Zrealizowany w 1988 r. hongkońsko-chiński shocker, „Men Behind the Sun” w reżyserii Mou Tun-feia opowiada o ostatnich latach tajnej japońskiej bazy znanej jako Jednostka 731. W jednostce tej prowadzono eksperymenty nad bronią biologiczną wykorzystując do tego celu chińskich i rosyjskich jeńców oraz okoliczną ludność. Obraz Mou zyskał status filmu kultowego i zapoczątkował hongkońską odmianę kina eksploatacji – Category III, lecz nade wszystko stał się jednym z pierwszych źródeł, obok opracowania Seiichi Morimury, o tajnym japońskim projekcie zaawansowanych prac nad bronią biologiczną. Oglądając „Men Behind the Sun”, którego twórca nie szczędzi najpotworniejszych obrazów okrucieństwa w imię abstrakcyjnie pojętej nauki, zastanawiałem się ile w tej naturalistycznej makabrze prawdy historycznej, a ile cynicznej gry pod publikę. Wydana w Polsce z ponad osiemnastoletnim opóźnieniem (ale lepiej późno niż wcale) książka Hala Golda „Jednostka 731. Okrutne eksperymenty w japońskich laboratoriach wojskowych” potwierdza szlachetne intencje chińskiego reżysera. To, co zobaczyliśmy w filmie zdarzyło się naprawdę. Co więcej skala bestialstwa, do której dochodziło w tytułowej jednostce i jej filiach porozrzucanych po całym regionie Wschodniej Azji znacznie przekraczała to, co widzowie mogli zobaczyć w hongkońsko-chińskim shockerze.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WOJNA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WOJNA. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 4 października 2015
niedziela, 13 września 2015
NA KRÓTKO: LIPIEC - SIERPIEŃ 2015
zdj z Farewell My Concubine, reż. Chen Kaige
Wakacje, wakacje i... po wakacjach. Wracam do pisania blogu i na dobry początek chwalę się azjatyckimi filmami, które przez ostatnie dwa miesiące miałem okazję obejrzeć. Ilościowo nie jest to wynik imponujący (13 filmów), ale gdy upały na dworze żal siedzieć w domu przed ekranem monitora. Niemniej pod względem jakościowym wakacyjne seanse przyniosły mi, za jednym wyjątkiem, całkiem sporo satysfakcji. Konkrety? Przede wszystkim udało mi się odrobić jedną z haniebnych zaległości - „Żegnaj moja konkubino” Chena Kaige i co ciekawe, przypadek sprawił, że widziałem ten wybitny filmy dwa razy w odstępie jednego tygodnia. Za każdym razem wywarł na mnie tako samo wielkie wrażenie. Skoro jednak jestem już przy starszych tytułach, to zaliczyłem też niebywale fascynujące seanse najważniejszych filmów Yasuzo Masumury, znakomitego, choć w cieniu innych japońskich twórców tego okresu, reżysera , który wraz z piękną i zdolną Ayako Wakao (love at the first frame! ;) ) stworzył tak wspaniałe filmy, jak „Red Angel”, „Seisaku`s Wife” „Irezumi”, „Manji” czy „Wife of Hanaoka Seishu”. Niesamowite wrażenie wywarł na mnie także jeden z wczesnych filmów Kona Ichikawy, twórcy „Ogni polnych” - „Punishment Room”, choć z roku 1956, nadal zachowuje swą drapieżność i ponurą wymowę. Swoją drogą coraz bardziej zaczyna mi się podobać kino japońskie z lat sześćdziesiątych i pięćdziesiątych, więc z chęcią będę wracał do tego okresu.
piątek, 23 sierpnia 2013
THE BLACK CAT ( Yabu no naka no kuroneko, Japonia,1968)
O co chodzi?
Yone i jej synowa. Shige
mieszkają samotnie na skraju lasu. Pewnego razu zbłąkany odział
wygłodniałych i spragnionych samurajów napada na kobiety - gwałci
je i zabija, a chatę puszcza z dymem. Yone i Shige nie umierają
jednak, tylko powracają do świata żywych jako duchy kotów.
Przyjmując ludzką postać, mszczą się na samurajach za okrutną
śmierć z ich rąk. Zgony się mnożną, a wieści o "potworze"
grasującym w bambusowym zagajniku docierają w końcu do cesarza,
który nakazuje rozprawienie się z mordercą samurajów. Zadanie to
powierzone zostaje Gintokiemu, młodemu żołnierzowi, który wsławił
się męstwem i odwagą w jednej z krwawych bitew. Waleczny samuraj
nie wie jeszcze, że będzie musiał dokonać dramatycznego wyboru
między lojalnością i obowiązkiem wobec cesarza, a miłością do
bliskich...A jak postąpią kobiety? Przyrzekły przecież złym
duchom, że będą zabijać każdego samuraja, bez względu na to kim
będzie...
Etykiety:
DRAMAT
,
DUCHY
,
FILM AZJATYCKI
,
FOLKLOR
,
GROZA
,
HISTORIA
,
HORROR
,
KAIDAN
,
PROPAGANDA
,
WOJNA
czwartek, 31 maja 2012
THE FLOWERS OF WAR (Jin líng shí san chai, Chiny/Hongkong, 2011)
Gdy bohaterowie muszą przetrwać w obliczu trudności, wówczas objawia się znaczenie życia.
/Zhang Yimou, reżyser/
O co chodzi?
Początek grudnia 1937 r., II
wojna japońsko-chińska. Nankin ówczesna stolica Chin zostaje zdobyta przez
Armię Cesarstwa Kraju Wschodzącego Słońca, która w okupowanym mieście wprowadza
terror na niespotykaną skalę. Mnożą się masowe egzekucje jeńców, okrutne mordy
na cywilach, chińskie kobiety, niezależnie od wieku, są brutalnie gwałcone i
przeważnie zabijane. Tętniące życiem miasto, ponad milionowe Nankin, zamienia
się w piekło na ziemi. Jedynym miejscem, którego wojenny koszmar zdaje się nie
ogarniać, jest gotycka katedra. W jej przestronnym wnętrzu schronienie znajduje
grupa dziewcząt ze szkoły katolickiej oraz opiekujący się nimi George,
adoptowany syn zamordowanego proboszcza. Wkrótce za uczennicami przebywa także
Amerykanin, John Miller, były przedsiębiorca pogrzebowy, a obecnie włóczęga i
pijak. Sytuacja znajdujących się w
katedrze uciekinierów ulega diametralnej zmianie, gdy nieoczekiwanie dołącza do
nich grupa prostytutek z dzielnicy „czerwonych latarń” pod przywództwem pięknej
i uwodzicielskiej Yu Mo. Z obecności pod jednym dachem pań lekkich obyczajów
uczennice nie są zadowolone, co przeradza się w otwarty konflikt miedzy nimi.
John jest natomiast zadowolony o wiele bardziej, ale Yu Mo stawia sprawę jasno:
jeśli umożliwi ucieczkę jej oraz koleżankom zostanie „wynagrodzony” przez
dziewczyny. Jednakże, gdy pewnego dnia oddział japońskich żołnierzy wpada do
katedry, omal nie doprowadzając do masowej tragedii wśród bezbronnych uczennic,
wszystkie konflikty stają się nieistotne. W obliczu grozy wojny człowieczeństwo
bohaterów filmu zostanie poddane ciężkiej próbie.
Etykiety:
DRAMAT
,
FILM AZJATYCKI
,
GROZA
,
GWAŁT
,
HISTORIA
,
KOBIETA
,
MELODRAMAT
,
RECENZJA
,
WOJNA
niedziela, 4 marca 2012
GODZILLA (Gojira, Japonia, 1954)
O co chodzi?
Wokół
małej japońskiej wyspy Odo w tajemniczych okolicznościach giną statki. Jakaś
potężna siła topi rybacki kuter, a wkrótce jego los dzielą wysłane w celu
odnalezienia rozbitków kolejne statki. Okazuje się, że za ataki na okręty
odpowiada gigantyczny, prehistoryczny gad nazywany przez mieszkańców wyspy
Godzilla. Pozostawione na Odo przez potwora radioaktywne ślady wskazują, że
został on obudzony ze snu przez próby z bronią nuklearną. Badający Godzillę
profesor Yamane pragnie zachować przy życiu wielkiego gada jako być może
jedynego przedstawiciela wymarłego gatunku, lecz wojska ma wobec niego innego
zamiary. Na spotkanie z potworem wyrusza flota, która atakuje go bombami
głębinowymi. Bez skutku. Rozwścieczona Godzilla przepuszcza nocą atak na Tokio,
pogrążając miasto w morzu ognia. Monstrum okazuje się być odporne na wszystkie
rodzaje broni i Japończycy stają wobec nieuniknionej zagłady. Jedynie Emiko,
córka prof. Yamane wie, że nadzieją na ocalenie może być wynaleziona przez
asystenta naukowca, dr Serizawę niszczycielska broń – Destruktor Tlenu.
Serizawa ukrywa przed opinią publiczną swój wynalazek, ponieważ obawia się, że
może on trafić w niepowołane ręce i przynieść światu całkowitą zagładę. A
tymczasem Godzilla szykuje się do kolejnego ataku…
piątek, 10 lutego 2012
A LITTLE POND (Jageun yeonmot, Korea Płd, 2009)
O co chodzi?
Lipiec 1950 r. Pierwsze tygodnie
wojny koreańskiej (1950-53). Mieszkańcy jednej z koreańskich wiosek, mimo
trwających działań wojennych starają się wieść normalne życie. Kilkuosobowa
grupa dzieci z jedynej klasy w miejscowej szkole przygotowuje się do konkursu.
śpiewaczego. Przy drodze prowadzącej do wioski starsi mężczyźni grają w janggi
(koreańskie szachy) i przyglądają się codziennym sprawom mieszkańców. Jedna z
kobiet upomina niesfornego syna, para
zakochanych spaceruje się trzymając się za ręce, mąż-hazardzista prowokuje żonę
do wywołania awantury… Życie w upalne lipcowe dni płynie wyjątkowo leniwie.
Wydaje się, że otoczoną górskimi szczytami wioskę ominęła wojenna zawierucha.
Ale to pozory. Pewnego razu w osadzie pojawia się oddział żołnierzy, nakazujący
natychmiastową ewakuację mieszkańców, ponieważ lada moment dojdzie w okolicy do
bitwy. Pozostawieni sobie wieśniacy i ich rodzinny ruszają drogą na południe,
ale niebawem zostają zatrzymani przez oddział amerykańskich żołnierzy, który
nakazuje im opuszczenie drogi. Wieśniacy przedostają się na pobliskie tory
kolejowe. Nagle na niebie pojawiają się amerykańskie samoloty, które zrzucają
na uciekinierów bomby. Z okolicznych wzgórz padają także serie z karabinów
maszynowych.
czwartek, 1 września 2011
CATERPILLAR (Kyatapirâ, Japonia, 2010)
O co chodzi?
Porucznik Tadashi Kurokawa powraca z frontu wojny japońsko-chińskiej opromieniony chwałą bohatera. Powraca, ale najdosłowniej ujmując niekompletny. Wskutek odniesionych ran amputowano mu obie nogi i ręce, na dodatek całkowicie stracił słuch a połowę twarzy ma pokrytą bliznami od doznanych poparzeń. Shigeko, żona porucznika i jego bliscy są przerażeni potwornym okaleczeniem Tadashiego. Porucznik jest bohaterem narodowym odznaczonym medalami i wyróżniony specjalnie poświeconym mu artykułem w prasie, a mieszkańcy Japonii są ogarnięci patriotycznym zapałem, więc wszyscy oczekują od Shigeko, że sprosta obowiązkom żony bohatera. Shigeko stara się sprostać im najlepiej jak potrafi, a tymczasem w domowym zaciszu ma coraz dosyć kalekiego męża, którego życie sprowadza się do spania, jedzenia i seksu. Tymczasem Tadashi zaczyna powoli odzyskiwać pamięć i powoli zaczyna docierać do niego straszliwa prawda o jego „bohaterskim czynie”. Zaczyna rozumieć, że w istocie dopuścił się brutalnego gwałtu i okrutnego mordu na bezbronnej chińskiej dziewczynie.
Japońskie wyrzuty sumienia?
II wojna światowa była straszliwym kataklizmem ludzkości. Pochłonęła siedemdziesiąt dwa miliony ludzkich istnień, wśród których aż czterdzieści siedem stanowili cywile. Udział, i to niemały, w tej ponurej statystyce ma Cesarstwo Japonii, którego żołnierze słynęli z wyjątkowego okrucieństwa. Nie tylko zabijali wrogów na froncie, ale popełniali wiele zbrodni wojennych: na jeńcach (tzw. Bataański marsz śmierci) i ludności cywilnej (Masakra w Nanking ), za które jednak tylko nieliczni zostali skazani w procesie Tokijskiego Trybunału ds. zbrodni wojennych. Po dziś dzień rząd japoński wypiera się istnienia osławionej jednostki 731, w której prowadzono bestialskie eksperymenty na Chińczykach, Rosjanach i Aliantach, a wspominanie o niechlubnej wojennej przeszłości jest uważane za wielki nietakt. Mimo iż oficjalnie obowiązuje polityka chowania głowy w piasek, nie ma mowy o zmowie milczenia. Co raz więcej japońskich intelektualistów oraz artystów domaga się ostatecznego rozliczenia się z wojenną przeszłością Japonii i tej potrzebie wychodzi naprzeciw także film Koji Wakamatsu, „Caterpillar” z 2010 r.
piątek, 5 sierpnia 2011
FIRES ON THE PLAIN (Nobi, Japonia, 1959)
O co chodzi?
Filipiny, styczeń 1945 r. Armia Cesarstwa Japońskiego po serii druzgocących porażek w walce z Amerykanami znajduje się w całkowitym rozbiciu. Zdziesiątkowane oddziały zmierzają do miejsca zgrupowania wojsk, gdzie ma nastąpić ich odwrót. Wśród żołnierzy jest chory na gruźlicę starszy szeregowy Tamura. Tamura trafia wpierw do chaty zamienionej na szpital polowy, nie zostaje jednak przyjęty z powodu braku miejsc. Gdy chata zostaje zbombardowana, Tamura kontynuuje wędrówkę, docierając do opuszczonej filipińskiej wioski. Następnie dołącza się do trojga żołnierzy. Podczas próby przeprawy przez drogę Tamura oraz resztki różnych, rozbitych oddziałów zostają zaatakowane przez amerykańskie czołgi. Wszyscy zostają zabici z wyjątkiem Tamury. Coraz bardziej głodny, wyniszczony przez chorobę i trudy wędrówki spotyka w końcu Nagamatsu i Yasudę, żołnierzy, których poznał, gdy próbował dostać się do szpitala. Dwaj mężczyźni radzą sobie z głodem, polując na „małpy” i jedząc ich mięso. Wkrótce Tamura odkrywa, że „małpami” są samotni wycieńczeni japońscy żołnierze.
Wojna, to taka ludzka rzecz
Albert Einstein był nie tylko jednym z najwybitniejszych fizyków w dziejach nauki, twórcą teorii względności i geniuszem, lecz także słynął ze swych pacyfistycznych poglądów. „Jakże podła i nikczemna wydaje mi się wojna!” – zwykł mawiać, nie kryjąc swej odrazy dla wszelkich militarystycznych aspektów cywilizacji. Zdawał sobie jednak sprawę, że w naturze człowieka, odziedziczonej po czasach pierwotnych, leży walka. Dlatego także i on jest autorem i tego zdania: „Dopóki na świecie będzie istniał człowiek, będą też wojny”. Agresja, którą Zygmunt Freud łączył z popędem śmierci, Tanatosem, jest bowiem immanentną częścią ludzkiej natury, w której zwierzęce pierwiastki są pozostałością po ewolucyjnym rodowodzie człowieka. Niegdyś agresja, wyrażająca się w walce, była koniecznością życiową – żeby zdobyć nowe bogatsze w pożywienie tereny, by odeprzeć atak wrogiego plemienia czy dzikich zwierząt. Lecz rozwój cywilizacyjny zmienił charakter ludzkiej agresji, a na pewno jej zasięg. W czasach pierwotnych starcia wrogich plemion miały charakter lokalny, w czasach nowożytnych wojny toczyły ze sobą całe narody a zasięg obejmował olbrzymie obszary kontynentu a nawet - jak podczas II wojny światowej - niemal cały świat. Nie zmieniło się tylko jedno. Czy to konflikt lokalny czy światowy, każda wojna niesie ze sobą ofiary. Im większy jej zasięg, większe siły w jej prowadzenie zaangażowane, tym więcej ofiar. Każde zwycięstwo ma bowiem smak krwi.
niedziela, 31 lipca 2011
THE BURMESE HARP (Biruma no tategoto, Japonia, 1956)
O co chodzi?
Birma, ostatnie dni II wojny światowej. Oddział kapitana Inouye stara przedostać się przez góry do Tajlandii. Wędrówkę przez birmańską dżunglę żołnierzy umilają sobie śpiewem oraz grą na harfie, której wirtuozem jest szeregowiec Mizushima. Gra na instrumencie ma także praktyczne zastosowanie: przebrany za tubylca szeregowy przeprowadza rekonesans, informując „zaszyfrowanymi” dźwiękami harfy, czy w pobliżu czai się wróg czy też można kontynuować marsz. W końcu oddział Inouye dociera do wioski, gdzie zostaje otoczony przez Brytyjczyków i wzięty do niewoli. Dopiero wówczas żołnierze dowiadują się, że Japonia skapitulowała. Niemniej w okolicy, w bunkrze wykutym w skale, wciąż zaciekle broni się oddział Japończyków, do którego najwyraźniej nie dotarła wieść o klęsce Cesarstwa Japonii. Inouye proponuje Brytyjczykom wysłanie swojego żołnierza, by przedostał się do obrońców wzgórza i przekonał ich do zaprzestania oporu. Misja zostaje powierzona Mizushimie. Niestety nie udaje się mu namówić broniących się żołnierzy do złożenia broni – wolą umrzeć niż się poddać. W wyniku artyleryjskiego ostrzału Brytyjczyków dochodzi do masakry japońskiego oddziału, z której ratuje się tylko Mizushima. Ciężko rannym żołnierzem zajmuje się buddyjski mnich, dzięki któremu szeregowiec odzyskuje pełnię sił. Traumatyczne doświadczenia oraz przerażający widok stosów trupów japońskich żołnierzy, na które Mizushima co chwila się natyka zmieniają go wewnętrznie. Przebrany za buddyjskiego mnicha zmierza w kierunku miasta, w którym znajduje się obóz jeniecki oraz jego oddział.
Groza i piękno
Historia ludzkości to historia wojen. O ludzkiej skłonności do agresji, znajdującej swe najbardziej dramatyczne i spektakularne ujście w wojnie, pisałem w recenzji „Ogni polnych” – chronologicznie drugiego z arcydzieł Kona Ichikawy. W tym miejscu wspominam o nierozerwalnym związku historii człowieka z historią wojen tylko dlatego, by wskazać, że sztuka (bez względu na formę) nie tylko nie może, ale wręcz ma obowiązek o wojennym złu opowiadać. Aby ludzie pamiętali, właśnie to – że wojna jest złem; że jest tragedią Człowieka jako istoty rozumnej i moralnej. Aby pamiętali i się opamiętali. Być może to ostatnie słowo wydaje się naiwnością – w końcu dopóki będą istnieć konflikty interesów i dopóki będą pieniądze na ich brutalne rozwiązywanie z pomocą armii i broni, trudno oczekiwać by jakaś książka czy film przerwały ten pęd człowieka ku samodestrukcji. Niemniej obowiązkiem artystów jest wpływać na postawy ludzi w celu ich pozytywnego ukierunkowania.
poniedziałek, 8 listopada 2010
CITY OF LIFE AND DEATH (Nanjing! Nanjing!, Chiny/Hongkong, 2009)
Wojna pożera najlepszych!
Fryderyk Schiller
O co chodzi?
Fabuła filmu nawiązuje do autentycznych wydarzeń, które miały miejsce podczas drugiej wojny japońsko-chińskiej na przełomie 1937 i 1938 r., w okupowanym przez Cesarską Armię Japonii chińskim mieście Nankin. Kamera śledzi losy kilku bohaterów. Japoński sierżant Kadokawa, o wrażliwej duszy ,zakochuje się w prostytutce Yuriko i pomaga chińskiej dziewczynie. Pan Tang, który jest osobistym sekretarzem niemieckiego biznesmena Johna Rabe, czyni wszystko by zapewnić bezpieczeństwo żonie oraz kilkuletniej córce. Pani Jiang wraz z misjonarką Minnie Vautrin stara się ratować młode chińskie dziewczęta przed plagą gwałtów ze strony japońskich żołnierzy. Chiński żołnierz Shunzi zostaje pochwycony i czeka na egzekucję. Zbuntowana Xiao Jiang nie chce ściąć włosów, by na wszelki wypadek uchronić się przed gwałtami ze strony japońskich żołdaków. Jeden z dowódców okupanta zmusza skrywających się w niemieckiej ambasadzie Chińczyków do „pożyczenia” stu kobiet dla japońskich żołnierzy. Wszystkie te wątki rozgrywają się w scenerii zrujnowanego miasta, pośród wiszących na słupach trupów chińskich żołnierzy i kolejnych zbiorowych egzekucji.
„Życie jest znacznie trudniejsze niż śmierć.”
Masakra nankińska, jak popularnie określa się tragiczne wydarzenia z przełomu roku 1937/38, które rozegrały się w ówczesnej stolicy Chiny, Nankin, to jedna z największych i najbardziej bestialskich zbrodni ludobójstwa w dziejach światowych konfliktów zbrojnych. O historycznym aspekcie dramatycznych zdarzeń z Nankin piszę poniżej, w tym miejscu zatrzymam się na jej filmowym przedstawieniu. „City of Life and Death” w reżyserii Chuan Lu to mieszanka fikcji i historycznej prawdy, choć wydaje się, że ta druga zdecydowanie przeważa. Przede wszystkim zgodna z ocalałymi zapisami dokumentalnymi, a także z fotografiami a nawet materiałem filmowym, jest wizja japońskiej okupacji Nankinu. Miasto jest nie tylko niemal doszczętnie zrujnowane, ale też sprawia upiorne wrażenie wymarłego. Ponurego wrażenia dopełniają walające się zwłoki zabitych, trupy powieszonych jeńców i wraki czołgów. Jedynym poruszającym się punktem na tle tego martwego krajobrazu są oddziały japońskich żołnierzy, przeczesujące ruiny w poszukiwaniu wroga albo szukające chińskich kobiet. Wbrew tytułowi filmowy Nankin jest miastem śmierci, a nie życia. I też śmierć staje się leit motivem całego obrazy Lu.
Wkrótce w mieście wyodrębnia się linia podziału między japońskim agresorem a ukrywającą się w tzw. Międzynarodowych Strefach Bezpieczeństwa cywilną ludnością miasta. W Nankin były dwie strefy tego rodzaju, skupione wokół budynków ambasady niemieckiej i amerykańskiej. Mimo że imperialistyczną Japonię łączyły z Niemcami i USA różnego rodzaju międzynarodowe ustalenia ocaleli z dywanowych nalotów i ciężkiego ostrzału artyleryjskiego mieszkańcy Nankinu nie mogli czuć się bezpieczni. Oddziały Japończyków co rusz czyniły wypady w strefy bezpieczeństwa, dopuszczając się gwałtów a nawet nie wahały się atakować szpitala polowego. Wielką wartością „City of Life and Death” jest, że ukazując losy kilku bohaterów, tworzy szeroką panoramę całego miasta i ich mieszkańców. Dlatego też widz może docenić ile dobrego dla ludności cywilnej starali się uczynić cudzoziemcy. W filmie przyglądamy się niemieckiemu biznesmenowi Johnowi Rabe – postaci historycznej, która uratowała przed japońskim pogromem 250 tys. Chińczyków. Rabe był postacią o tyle ciekawą, że należał do NSDAP, a zatem organizacji zdecydowanie nie kojarzącej się z obroną praw człowieka. A jednak nawet naziści potrafili okazać serce. Serce okazuje także, druga ważna postać w filmie, sierżant Kadokawa, przedstawiciel japońskiego okupanta. Jest to zresztą niezwykle interesujący, tragiczny bohater, który przechodzi istotną, psychiczną metamorfozę. Poznajemy go jako młodego żołnierza, sumiennie wypełniającego rozkazy, który stara się nie ulegać podszeptom przerażonego wojennym piekłem sumienia. Miłość do prostytutki Yuriko odmienia jego osobowość. Zaczyna wykazywać coraz więcej ludzkich odruchów i zapominać, że Chińczycy – nieważne czy żołnierze, czy cywile – są jego wrogami i należy im się pogarda i kulka w łeb. Można powiedzieć, że choć przegrywa swe życie, wygrywa człowieczeństwo. Jego końcowe akty miłosierdzia w stosunku do wroga dowodzą, że na wojnie linia frontu tak naprawdę zawsze przebiega w sercach uczestniczących w niej ludzi. Ważne, być może najważniejsze, są słowa, które wypowiada pod koniec filmu – „Życie jest znacznie trudniejsze niż śmierć.” Zwłaszcza, jeśli przychodzi żyć w tak dramatycznym i tragicznym czasie jak czas wojny. Wojna okazuje się być sprawdzianem rzeczywistej wartości ludzi: czy zdobędą się na heroizm tak jak Pan Tang, który nie wahał się zostawić ciężarnej żony by ratować przed pewną śmiercią swego współpracownika albo tak jak pani Jiang, poświęcając swe życie za ocalałych przed egzekucją mężczyzn. Z drugiej strony wojnę można potraktować jako wygodne usprawiedliwienie dla swego sumienia – wszak zabija się, morduje i gwałci wroga, a wróg to nie człowiek, czyha tylko by zadać nam śmiertelny cios.
Imponująca wstrzemięźliwość
„City of Life and Death” imponuje nie tylko rozmachem i sugestywnym, niezwykle trafnym portretem zbiorowości zamkniętej w umierającym mieście w czasach wojennej zawieruchy. Imponuje estetyczna - i co więcej ideologiczna – wstrzemięźliwość. Obraz Lu został prestiżowo potraktowany przez komunistyczne władze Chin, ale w przeciwieństwie do hongkońskiego obrazu T. F Mou, „Man Behind The Sun 4” nie jest ani antyjapoński ani – jak można by się spodziewać po państwowym mecenacie – proideologiczny. „City of Life and Death” pokazuje po prostu, że w czasie tak szczególnym jak wojna, niektórzy ludzie zdobywają się na zadziwiające akty bohaterstwa a inni na akty niewiarygodnego okrucieństwa.
Imponuje film Lu także przemyślaną, mądrą estetyką. Znakomitym pomysłem było zrealizowanie całego obraz w czarno-białych zdjęciach. Nie tylko podkreślają one realistyczny, niemal dokumentalny charakter filmu, ale na dodatek wzmagają intensywność przekazu. Tę wstrzemięźliwość da się zauważyć także na polu filmowej przemocy. W Nankin, w tamtych dniach, dochodziło do przerażających zbrodni i gwałtów, ale twórcy filmu nie ulegają łatwiej pokusie dosłowności i ich relacja z nankińskiej masakry praktycznie pozbawiona jest krwi. A mimo to są w „City of Life and Death” sceny, które po prostu wgniatają w fotel. Nigdy nie zapomnę sceny, w której jeden z japońskich dowódców poirytowany zachowaniem kilkuletniej córki pana Tanga, broniącej swej matki, wyrzuca dziewczynkę przez okno. Tak jakby wyrzucał ogryzek, a nie płaczące, bezbronne dziecko. Wstrząsające są też zmontowane w montażu równoległym sceny egzekucji na chińskich jeńcach. Oglądamy naprzemiennie ukazywane sceny z rozstrzeliwania tłumu chińskich żołnierzy oraz z ich zabijania za pomocą bagnetów i zakopywania żywcem. Niezapomniany jest też wątek jednego z chińskich żołnierzy, który wraz z synem przeżywa niebywale dramatyczna huśtawkę losu, raz rzucającego go w objęcia śmierci, by następnie darować mu nadzieje na przeżycie. Właściwie można by cytować niemal scenę po scenie – w każdej z nich udaje się zawrzeć porażający ładunek prawdy i emocji.
Minusik
Jedyny istotny „minusik”, który przyznałbym „City of Life and Death” jest konsekwencją postawienia na zbiorowego bohatera. Kiedy śledzimy losy więcej niż jednej postaci niezwykle trudno jest sprawić, by zainteresowanie nimi rozłożyło się po równo i było tak samo głębokie jak w przypadku jednego bohatera. Niektóre postacie zostały zatem potraktowane zbyt powierzchownie (np. Yuriko - jest tylko jedna scena z nią a widzowie muszą uwierzyć, że Kadokawie wystarczyło czasu by się w niej zakochać), inne sprowadzone zostały do symbolu (John Rabe a nawet Pan Tang, mimo iż poświęca mu się sporo ekranowego czasu). Wszystko to sprawia, że zwłaszcza na początku odbiorca może mieć problem z utożsamieniem się z którąś z postaci. Gdy już zaczyna przejmować się losem jednej z nich, ta znika z fabuły albo staje się częścią odległego planu. Twórcy filmu musieli jednak dokonać wyboru – czy chcą pokazać przekrój ludzi uwikłanych w konflikt i stworzyć epickie dzieło, czy też skupić swą uwagę na pojedynczej postaci. Tyle tylko, że wtedy „City of Life and Death” byłby kameralną, skromną opowieścią o jednostce skonfrontowanej z wojennym piekłem. Osobiście żałuję, że Chuan Lu nie podążył w tym kierunku. Ale takie prawo twórców filmu.
MOJA OCENA: 8/ 10
Więcej o CITY OF LIFE AND DEATH
MASAKRA W NANKIN 1937 grudnia – 1938 stycznia
Targane wojną domową między nacjonalistami Czang-Kaj szeka a komunistami Chiny stały się łatwym celem dla imperialistycznej, agresywnej polityki Cesarstwa Japońskiego. W 1928 r. Rząd Narodowy Czang-Kaj szeka przeniósł stolicę Chin z Pekinu do Nankin. Liczba ludności Nankinu po ustanowieniu jej nową stolicą wzrosła z 250 tys. do prawie 1 mln. Większość mieszkańców stanowili uchodźcy uciekający przed posuwającymi się w błyskawicznym tempie oddziałami japońskiej armii. 11 listopada 1937 r. Japończycy zajęli Szanghaj i rozpoczęli ofensywę z trzech różnych kierunków w stronę osaczonego Nankin. W początkach grudnia 1937 r. pierwsze japońscy żołnierze dotarli na przedmieścia ówczesnej stolicy Chin. 9 grudnia wojska okupanta przepuściły zmasowany atak na miasto. Trzy dni później chińscy żołnierze zdecydowali się na odwrót na drugi brzeg rzeki, Jangcy. Następnego dnia 6 i 16 dywizja japońskiej armii weszły do miasta i zajęły dzielnicę Zhongshan i tzw. Bramy Pacyfiku. W ciągu następnych sześciu tygodni wojska okupacyjne dopuszczały się grabieży na wielką skalę i masowych egzekucji. Większość ekspertów przyznaje, że zamordowano co najmniej 300 tys. mieszkańców miasta oraz dokonano ok. 20 tys. gwałtów (w tym zbiorowych) na kobietach, a nawet dziewczynkach. Niektórzy eksperci twierdzą, że liczba osób, które poniosły śmierć w wyniku masakry nankińskiej jest znacznie wyższa i podają liczby 340 tys. zabitych i 80 tys. zgwałconych. Japoński rząd po dzień dzisiejszy zaprzecza tym liczbom, twierdząc, że są przesadzone, a niektórzy japońscy politycy odmawiają nawet uznania Masakry w Nankin za fakt historyczny.
|
niedziela, 4 kwietnia 2010
Kino boli: COME AND SEE (Idi i smotri, ZSRR, 1985)
CZAS APOKALIPSY
„A gdy otworzył wtórą pieczęć, słyszałem wtóre zwierzę mówiące: idź i patrz!
I wyszedł drugi koń rydzy; a temu, który na nim siedział, dano, aby odjął pokój z ziemi, a iżby
jedni drugich zabijali, i dano mu miecz wielki. …
A gdy otworzył czwartą pieczęć, słyszałem głos czwartego zwierzęcia mówiący: idź i patrz!
I widziałem, a oto koń płowy, a tego, który siedział na nim, imię było śmierć, a piekło szło za
nim; i dana im jest moc nad czwartą częścią ziemi, aby zabijali mieczem i
głodem, i morem, i przez zwierzęta ziemskie.”
/ Apokalipsa św. Jana Roz.6 /
Jest rok 1943. Białoruś. Kilkunastoletni Flora (w tej roli fenomenalny, grający na granicy transu, debiutant, Aleksander Krawczenko) znajduje karabin i postanawia, wbrew matce, wstąpić do miejscowego oddziału partyzantów. Jest pełen zapału, woli walki i naiwności. To dzieciak, który chciałby zostać bohaterem. A tymczasem nawet nie zostaje zabrany na swą pierwszą akcję. Wszystkie kolejne wydarzenia, których stanie się uczestnikiem, okażą się dla niego brutalną formą inicjacji w dorosłe życie. Chłopak przeżyje bombardowanie obozu partyzanckiego, śmierć rodzinny i mieszkańców rodzinnej wioski zamordowanych przez hitlerowców, ostrzał z karabinów maszynowych, a przede wszystkim masakrę mieszkańców wioski Pierchody, których esesmani podpalają w opuszczonej, przerobionej na spichlerz cerkwi. Stanie się świadkiem akcji odwetowej partyzantów i egzekucji niemieckich jeńców. W finale filmu będzie już podstarzałym i bliskim szaleństwa wrakiem człowieka.
Elem Klimov scenariusz do „Idź i patrz” napisał wraz białoruskim pisarzem Aleśem Adamowiczem, który w swej twórczości często powracał do koszmaru własnej, wojennej przeszłości. Podstawą scenariusza stały się przede wszystkim dwa jego opowiadania: „Partyzanci” (bohaterem jest chłopiec walczący w oddziale partyzanckim) oraz „Chatyńskie opowieści” (historia zagłady wsi Chatyń). (2) Skrypt czekał na realizację aż siedem lat, wzbudzał bowiem ogromne kontrowersje. Klimov wyjaśniał "Wszyscy mówili o tym filmie, że jest przykry, odpychający. Niektórzy protestowali.” – mówił reżyser i dodawał - Ale rzeczywistość była o wiele okrutniejsza. Nie powiedziałem całej prawdy, ażeby film dał się w ogóle oglądać". (3)
„Idź i patrz” jest filmem o piekle wojny. Brzmi banalnie i nieprzekonujące, bo niemal każdy film wojenny pokazuje, że wojna jest złem, że w okrutny i bezsensowny sposób, dla jakichś obłąkańczych idei szaleńców u sterów władzy, posła ludzi na śmierć. Wiele wybitnych filmów antywojennych, począwszy od „Na zachodzie bez zmian” Levisa Milestone`a , przez „Ścieżki chwały” Stanleya Kubricka, „Czas Apokalipsy” F.F. Coppoli, „Pluton” Oliviera Stone czy „Szeregowca Ryana” Stevena Spielberga w mniej lub bardziej dobitny sposób wyrażały tę prawdę, lecz żaden z nich nie dorównuje siłą przekazu radzieckiemu filmowi. „Wszędzie tam, gdzie inne dzieła zatrzymują się na pewnej bezpiecznej granicy i nie pokazują niczego „do końca”, „Idź i patrz” każe oglądać i uczestniczyć. Aż do granic bólu i szoku” (4) – pisał jeden z autorów „Panoramy kina najnowszego 1980-1995” .
To prawda. Siła obrazu Klimova tkwi nie tylko w podjęciu wyjątkowego drastycznego tematu – masowego mordu dokonanego na cywilach (głównie kobiety, dzieci i starcy) z jednej z białoruskich wiosek, lecz na naturalistycznym, bezkompromisowym przedstawieniu wojny jako spełnionej Apokalipsy (tytuł nawiązuje do tej księgi Nowego Testamentu). Ale nie tylko. Klimov wciąga widza w najgłębszą piekielną czeluść, na samo dno człowieczeństwa, bólu, poniżenia i szaleństwa. I czyni to w sposób mistrzowski i ...perfidny. Reżyser wykorzystuje przede wszystkim długie, kilkuminutowe ujęcia. Kamera nie jest w nich biernym, nieruchomym świadkiem, obserwującym z bezpiecznego dystansu gehennę młodego bohatera, lecz aktywnym uczestnikiem filmowych wydarzeń (zdjęcia kręcono steadycamem). Porusza się za bohaterami, krąży między mieszkańcami, zagląda w śmiertelnie przerażone twarze spędzanych niczym owce na rzeź wieśniaków, przygląda się wykrzywionym w obłąkańczym uśmiechu twarzom oprawców i zatrzymuje się na chwilę by pokontemplować ostentacyjne piękno przyrody. Jakby na przekór szaleństwu ludzi niezłomnie pięknemu. Kamera z pełną premedytacją utożsamiona zostaje ze wzrokiem widza. Tytuł filmu zobowiązuje, przynajmniej w tej części, gdy woła do nas „patrz!”. Nieoceniony polski krytyki i entuzjasta kina, Zygmunt Kałużyński pisał: „Tytuł wygląda na prowokację, bo patrzeć jest trudno i emocje widza skaczą jak sinusoida, a jednak nie odrywa się oczu.” (5) To dopiero perwersja, nieprawdaż?
„Idź i patrz” jest bowiem obrazem szokującym i przerażającym, ale jednocześnie niepokojąco hipnotyzującym. Płynny montaż, niemal nieustannie znajdująca się w ruchu kamera, sprawiają, że obraz przemienia się w przeraźliwy koszmar śniony przez widza. Koszmar, z którego jednak nie tylko nie możemy, ale nie chcemy się przebudzić. Paradoks? A może absolutne mistrzostwo w panowaniu nad emocjami widza? Klimov tej sztuki dokonuje przede wszystkim za sprawą umiejętnego balansowania między różnego rodzaju estetykami ( impresjonizm, ekspresjonizm, symbolizm) i poprzez nasycenie obrazu atmosferą rodem z onirycznego horroru. Przyjrzyjmy się najważniejszemu fragmentowi jego dzieła - sekwencji masakry mieszkańców Pierechodów. Jest ona zarazem realistyczna a nawet naturalistyczna – ścierają się w niej przecież najpierwotniejsze instynkty przetrwania i destrukcji. A jednak nie do końca wydaje się ona realna (choć realistyczna). Wrażenie tego rodzaju wywołuje zarówno niewiarygodne okrucieństwa oprawców: nigdy nie pokazywane jednak anatomicznie, lecz tym bardziej szokujące. Nie widzimy zmasakrowanych ciał mieszkańców w wewnątrz cerkwi, lecz widzimy całe mnóstwo wrzucanych do środka grantów i słyszymy rozpaczliwe próby sforsowania drzwi przez uwiezionych, słyszymy ich przeraźliwe krzyki, jęki i zawodzenia. To wystarczy, by uruchomić wyobraźnię widza – najpotężniejsze źródło leków.
Ale to nie wszystko. Klimov z pełną premedytacją wplata w sekwencje elementy groteski. Pacyfikacja wioski przypomina bardziej relację z makabrycznego festynu, a nie z ludobójstwa. Seria krótkich ujęć ukazuje obrazy pijanych esesmanów błąkających się między wojskowymi ciężarówkami, część z nich pstryka sobie fotki na tle płonącej cerkwi, krążący wokół własnej osi wojskowy motocykl z ciałem postrzelonego partyzanta i wbitą w jego pierś tabliczką: „Za to, że obraziłem niemieckiego oficera”, oglądamy niemiecką sanitariuszkę lubieżnie oblizującą się i białoruską dziewczyną ciągniętą za włosy niczym worek kartofli przez żołnierza. Główną atrakcją jest jednak „występ” zapędzonych do cerkwi mieszkańców – obrzucanych granatami i podpalonych miotaczami ogania. Gdy drewniany budynek płonie a z wnętrza dobiegają jęki i krzyki konających ofiar nazistów, ci w pewnym momencie zaczynają bić brawo. Z głośników rozbrzmiewa radosne tyrolskie jodłowanie jako makabryczny podkład do bestialskiego mordu. Efekt jest jednak piorunujący. Niemieccy oprawcy wydają się być w tej scenie wcielonymi diabłami, widmowymi upiorami, ucieleśnieniem zła w czystej postaci. Dzięki elementom groteski reżyser uzyskuje wrażenie kompletnej paranoi, zezwierzęcenia i nieopisanego bestialstwa.
Z tym sposobem przedstawienia niemieckich żołnierzy jako istot nadludzkich, demonicznych kontrastuje scena pojmania ich przez partyzantów. Grupka przerażonych, bezradnych, zdanych na łaskę Białorusinów esesmanów okazuje się być zbiorowiskiem tchórzy, gotowych nawzajem się pozabijać, byleby uratować własny tyłek. Oba portrety Niemców są jednak skrajnie niepomyślne, zwłaszcza w porównaniu z wizerunkiem partyzantów. Uczyniono z tego zarzut reżyserowi. W RFN „Idź i patrz” określono mianem filmu „antyniemieckiego”, zaś w Polsce pojawiały się zarzuty o uproszczenia i o uleganie sowieckiej propagandzie (dobrzy Rosjanie, źli Niemcy). Ale czy rzeczywiście?
Przede wszystkim zwróćmy uwagę, że bohaterem filmu jest nastolatek, którego oczami oglądamy wojenną apokalipsę. Nie może to być zatem obraz obiektywny, oddający prawdę historyczną (np. o zbrodniach Armii Czerwonej). Jest to wizja, którą tworzy umysł nadwrażliwego chłopca, na dodatek poddanego niesłychanej dawce traumatycznych przeżyć i to w krótkich odstępach czasu. Co więcej Klimov nie stworzył filmu o dobrych czy złych Niemcach i Sowietach, bo na wojnie zabijają wszyscy. Radzieckiego (a właściwie ukraińskiego) reżysera interesowało zło, które w sprzyjających okolicznościach (np. wojny) wypełza z ludzi bez żadnych moralnych zahamowań. W centrum zainteresowania Klimova znajduje się również ogrom cierpień, jakie niesie ze sobą wojną i to jak bardzo niszczy ona młodych ludzi.
Ale nawet jeśli te argumenty nie przekonują tych, którzy uważają, że „Idź i patrz” trąci radziecką propagandą, to odwaga twórców, ich bezkompromisowość i siła przekazu rozgrzeszają ich zupełnie.
PAMIĘTNA SCENA: Wbrew pozorom nie będzie to żadna z przedstawiających pacyfikację wioski. Wybieram scenę, podczas której Flora i jeden z mieszkańców jego rodzinnej osady zostają zaatakowani przez samolot. Zamiast spodziewanego bombardowania czy ostrzału z broni maszynowej, do pobliskiego bajorka wpada pusta butelka po alkoholu wyrzucona przez załogę. Towarzyszący Florze mężczyzna komentuje: „Oni tam sobie piją, a nam zrzucają puste butelki”. I oboje wybuchają śmiechem. Groza śmierci zostaje zneutralizowana przez śmiech. Perełka!
PRZYPISY:
(1) Rafał Syska (pod red), Słownik filmu, Kraków 2005, s.496.
(4) Barbara Kosecka i inni, Panorama kina najnowszego 1980-1995. Leksykon, Kraków 1998, s. 67.
niedziela, 14 lutego 2010
AN EMPRESS AND THE WARRIORS (Hongkong / Chiny, 2008)
Ching Siu-tung, reżyser „Cesarzowej i wojowników”, zasłynął jako twórca kultowych „Chińskich duchów” („A Chinese Ghost Story”, 1987) – niezwykłej mieszanki kina wu xia, komedii i horroru o duchach. Ching jest również jednym z najlepszych tzw. martial arts. director, czyli reżyserem scen walki. Swój talent w tej dziedzinie zaprezentował tworząc niewiarygodną choreografię do słynnych filmów wu xia Zhanga Yimou – „Hero” oraz „Dom latających sztyletów” oraz do wielu filmów Tsui Harka, hongkońskiego mistrza kina kopanego. Ching reżyserował także sceny walki w omawianym filmie, lecz tym razem zafundował widzom bardziej realistyczne, choć wciąż imponujące potyczki bohaterów, przede wszystkim z użyciem mieczy.
Akcja „Cesarzowej i wojowników” rozgrywa się bowiem w okresie historycznym znanym jako Okres Dziesięciu Królestw (907-960 n.e.). Królestwa te powstały w południowej części Chin i jednym z nich było państwo Yan. I na tym kończy się historia w filmie Chinga – reszta to już fikcja. Po skrytobójczej śmierci króla Yan rządy przejmuje jego córka, księżniczka Feirei co wzbudza zawiść w podstępnym i żądnym władzy siostrzeńcu monarchy. Nasyła na młodą cesarzową tajnych zabójców, ci zaś ranią ją podczas pogoni za Feirei. Dziewczyna trafia do żyjącego w lesie trudniącego się ludową medycyną, Duan Lanquan – niegdyś członka okrutnej kasty bezlitosnych wojowników, który miał dość wojen i mordowania. Pod wpływem rozkwitającego uczucia miłości do Duana księżniczka zmienia swe wojownicze usposobienie i zaczyna inaczej patrzeć na świat i zarządzanie państwem. Sielanka nie trwa jednak długo. Ojczyna – otoczona przez wrogie wojska i targana wznieconym przez siostrzeńca króla buntem – jest w potrzebie. Feirei stanie przed dramatycznym wyborem: szczęście osobiste czy obowiązki wobec kraju?
Podczas oglądania najnowszej produkcji Chinga po głowie chodziło mi wciąż jedno słowo: „ładny”. Bo ten film właśnie taki jest. Pełen pięknych, zachwycających chińskich plenerów , pięknych duchowo i fizycznie bohaterów, którzy postępują tylko szlachetnie i mądrze, a także pięknego, romantycznego uczucia miłości, które łączy Feirei i Duana. Owszem nie brak w tym filmie niegodziwców i łajdaków a szczęście bohaterów co chwila zostaje wystawiane na próbę przez ciągłe bitwy, bunty i niecne knowania. Co więcej zwycięstwo Dobra, które dla każdego oglądającego jest tak oczywiste jak dzień i noc, okupione zostaje ofiarami. A jednak „Cesarzowa i wojownicy” są ładnym filmem. Urzeka, paradoksalnie, prostota, a nawet naiwność całej przedstawionej historii. Żadnego skomplikowania, żadnej ambiwalencji i niejednoznaczności w zachowaniu postaci. Czy zatem film Chinga jest banalny i błahy? Z całą pewnością nie, jeśli potraktujemy go jako baśń historyczną, w której rajce dobra i zła porozdzielane są jedynym pociągnięciem scenariuszowego pędzla. Baśń jest przepięknie sfilmowana, niektóre sceny odznaczają się poetycką urodą, sceny batalistyczne trzymają wysoki poziom chińskich superprodukcji (a wiec tysiące prawdziwych, a nie komputerowych żołnierzy, rozmach i dramaturgia), a sceny walki, choć ustępują tym znanym z filmów Zhanga Yimou, są zrealizowane po mistrzowsku. Krótko mówiąc „Cesarzowa i wojownicy” ogląda się z przyjemnością. Zakłóca ją nieco zbędny patos, który pojawia się pod koniec filmu (scena walki gen. Myuonga z setkami przeciwników).
W dobie filmów epatujących przemocą i moralną ambiwalencją, film Chinga nieoczekiwanie wyróżnia się przejrzystością, wiarą w heroizm jednostki (kto chce niech doszukuje się politycznych aluzji) oraz romantycznym obrazem miłości – czystej, niewinnej i pięknej. Właśnie przez wątek romansowy – wyjątkowo obszernie rozbudowany – śmiało można polecić „Cesarzową i wojowników” na walentynkowy wieczór we dwoje. Gwarantuję: ukochana wypłacze się Wam w rękaw jak nigdy wcześniej.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)
















