanych scen (a właściwie ujęć)  grozy ze względu na dużą popularność filmu Takashi Miike w naszym kraju. Scena czerpie swą moc z mistrzowsko rozegranej opozycji ruchu-bezruchu oraz ciszy – hałasu. Mistrzowsko również wykorzystano element niespodzianki – jest nim tajemniczy pakunek w worku, który nagle ożywa. Perełka filmowego strachu!

7. 

EPITAFIUM (Korea Płd, 2007)


Sekwencja koszmaru dziewczynki

Twórcy, “Epitafium” bracia Jeong są fanami azjatyckiego horroru. W każdym razie do takiego wniosku można dojść oglądając sekwencje koszmaru jednej z bohaterek ich filmu, dziewczynki Asako. Trzeba wyjaśnić, że dziewczynka cierpi na senne koszmary wywołane poczuciem winy – jest przekonana, że to ona spowodowała wypadek, w której zginęła jej matka, ojczym oraz starsza kobieta z dzieckiem. Tyle wyjaśnienia. Sekwencja koszmaru, który śni Asako wykorzystuje dobrze znaną receptę na straszenie widza. Jest zatem tajemniczo i nastrojowo, jest makabrycznie (okaleczona twarz matki) oraz surrealistycznie (wielkie lustro ustawione na zaśnieżonej drodze). Bracia Jeong uzupełniają te elementy o mistrzowską grą zmieniającą się jak w kalejdoskopie scenerią. Raz bohaterka jest w swoim łóżku, potem nagle w korytarzu, na drodze. W ten sposób zostaje wprowadzony czynnik dezorientacji a świat zostaje wyrwany ze swego racjonalnego kontekstu. 

Warto dodać, że kilka minut po sekwencji koszmaru z matką dziewczynki pojawia się jego równie znakomita kontynuacja, gdy Asako spotyka staruszkę i swego ojca. Oboje są makabrycznie odmienieni. 

6. 

ANGKERBATU (Indonezja, 2007)


Scena: Zjawa na hotelowym korytarzu (dostępny jest tylko trailer)

Okazuje się, że na straszne sceny monopolu nie mają tylko Japończycy i Koreańczycy. „Angkerbatu” to horror indonezyjski, który opowiada o pewnym wyludnionym miasteczku opanowanym przez duchy. Jeden z duchów pojawia się na korytarzu hotelu, w którym zatrzymała się telewizyjna ekipa. Scena jest autentycznie przerażająca, nietuzinkowa i zapada w pamięć. W czym tkwi jej moc? Po pierwsze trwa odpowiednio długo i jest udanie spuentowana. Po drugie mamy w niej wiele perspektyw z punktu widzenia kilku postaci, które w niej występują. Po trzecie nie nadużywa efektów (jedyny efekt dotyczy  niezwykłego sposób poruszania się zjawy ). Po czwarte twórcy filmu unikają w tej scenie dosłowności (tylko przez chwile widać straszliwą twarz upiora), umiejętnie tym samym pobudzając wyobraźnię widzów. Po piąte wreszcie: scena zawiera element niesamowitości związany ze sposobem w jaki zjawa się przemieszcza. Wszystkie te czynnik zgrały się świetnie i mamy moment filmowej grozy na szóste miejsce.     

5. 

HORROR HOTLINE…THE BIG HEAD MONSTER  (Hongkong, 2001)

Pierwsza część ( ok 2 min 24 sek)
>

Druga część
>

Sceny: Końcowy fragment filmu

Tzw. filmowanie subiektywne to częsta metoda spotykana w reportażach, gdy kamerzysta podąża za dziennikarzem, filmując trzymaną w ręku kamerą zastaną, nie zainscenizowaną rzeczywistość i spontaniczne reakcje osób przed kamerą. W tej metodzie opowiadania tkwi sukces takich filmów jak „The Blair Witch Project”, „[rec]” czy „Paranormal Activity”. Ale są też minusy reporterskiego stylu. Wiele ujęć to roztrzęsione kadry pokazujące np. czyjeś nogi lub ściany. Cheang Pou-Soi, reżyser „Horror Hotline…” zdawał sobie z tego sprawę, dlatego w jego filmie tylko niektóre fragmenty są zrealizowane metodą „reporterską”. W tym, oczywiście końcowe, finałowe sceny. Taki sposób filmowania, jak się okazuje, sprawdza się znakomicie. Drugą rzecz, której dokonują twórcy filmu, to taktyka znana  choćby z „Ringu”. Film opowiada o „śledztwie”, które prowadzi pewna dziennikarka i radiowiec, a którego celem jest rozwiązanie zagadki tytułowego potwora z wielką głową (jest nim straszliwie zdeformowane dziecko). Twórcy filmu przez cały czas trwania akcji mnożą dziwne, niepokojące zdarzenia, ale nie pokazują potwornego dziecka. Słyszymy o nim przerażające relacje i widzimy reakcje przerażonych ludzi na widok dzieciaka, ale jego samego nie. Tym sposobem reżyser podsyca wyobraźnię widzów, by w finałowych scenach, korzystając z metody reporterskiej, dowalić serią niesamowitych, surrealistycznych (kobieta bez twarzy), przerażających obrazów. Istotą finałowych scen jest zderzenie realistycznego sposobu filmowania z irracjonalnym zachowaniem pojawiających się postaci i zdarzeń. Efekt jest niesamowity! Warto dodać, że po napisach końcowych film trwa nadal. Reżyser pokazuje scenę, gdy dziennikarka odwiedza córkę jednego z mężczyzn, który zetknął się osobiście z potwornym dzieckiem. Obie sceny: ta kończąca właściwy film i ta dodana po napisach dają tak wycisk nerwom, że wszystkie "reki" i "paranormale aktiwiti" wydają się przy nich dobranockami.      

4. 

OPOWIEŚĆ O DWÓCH SIOSTRACH (Korea Płd, 2003)


Scena: Duch wyskakujący zza kanapy.

W „Opowieści o dwóch siostrach” są tylko cztery sceny grozy, ale każda z nich to perełka filmowego strachu. Wybór tej jednej nie był łatwy, w końcu jednak zdecydowałem się na scenę ze zjawą wyskakującą zza kanapy. Jest to moment grozy najbardziej „ringowy”, ale właśnie dlatego go wybrałem. Niby znana konwencja J-horroru: długowłosy upiór i specyficzny sposób poruszania, a reżyser filmu, Kim Ji-woon potrafi uczynić tę scenę autentycznie przerażającą. Znów zagrała sceneria najbezpieczniejszego miejsca pod słońcem, czyli sypialni, która została zderzona z irracjonalną rzeczywistością. Tym razem jest ona niejako podwójnie irracjonalna, bo bohaterka film Su-mi widzi zmarłą matkę, a zarazem postać ta jest senną marą. Okazuje się bowiem, że dziewczyna śni senny koszmar. Koreański reżyser nie tylko inteligentnie zreinterpretował konwencje J-horroru, ale ukazał na czym polega istotą koszmaru.  Na tym, że po przebudzeniu trwa nadal.

Fragment filmu ze wyżej opisaną sceną został usunięty z You Tube, a zatem proponuje scenę rodzinnego obiadu, a zwłaszcza to, co rozegrało się w kuchni już po wyjściu gości.

3. 

JU-ON THE CURSE (Japonia, 2000)


Scena: Kayako spełza ze schodów

I pewnie wiele osób poczuje się rozczarowanych. Ale ja uważam scenę z Kayako spełzającą za schodów za jedną z najlepszych w dziejach gatunku. Takashi Shimizu stosuje podobną taktykę jak Nakata w „Ringu”. Przez znaczną część filmu wznieca niepokój widza mnożąc różne dziwne, budzące grozę zdarzenia, by w kulminacji zaprezentować taką sceną jak ta z Kayako i schodami. Dwie rzeczy tworząc moc tego niezapomnianego fragmentu z serii „Ju-on”. Po pierwsze połączenie estetyki J-horroru (długowłosy upiór, nastrój itp.) oraz estetyki gore (wygląd Kayako - zakrwawionej, z potwornie okaleczoną twarzą). Po drugie nieludzki charakter postaci upiora: Kayako nie schodzi ze schodów czy jak przystało na ducha – płynnie w powietrzu, lecz niczym wielki wąż spełza z nich, wlokąc swe ciało. Kayako nie wypowiada ani jednego słowa, zamiast słów z jej ust wylewa się ohydna krwawa maź. Twarz słynnej bohaterki w tej scenie przypomina maskę demona, potwora. Mimo pozorów  kobiecych kształtów nie ma ona charakteru ludzkiego. 

Zwróćmy też uwagę na jeszcze jeden element. Realizm. Moc tej sceny podkreśla niemal całkowita rezygnacja z efektów specjalnych. Wszystko załatwia się odpowiednią charakteryzacją, pracą kamery i grą aktorów.
Z powodu niedostępności omawianej sceny z "Ju-on.The Curse" - niemal identyczna, ale z kinowego "Ju-on The Grudge".

2. 

RINGU (JAPONIA, 1998)


Scena: Sadako wypełza z telewizora 

Jedna z najsłynniejszych scen w dziejach horrorów. Wydać się może, że wybór tej sceny na tak wysoką pozycję, jest banalny i kompletnie nie zaskakujący. Ale widziałem „Ringu” po raz pierwszy, kiedy tylko nieliczni w Polsce mieli okazje zobaczyć ten film, a Internet był społecznym luksusem. To bardzo ważne, by podchodzić do filmu, a zwłaszcza horroru ze świeżym umysłem, niezmąconym zwiastunami, recenzjami i opiniami innych. 

Scenie z telewizorem zawdzięczam kilka nieprzespanych nocy. Dlaczego? Warto zwrócić uwagę na taktykę, którą Nakata zastosował w swym słynnym horrorze. Przez cały „Ringu” dzieją się różne dziwne rzeczy, ale nie są one szczególnie przerażające. To nie szkodzi. Wystarczy, ze zasiewają w serach widzów niepokój, konsekwentnie utrzymywany aż do sceny kulminacyjnej z Sadako, wyłażącej z telewizora. Inaczej mówiąc Nakata urabia wrażliwość widza. Jednocześnie z premedytacją odracza moment eskalacji filmowego strachu, wzbudzając w odbiorcy przekonanie, że „już nic strasznego się nie zdarzy”. Nie bez znaczenia jest też sama mistrzowska aranżacja sceny, w której rzeczywistość doskonale znana i oswojona (pokój z  telewizorem) zostaje zderzona z rzeczywistością irracjonalną, wymykającą się rozumowemu poznaniu ( wszak postacie nie wychodzą z telewizora). Nakata w mistrzowski sposób dowodzi, że nawet powszechnie używany telewizor może być przerażającym narzędziem wywoływania strachu.

1. 

PULSE (2002)

>

Scena: Zjawa płynąca w powietrzu

Wybór tej sceny na zwycięzcę zestawienia „najstraszniejszych scen” może wydać się zaskoczeniem. Ale tylko pozornie. “Pulse” Kiyoshi Kurosawy to niezwykły obraz między innymi za sprawą sceny „ze zjawą płynącą w powietrzu”. Kurosawa  umieścił scenę, która rozpisana w scenariusz, w ogóle nie powinna się znaleźć w horrorze. Co może być przerażającego w tym, że nieznajoma kobieta, której twarzy nawet nie widać, zaczyna w spowolnionym tempie kroczyć w stronę bohatera? A jednak! Kurosawa dobrze wie, że przeraża to, co wykracza poza nasze życiowe doświadczenie, poza racjonalną wiedzę., poza rozumowe ogarnięcie.  Aby dogłębnie przerazić człowieka nie trzeba straszyć go tłumami potworów ani rozlewać litrów krwi. Wystarczy mały zgrzyt w otaczającej nas rzeczywistości, by z oswojonej i bezpiecznej stała się groźna i niebezpieczna. Dlatego Kurosawie wystarcza dziwnie poruszająca się kobieta.  Kurosawa wie także, że im mocniejszy efekt chce się osiągnąć, tym bardziej realistyczne musi być przedstawienie nierealnego. Tajemnicza kobieta z omawianej sceny nie jest realna – pojawia się nagle, ale cała scena jest zrealizowana maksymalnie realistycznie.  Japoński reżyser stawia także na ascetyzm, świadomy minimalizm środków filmowych, a wszystko po to, by nie rozcieńczać mocy grozy zbędnymi ornamentami w postaci charakteryzacji czy efektów specjalnych. Jedyny „ornament” to spowolniony ruch zjawy, kreujący wrażenie płynięcia w powietrzu. Wszystkie te czynniki sprawiają, że Kurosawa osiąga niemożliwe. Tworzy tak silną sugestię, iż wydaje się, że sfilmował prawdziwego ducha a nie aktora udającego zjawę. Jeśli kiedykolwiek udało się dotknąć Innego Wymiaru, to dokonał tego w tej scenie Kiyoshi Kurosawa.

A na deser 20 najstraszniejszych azjatyckich horrorów wg You Tube (niektóre typy dość kontrowersyjne)

 

sobota, 18 września 2010

THE BLUE KITE (Lan feng zheng, Chiny, 1993)


Akcja filmu, rozpoczynająca się od śmierci Stalina w 1954 r. aż po rok 1968 r. dzieje się w okresie szczególnym w historii współczesnej Chin. Były to czasy niezwykle ciężkie dla zwykłych ludzi. Z jednej strony pogarszająca się sytuacja ekonomiczna kraju, z drugiej - wszechobecna polityka, wdzierająca się brutalnie do domów, szkół i zakładów pracy. Ludzie cierpieli nędzę, wielu z nich umierało z głodu i niedożywienia (w latach 1958-1961 r zmarło z tego powodu ok. 44 milionów ludzi!), inni ginęli w obozach pracy, lub przepadali bez wieści. Ludzie utracili także poczucie bezpieczeństwa - każdy najbardziej niewinny komentarz do obecnej sytuacji politycznej czy gospodarczej, mógł zostać potraktowany jako przejaw nieprawomyślności. Nikt nikomu nie mógł ufać, każdy mógł być donosicielem, na każdego można było donieść. Apogeum komunistycznych represji przypadło jednak na okres 1966 - 1976 r.. Wtedy to pod sztandarem Rewolucji Kulturalnej przez kraj przeszła fala terroru Czerwonej Gwardii - komunistycznych bojówek, utworzonych przez Mao Zedonga do walki z „kontrrewolucjonistami”.

Na tle wielkiej i okrutnej Historii rozgrywa się opowieść o zwyczajnej ubogiej rodzinie: nauczycielce Shujuan i jej mężu bibliotekarzu Shaolong. Narratorem oraz postacią z perspektyw, której poznajemy przedstawianą historię jest ich syn, Tietou. Narodziny i wczesne dzieciństwo chłopca przypadło na czasy największego zniewolenia chińskiego narodu. Wszechobecna, komunistyczna partia jest na każdym kroku. Każe wielbić Mao Zedonga, wieszać w domu jego portrety i z uwagą wysłuchiwać niekończących się propagandowych przemówień. Mimo narastającej, politycznej paranoi dorastający Tietou żyje w bezpiecznym azylu rodzicielskiej miłości i rodzinnego ciepła. Po tajemniczej śmierci ojca, zesłanego za sprawą donosu najlepszego przyjaciela do obozu pracy, w matczynej miłości i jej poświęceniu chłopiec znajdzie siłę, by przetrwać okrutne czasy. Postać Shujuan, wspaniale zagranej przez Liping Lu (nagroda na MFF Tokio), w swojej niezłomności i codziennym heroizmie przypomina Łucję Król, bohaterkę filmu Janusza Zaorskiego "Matka Królów". Chociaż fabuły obu filmów różnią się miedzy sobą, to ukazują to samo bezgraniczne matczyne uczucie miłości skonfrontowane z bezdusznym, zbrodniczym systemem zniewolenia. Komunizm co prawda nie zabiera Shujuan kolejnych synów, lecz jego ofiarami padają jej mężowie: ojciec Tietou, "wujek” Lee, wreszcie partyjny notabl, ojczym Tietou.

"Błękitny latawiec", zdobywca Grand Prix festiwalu w Tokio, bywa nazywany najsubtelniejszym i najbardziej przejmującym filmem o życiu w czasach komunistycznego terroru. Nazywany słusznie. Rzadko bowiem udaje się pokazać w sposób tak doskonale wyważony, powściągliwy a jednoczenie głęboko prawdziwy i wzruszający miłość i nadzieję. Na przekór szalejącym żywiołom totalitarnej paranoi trwają one niewzruszenie. Finał, wprawdzie brzmi gorzko, lecz nie jest pozbawiony nadziei. Jej symbolem jest tytułowy latawiec - ilekroć zerwie się ze sznurka czy utknie w gałęziach wysokiego drzewa, ojciec Tietou, a potem on sam sporządzają nowy, równie piękny, jak poprzedni.

Delikatność w opisie świata przedstawionego udaje się osiągnąć dzięki mądrej reżyserii Zhuangzhunag, unikającej wysokich tonów, dramatycznej przesady, czy jakże niebezpiecznego patosu, a skupiającej się na małym realizmie - porcji pierogów wspaniałomyślnie przydzielonych przez partię na Nowy Rok, na zarekwirowanych bułeczkach, która pani Lang upiekła na przywitanie syna, czy na oczekiwanych przez dzieciaki noworocznych fajerwerkach. Z matczynego zmartwienia sprawiającym wiecznie kłopoty Tietou, z jego dziecięcego buntu, nierozumiejącego w pełni bezlitosnej potęgi Systemu, z małych radości, rozterek i smutków utkana jest ta wielka opowieść. Choć akcja filmu dzieje się w czasach, gdy ludzie umierali masowo - jeśli nie z głodu, to za sprawą partyjnych czystek, to film Zhuangzhunaga nie pokazuje śmierci. Unika dosłownej brutalności, która pojawia się dopiero w finale, gdy banda czerwonogwardzistów siłą wyciąga z domu ojczym Tietou. Próbująca powstrzymać pełnych agresji młodych hunwejbinów, Shujuan równie brutalnie zostaje potraktowana, a stający w jej obronie Tietou dotkliwie pobity. Reżyser kończy film sceną gwałtowną, co stanowi zapowiedź nadchodzącej burzy - krwawego terroru Rewolucji Kulturalnej.

Zadziwiająca moc oddziaływania tego skromnego filmu o zwyczajnych ludziach w czasach niezwyczajnych zaniepokoiła chińskie władze. Ich niepokój był na tyle duży, iż nie tylko odstawili film na półki, ale nie pozwoli go dokończyć. Nakręcony materiał twórcy filmu przemycili do Japonii, gdzie dokończono postprodukcję. Kiedy „Błękitny latawiec” rozpoczął triumfalny pochód przez międzynarodowe festiwale, komuniści zemścili się, karząc nieprawomyślnego reżysera dziesięcioletnim zakazem wykonywania zawodu. Zhuangzhuang Tian, podobnie jak bohaterowie jego najgłośniejszego filmu, wytrwał ten trudny okres. Kiedy w roku 2002 powrócił do kinematografii, triumfował remake'em melodramatu Fei Mu z 1948 roku "Wiosna w małym miasteczku". Za ten film otrzymał nagrodę San Marco na festiwalu w Wenecji.
Moja OCENA: 8,5 /10

Więcej o THE BLUE KITE



Sylwetka MAO ZEDONGA

Finałowe sceny filmu:

>

niedziela, 12 września 2010

SEKSOWNA STRONA JAPOŃSKIEGO GORE


Jeszcze nie tak dawno temu, bo w pierwszej połowie dekady nowego millenium straszyły w japońskim kinie grozy zjawy kobiet - bladolicych, długowłosych i, co szczególnie istotne,  zapięte po samą szyję. Ale to zdaje się już przeszłość nurtu zwanego J-horrorem. O sukcesje po filmach Nakaty i Shimizu zabiegają twórcy reprezentujący zupełnie inny rodzaj horroru i prezentujący odmienne podejście do filmowego medium. Nadciąga „nowa fala”. Bardzo krwawa, ultrabrutalna, makabryczna i groteskowa. Tworzą ją niezależni filmowcy, zdobywający doświadczenie w kinie nisko i bardzo niskobudżetowym, przeważnie erotycznym (np. Noburo Iguchi, reżyser kultowej „The Machine Girl”). Na gwiazdę nowej fali wyrósł specjalista od efektów, charakteryzacji i animatronik Yoshihiro Nishimura, twórca surrealistyczno-groteskowych postaci w rodzaju kobiety-fotela oraz karykaturalnych efektów gore (znak rozpoznawczy: fontanny tryskającej, jasnoczerwonej krwi). „Nowa fala” japońskiego gore - w przeciwieństwie do „starej” z lat osiemdziesiątych -  różni się wybitnie niepoważnym tonem, świadomy kiczem, energetyczną akcją i …seksownymi, niezwykle popularnymi aktorkami. Czy ktoś pamięta jak nazywała się aktorka, którą zarzynano na ekranie w „Flower of Blood and Flesh” Hideshi Hino – z niesławnej serii „Guinea Pig”? Aktorki w „nowej fali” gore nie tylko nie są anonimowe, ale na dodatek to one zarzynają, czyniąc  to z erotycznym wdziękiem.

W Japonii ładne dziewczyny nie mają zbyt wielkiego wyboru. Mogą poświecić się karierze kochającej żony i  matki, spędzając życie na wychowaniu pociech, dogadzaniu mężowi i powolnym starzeniu. Mogą również zostać modelkami. Ta druga opcja jest niezwykle popularna wśród  coraz bardziej emancypujących się japońskich kobiet. Jeśli decydują się zarabiać legalnie i profesjonalnie na swoim wyglądzie (w gruncie rzeczy o to chodzi  w zawodzie modelki) najczęściej wybierają karierę tzw. gravure idols, czyli dziewczyn pozujących w magazynach dla panów w bikini ewentualnie demonstrujących swe wdzięki na specjalnie wydawanych filmach DVD. Niektóre z gravure idols z czasem awansują do rangi profesjonalnych aktorek, często wykazując się dużym talentem w nowym zawodzie (np. Yui Ichikawa, Kyoko Fukada). Wiele z nich staje się celebrytkami, które nie schodzą z pierwszych stron tabloidów (np. Eiko Koike, której małżeństwo z mistrzem sumo Wataru Sakatą  jest uważnie śledzone przez prasę brukową).

Gravure idols nie należy mylić z AV actress, czyli aktorkami filmów pornograficznych. Jednak także i w tej grupie znajdują się dziewczyny, które mają całkiem bogate doświadczenie aktorskie w „normalnych” filmach. Przykładem jest Mihiro (Mihiro Tanaguchi) – osobistość w branży porno, a jednocześnie aktorka, którą mogliśmy oglądać m.in. w „Samurai Princess” oraz „Ju-on White Ghost”.

To właśnie z gravure idols i z AV idols twórcy „nowej fali” gore rekrutują aktorki do swoich filmów. Wnoszą one młodość, wdzięk i seksapil, a jednocześnie większość z nich znakomicie odnajduje się w szalonej, krwawej estetyce japońskiego gore.          

No, ale nie przedłużajmy i tak już nadmiernie długiego wstępu. Oto ona – seksowna strona japońskiego gore!


THE MACHINE GIRL


Minase Yashiro

UNDEAD POOL


Sasa Handa

RIKA ZOMBIE HUNTER


Risa Kudo

CHANBARA BEAUTY


Eri Otoguro

ONEECHANBARA: THE MOVIE – VORTEX



Yû Tejima

HARD REVENGE, MILLY


Miki Mizuno

ROBO-GEISHA


Aya Kiguchi

SAMURAI PRINCESS


Aino Kishi

VAMPIRE GIRL VS. FRANKENSTEIN GIRL


Yukie Kawamura

MUTANT GIRLS SQUAD


Yumi Sugimoto

THE BIG TITS DRAGON

Sora Aoi

GOTHIC LOLITA PSYCHO

Rina Akiyama

piątek, 10 września 2010

VAMPIRE GIRL VS. FRANKENSTEIN GIRL (Kyûketsu Shôjo tai Shôjo Furanken, Japonia, 2009)


O co chodzi?

Nie kręćmy nosem, bo fabuła nie jest najważniejsza. Jyugon jest przystojnym, ale nieco nieśmiałym młodzieńcem, uczęszczającym do jednej z tokijskich szkół. Zainteresowanie nim wykazuje Keiko, córka wicedyrektora placówki oraz przywódczyni jednej z licznych w szkole subkultur – gothic girls. Niespodziewanie Keiko wyrasta rywalka do serca chłopaka, nieśmiała i nieco tajemnicza Monami – nowo przybyła uczennica. W dniu Św. Walentego, Monami częstuje Jyugona czekoladką, co zgodnie ze zwyczajem równoznaczne jest z wyznaniem mu miłości. Niepozorna czekoladka zawiera jednak nietypowe nadzienie. Jyguon zaczyna się po jej spożyciu dziwnie czuć i dopiero Monami wyjaśnia mu, że w środku słodyczy znajdowała się jej krew. Krew wampirzycy! Tymczasem Keiko jest coraz bardziej wściekła natykając się co chwila na Jyguona w wyraźnej zażyłości z Monami. Próbując uderzyć dziewczynę, spada z dachu i roztrzaskuje ciało. Zrozpaczony ojciec Keiko,  Kenji Furano jest nie tylko wicedyrektorem, ale też naukowcem. Z pomocą seksownej i zabójczej pielęgniarki Mirodi morduje osoby ze szkoły, wykorzystując części ciała ofiar do przywrócenia życia córce. Tak rodzi się Frankenstein Girl, wyposażona w odczepiane, wielofunkcyjne kończyny i superbronie. Odmieniona dziewczyna zawalczy jeszcze raz o chłopaka z Monami – Vampire Girl.

Narodziny „nowej fali” gore

W 2007 r. twórca niskobudżetowego kina erotycznego Noboru Iguchi zrealizował horror „The Machine Girl”. Film opowiadał o krwawej zemście uczennicy, która uzbrojona w wielokalibrowy karabin maszynowy zamiast ramienia, rozprawiała się z yakuzą. Fabuła była pretekstowa, ale liczyła się nie treść, ale forma. Pełen groteskowych, makabrycznych efektów gore, dosłownie spływający krwią obraz był wybuchową mieszanką kiczowatej poetyki, splattera (krwawa odmiana horroru), yakuza eigu, pastiszu a`la Takashi Miike, cyber-punku, filmów kung fu oraz wielu, wielu innych. Choć zdecydowanie nie było to kino na każdy gust i żołądek – powiało świeżością, bezkompromisowym potraktowaniem filmowych konwencji, gatunków i stylów. W istocie jednak „The Machine Girl” był zwieńczeniem trwającego od lat procesu ewolucji japońskiego horroru gore. Prekursorami filmu Iguchiego był „Organ” Kei Fujiwary, „Testsuo” Shinyi Tsukamoty i „Meatball Machine” Jun'ichi Yamamoto. Ale Iguchi po raz pierwszy wprowadził do tego nurtu ironie, inteligencje i nieposkromiony żywioł kina.

Pomógł mu w tym drugi ważny człowiek dla „nowej fali” japońskiego horroru – Yoshihiro Nishimura. Człowiek orkiestra – reżyser, scenarzysta, autor zdjęć, montażysta, scenograf a nade wszystko twórca efektów gore, które stały się znakiem rozpoznawczy „nowej fali”. Wyreżyserowane przez niego „Tokyo Gore Police” stało się drugim - obok „The Machine Girl” – kanoniczym dziełem starego-nowego nurtu. Sukces zawsze rodzi naśladowców toteż wkrótce formułę groteskowych, tonących we krwi splatterów podchwycili inni filmowcy i tak na ekranie pojawiły się: „Samurai Princess”, „Hard Revenge Milly”, „Robo Geisha”, Shyness Machine Girl”, „Mutant Girls Squad”, „Gothic & Lolita Psycho” i omawiany „Vampire Girl vs. Frankenstein Girl” z 2009 r.. Niestety poszczególne tytuły bezceremonialnie powtarzały schemat filmów Iguchiego i Nishimury , zmieniając nieznacznie „okoliczności przyrody” i prezentując coraz bardziej absurdalne, makabryczne efekty gore. Ledwo się „nowa fala” narodziła, a już zaczęła zjadać własny ogon? 

Dlatego tak bardzo zaskoczył mnie współreżyserowany z  Naoyuki Tomomatsu (kultowy horror „Stacy”) drugi w karierze pełnometrażowy film Nishimury. Okazało się, że formuła anarchistycznego, bezkompromisowego splattera wciąż ma w sobie spory potencjał.

Głupia kulturka

“Vampire Girl vs. Frankenstein Girl” to nie jest film, który można by polecić komuś, kto nie lubi kina bez jakichkolwiek ograniczeń gatunkowych, stylistycznych i estetycznych. To nie jest także film dla tych,  którym robi się niedobrze na widok krwi – nawet jeśli nie stara się ona ukryć, że jest rozcieńczoną, czerwoną farbą. Nie jest to też film dla osób, którzy uprzedzają się jeszcze zanim obejrzą dany obraz. “Vampire Girl vs. Frankenstein Girl” jest  natomiast idealny dla widzów o otwartych umysłach, którzy z radością puszczą się w szaloną jazdę bez trzymanki.

Obraz Nishimury i Tomomatsu wyróżnia się na tle innych „nowych splatterów” żywiołowością, inteligentną ironią, specyficznym, wisielczym poczuciem humoru oraz fabularnymi rozwiązaniami skutecznie unikającymi pułapki wtórnego naśladownictwa. O czym bowiem jest obraz duetu reżyserów? W gruncie rzeczy do młodzieżowa komedia romantyczna o rywalizacji dwóch dziewcząt o względy przystojnego kolegi. Tyle tylko, że Nishimury i Tomomatsu przepuszczają tę historię przez filtr własnej szalonej wyobraźni oraz zgryźliwej, wściekłej ironii. W istocie ich obraz, podobnie jak wcześniej „The Machine Girl”, staje się inteligentną drwiną z popkultury – głównie japońskiej, ale nie oszczędza się także kultury popularnej Zachodu. Największa wartość “Vampire Girl vs. Frankenstein Girl” polega bowiem na często dosadnym, ale trafnym i nie znającym litości wyśmianiu elementów współczesnej popkultury. W konsekwencji zaś żądło drwiny wymierzone jest w infantylizacje i konwencjonalizacje społeczeństwa, której członkowie zatracają indywidualność, starając się bezmyślnie podążać za narzuconymi wzorcami i trendami popkultury. 

Nishimury i Tomomatsu nie oszczędzają właściwie nikogo. Dostaje się japońskiej szkole, uczniom, nauczycielom, paniom higienistkom i szalonym naukowcom. Twórcy filmu nie pozostawiają suchej nitki na młodzieżowych subkulturach – ganguro (jedną z ich cech jest opalenizna), emo (jednym z elementów jest samookaleczenia żyletkami), gothic (m.in. czarne, mroczne ubrania). Dostaje się nawet gejszom, tradycji teatru kabuki, narodowemu sportowi sumo, Michaelowi Jacksonowi, czarnoskórym amerykańskim biegaczom, romantycznej miłości  a nawet pladze samobójstwo od lat nawiedzających japońskie szkoły. Twórcy najbardziej dworują sobie jednak z kina popularnego, a dokładnie z horroru. Właściwie już czołówka to znak, że widzowie powinni się nastawić na parodię znanych wątków, motywów i ikon kina grozy. Czołówka przywodzi na myśli czołówki z lat 70.: hongkońskich filmów kung fu lub japońskich filmów o Godzili. Ale najbardziej oczywista karykaturalna reinterpretacja dotyczy postaci Frankensteina i wampira. Wampirem jest nieśmiała, słodka i urocza uczennica, która w razie potrzeby zamienia się w potwora wyposażonego w różne organiczne bronie (np. miecze wyskakujące z rąk). Frankensteinem jest nauczyciel biologii, który w dziwacznym stroju rodem z teatru kabuki do spółki ze seksowną panią higienistką komponuje z ludzkich szczątków makabryczne, surrealistyczne rzeźby (np. stopy połączone z dłońmi i gałkami ocznymi). W końcu tworzy też z ciała córki i kilku innych własne Monstrum – w kimonie, z kończynami, które mogą służyć za śmiercionośny bumerang lub śmigło. Pojawiają się także aluzje bardziej wyrafinowane jak na przykład scena z Eihi Shiina, która przywidzi na myśl postać graną przez aktorkę w „Tokyo Gore Police”. Jeszcze zabawniejszy jest epizod z Takashim Shimizu, który występuje w roli chińskiego nauczyciela. Shimizu tłumaczy skąd wzięła się japońska nazwa Ju-on i pyta uczniów czy widzieli horror o tym tytule. Zaskoczył mnie twórca słynnej serii o klątwie Kayako – wydawał się być ponurym panem od ponurych filmów. W swym epizodzie zadrwił z siebie, z własnego filmu a nawet z własnego nałogu palacza. Brawo!

Seksowny splatter

Brawa należą się jednak przede wszystkim Nishimurze i Tomomatsu. Nishimura wyciągnął słuszne wnioski z realizacji własnego „Tokyo Gore Police”, które przytłaczało widza ilością nagromadzonej makabry i dziwaczności. Jest mniej gore, więcej humoru, więcej intertekstualnej gry z widzem, a historia ani na moment nie traci znakomitego tempa.  Oczywiście nie bez znaczenia był udział w produkcji Tomomatsu, który tematykę makabryczno-szkolną przećwiczył z bardzo dobrym skutkiem w kultowej „Stacy” – horrorze o pladze zombie, ogarniającej japońskie szkoły. No i wreszcie słowo o odtwórczyniach głównych ról kobiecych. Zdaje się, że to Iguchi wpadł na pomysł aby do roli krwawej mścicielki zaangażować atrakcyjną gravur idol (dziewczyny w bikini) – w jego przypadku była to Minase Yashiro. I pomysł się przyjął. Odtąd „nowe splattery” przyciągają uwagę ilością gore oraz seksownymi aktorkami, zazwyczaj znakomicie odnajdującymi się w konwencji filmów. Tak też jest w przypadku  „Vampire Girl vs. Frankenstein Girl” – Yukie Kawamura i Eri Otoguro czynią obraz Nishimury i Tomomatsu jeszcze bardziej atrakcyjnym, bo pełnym dziewczęcego wdzięku i seksu.

Radość destrukcji

 Choć zabrzmi to dziwnie, „Vampire Girl vs. Frankenstein Girl” jest filmem radosnym. Radość płynie z anarchistycznej, bezkompromisowej destrukcji japońskiej popkultury, filmowych konwencji, gatunku romantycznej komedii, ikon kina grozy, destrukcji ludzkiego ciała i destrukcji dobrego smaku, którym poniewiera się tutaj bezlitośnie. Ta radość niszczenia musiała chyba towarzyszyć zarówno autorce mangi, stanowiącej podstawę filmu, Shungiku Uchida (znanej fanom ekstremy z roli matki w „Visitor Q”), a także reżyserom, ekipie filmowej i obsadzie aktorskiej. Bo oglądając film czuć po prostu, że wszyscy doskonale się bawili. I te pozytywne emocje przenoszą się na widzów. Rzecz jasna, nie wszystkich -  ale tych którzy lubią kino bez granic.

Dlatego MOJA OCENA: 8/10



LISTA NAJWAŻNIEJSZYCH FILMÓW NOWEJ FALI GORE

The Machine Girl (reż. Noboru Iguchi, 2007)

Ami wyposażona w specjalną protezę - wielolufowy i wielkokalibrowy karabin maszynowy, wypowiada bezwzględną wojnę członkom yakuzy, którzy zamordowali młodszego brata a ją samą zgwałcili, torturowali i okaleczyli.



Tokyo Gore Police (reż. Yoshihiro Nishimura, 2008)

W świecie przyszłości znajdująca się w prywatnych rękach tokijska policja prowadzi bezpardonową walkę z niebezpiecznymi mutantami zwanymi Inżynierami. Posiadają oni bowiem zdolność transformowania każdej rany w organiczną superbroń. Specjalne komando policji zajmuje się eksterminacją mutantów. Asem oddziału jest Ruka -  mistrzyni samurajskiego fechtunku, której życiowym celem jest dokonanie zemsty na zabójcach ojca. 



Hard Revendge, Milly (reż. Takanori Tsujimoto, 2008)

Yokahama niedalekiej przyszłości. W mieście, jak i w całej Japonii panoszy się anarchia, przemoc i niebezpieczne gangi bezwzględnych morderców. Jedną z najgroźniejszych band są trzej bracia Jake oraz ich psychopatyczna przyjaciółka. Mordują oni rodzinę niepozornej Milly, która poprzysięga zemstę zabójcom i przeobraża się w bezlitosnego egzekutora   



Robo-Geisha (reż. Noboru Iguchi, 2009)

Opowieść o rywalizacji dwóch sióstr – „dobrej” i „złej”, których ciała zostają przerobione na zabójcze androidy wyposażone w najróżniejsze bronie.



Samurai Princess (Kengo Kaji, 2009)

Bezimienna bohaterka oraz grupa dziewcząt zostaje zamordowana przez gang zabójców pod wodzą  ekscentrycznego artysty Shachi i jego dziewczyny Kocho. Para kochanków tylko z wyglądu przypomina ludzi – w rzeczywistości są robotami nazywani mecha. Zmartwychwstała z pomocą szalonego naukowca i tajemniczej mniszki odradza się jako pół człowiek, pół maszyna. Bohaterka staje się Samurai Princess i wyposażona w różnego rodzaju bronie mści się na mordercach dziewcząt. 



Vampire Girl vs. Frankenstein Girl (reż. Yoshihiro Nishimura & Naoyuki Tomomatsu, 2009)

Dwie szkolne koleżanki rywalizują o serce przystojnego kolegi z klasy. Jedna z nich jest wampirzycą a druga zostaje wskrzeszona z martwych i pozszywana z fragmentów różnych ciał staje się dziewczęcą wersją Monstrum Frankensteina.



Mutant Girls Squad (reż. Noburo Iguchi, Tak Sakguchi, Yoshihiro Nishimura, 2010)

Historia nastolatki Rin, która ze zmutowaną ręką przemienioną w superbroń mści się na mordercach rodziców oraz walczy z dziewczynami-mutantkami pracującymi dla tajnych służb rządu. 



The Big Tits Dragon a.k.a Big Tits Zombie (reż. Takao Nakano, 2010 )

Troje seksownych striptizerek walczy w opuszczonym miasteczku z hordami zombie.



Gothic & Lolita Psycho (reż. Gô Ohara 2010)

Matka nastoletniej Yuki zostaje zamordowana a ojciec ciężko ranny. Dziewczyna w przebraniu gothic girl oraz z niezwykłą parasolką-superbronią mści się na oprawcach jej rodziny.  

>