czwartek, 29 grudnia 2011

TOP 10: THE BEST ASIAN HORROR MOVIE`S DIRECTORS




Koniec roku to tradycyjna pora wszelkiego rodzaju podsumowań, zestawień i list the best of. I ja się w tę tradycję wpisuję, lecz nie zamierzam Was zanudzać tym, co znajdziecie na każdym większym portalu poświeconym kinu czy na co drugim blogu o tematyce filmowej, czyli zestawem najlepszych filmów minionego roku. Proponuję coś znacznie ciekawszego, bo rzadziej pojawiającego się  – TOP 10 Najlepszych reżyserów horrorów (azjatyckich). Dlaczego tylko horrorów? Pomysł aby wybrać dziesiątkę the best of twórców filmowych niezależnie od uprawianego gatunku upadł z trzech powodów. Po pierwsze tłok w pierwszej „10” byłby zbyt wielki – aż tylu byłoby kandydatów, po drugie: nigdy w doborze filmów nie kieruję się nazwiskiem reżysera, lecz wartością danego filmu, a to oznacza, że nie znam na wylot filmografii wielu z nich. Po trzecie zaś dlatego, że lubię kino grozy i naprawdę się na nim znam, zwłaszcza gdy chodzi o Daleki Wschód.

piątek, 23 grudnia 2011

AZJATYCKICH SEXY ŚWIĄT!


I już za chwilę Święta Bożego Narodzenia. Rok temu pisałem o tym jak obchodzą ten szczególny okres Chińczycy, o czym możecie poczytać TUTAJ . Generalnie Święta Bożego Narodzenia są pozbawione z wiadomych powodów kontekstu religijnego. Choć wspólnoty chrześcijan są rozrzucone po całym świecie i nie brak ich również na kontynencie azjatyckim, to z uwagi na dominację na tym obszarze religii buddyjskiej, taoistycznej, hinduistycznej czy innych, Święta mają odmienny charakter niż na Zachodzie. Okres świąteczny, czy to w Chinach, Japonii, Korei czy w innych krajach Dalekiego Wschodu, traktowany jest jak czas radości, życzliwości, możliwości spędzenia wspólnego czasu z rodziną, odwiedzenia znajomych i przyjaciół. Ot, taka nieco inna wersja Walentynek. 

niedziela, 18 grudnia 2011

FILIPIŃSKIE KINO GROZY Cz. 3: Horror współczesny



Ale nie samym folklorem i wampirami filipiński horror żyje. Dużym powodzeniem wśród widzów cieszą się także nowelowe filmy grozy (potocznie zwane „antologiami”).  Pierwszą taką produkcją było „Gabi ng lagim” (1960), składający się aż z  czterech nowel. Tylko w 1960 r. powstały jeszcze trzy tego rodzaju filmy, a forma tego rodzaju filmowej prezentacji popularna jest po dziś dzień (m.in. „Matakot ka sa karma”, 2006). Cieszącą się największym powodzeniem antologią stał się horror „Shake, Rattle & Roll” (1984) wyreżyserowany przez trójkę reżyserów. Film tak bardzo spodobał się publiczności, że doczekał się aż dwunastu części (ostatnia pochodzi z 2010 r.) Pierwsza składał się z trzech nowel: „Baso” (reż. Emmanuel H. Borlaza), „Pridyider” (reż. Ishmael Bernal), oraz „Manananggal” (reż. Peque Gallaga). Najbardziej niezwykłą opowieścią była druga historia, w której nawiedzona…lodówka pożerała każdego, kto do zajrzał do jej środka. „Baso” to typowa ghost story o zemście zza grobu a nowela trzecia to kolejna opowieść o filipińskim wampirze manananggalu. Pierwszy film serii ustanowił dwie podstawowe kanony: każda następna część składała się z trzech nowel oraz przynajmniej jedna z nich nawiązywała do rodzimego folkloru.   

wtorek, 13 grudnia 2011

FILIPIŃSKIE KINO GROZY Cz. 2: Filipińskie wampiry i potwory Romero




Trzecim z najpopularniejszych nurtów w filipińskim kinie grozy są horrory, które moglibyśmy nazwać „wampirycznymi”. Nie jest to grupa filmów jednorodnych, bo pojawiają się w niej także produkcje z wątkami demonicznymi, jak również nie brakuje w nich straszydeł, nawiązujących do lokalnych legend i mitów. Jednym z pierwszych przedstawicieli tego nurtu jest komediowy „Mga manugang ni Drakula” (reż. Artemio Marquez ,1963), w którego tytule imię najsłynniejszego wampira w dziejach kina nie pojawia się bez powodu. Na Filipinach zrealizowano całkiem pokaźną liczbę horrorów, których bohaterem był transylwański hrabia. Filipiński Dracula po swym słynnym filmowym przodku, wypromowanym przez horrory z Universalu, odziedziczył długą pelerynę ze stojącym kołnierzem i ostre kły oraz, oczywiście, głód krwi. W postać słynnego wampira wcielił się we wspomnianym filmie a także m.in. w „Drakula Goes to R.P.” (reż. Tony Cayado, 1973) wielki gwiazdor kina filipińskiego, Dolphy (właściwie: Rodolfo Vera Quizom), który nazywany był „Królem Komedii”, bo choć występował w filmach różnych gatunków, to komedie przyniosły mu największą popularność. Filipińczycy nakręcili także żeńską wersję słynnego wampira pod tytułem „Drakulita” (reż. Consuelo P. Ostrio, 1969). Najbardziej jednak charyzmatyczną, porównywaną z kreacją Christophera Lee postać wzorowaną na Draculi stworzył Ronald Remy w „The Blood Drinkers” (1964) Gerardo de Leona. Nieco dalej wrócimy do tego filmu.

środa, 7 grudnia 2011

FILIPIŃSKIE KINO GROZY Cz. 1: Diabły i aswangi



Film jest jedną z najbardziej popularnych form rozrywki Filipińczyków. Filipińskie kino to także ogromny przemysł, zatrudniający dwieście sześćdziesiąt tysięcy osób i generujący rocznie około pół biliona PHP (filipińskich peso) (1). W latach 50. produkowano nawet do trzystu pięćdziesięciu filmów rocznie, by 2007 r. liczba filmów spadła do trzydziestu w ciągu roku (2). Zmniejszenie produkcji jest skutkiem recesji z połowy lat 90., która dotkliwie dotknęła kraje azjatyckie, lecz także efektem ogromnej popularności telewizji oraz zagranicznych produkcji (głownie amerykańskich). Na szczęście rozwój technologii pozwalającej tanio kręcić filmy sprawił, że coraz  więcej słychać o kinie niezależnym i eksperymentalnym. Rząd pracuje również nad ustawami, które mają wesprzeć rodzimy przemysł filmowy (3).

Horror na tle całości kina filipińskiego nie prezentuje się nadzwyczajnie. Choć pod względem ilości produkowanych filmów z tego gatunku Filipińczycy ustępują jedynie Japończykom (tylko w 2009 r. na ekranach kin pojawiło się osiem premierowych horrorów), to pod względem jakości są to produkcje wybitnie komercyjne, w większości reprezentujące kino klasy B, a czasem nawet i z dalszych liter alfabetu. Wiele jednak z tych pozycji zyskało status dzieł kultowych i wiele z nich warto poznać bliżej.

czwartek, 1 grudnia 2011

PUNISHED (Bou ying, Hongkong, 2011)



O co chodzi?

Wong Ho Chiu jest właścicielem dobrze prosperującej firmy developerskiej. Mieszka w luksusowej willi, ma piękną żonę i dwoje nastoletnich dzieci. Wydaje się być człowiekiem spełnionym, a jednak to tylko pozory. Firma próbuje bezskutecznie wyrwać z rąk drobnych posiadaczy cenne grunty, żona jest jego drugą małżonką, syn nie zamierza studiować medycyny – znacznie bardziej interesuje go muzyka, zaś z dorastającą  córką, Daisy w ogóle nie może nawiązać kontaktu. Dziewczyna jest zbuntowana, chadza własnymi ścieżkami i na dodatek bierze narkotyki. Nawet gdy pewnego dnia Daisy zostaje porwana, Wong podejrzewa, że jego córka mogła sfingować porwanie. Z tego tez powodu nie zawiadamia policji i godzi się zapłacić wysoki okup. Okazuje się jednak, że podejrzenia ojca były niesłuszne, ponieważ dziewczyna zostaje zamordowana. Zrozpaczony prosi swego bodyguarda, Chora – byłego gangstera, by odnalazł i zabił wszystkich, tych którzy byli zamieszani w porwanie. Chor okazuje się nad wyraz skuteczny…

sobota, 26 listopada 2011

Kino boli: LILYA 4-EVER (Szwecja/Dania, 2002)




ŻYCIE NA CHWILĘ

Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych,
którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi
 i utopić go w głębi morza.

Biblia Tysiąclecia, Mt. 18, 6-7



W 1997 r. Bożena Borzęcka została nagrodzona Złotym Lajkonikiem – Grand Prix Festiwalu Filmów Dokumentalnych w Krakowie za wstrząsający obraz popegerowskiej rzeczywistości w małej miejscowości koło Słupska, Zagórkach. Tytuł filmu – „Arizona” to zarazem nazwa taniego wina powszechnie spożywanego przez mieszkańców wioski. Ich jedyna rozrywka, a dla wielu jedyny sens życia. Bowiem gdy w 1990 r. władza przestała dotować miejscowy peger, narastające długi doprowadziły do likwidacji miejsca pracy większości mieszkańców Zagórek. Załoga pegergu wylądowała na „kuroniówce”, budynki uległy zdewastowaniu, pola pozarastały chwastami a osiedle mieszkalne zamieniło się w jedną wielką, brudną, zaniedbaną melinę. Po transformacji ustrojowej na początku lat 90. takich miejsce w Polsce było mnóstwo. Miejsc przeklętych, zapomnianych, pozostawionych powolnej agonii i rozkładowi niczym padlina zdechłego konia, którego ujęcia przeplata się przez film. Ale zapadłymi dziurami, w których czas ugrzązł w miejscu a ludzie pogrążyli się w marazmie, podziurawiony jest cały świat.

piątek, 18 listopada 2011

MISS BANGKOK.WYZNANIA TAJSKIEJ PROSTYTUTKI (Bua Boonmee)


Tajlandia to piękny egzotyczny kraj. Oszałamia zachodnich turystów bujną tropikalną przyrodą, bogactwem i różnorodnością wiekowej kultury, wyrażającej się w zachwycających buddyjskich świątyniach wat czy też przepychem królewskich pałaców. A jednak zdecydowana większość obcokrajowców ceni sobie Tajlandię nie z powodu kulturowego bogactwa i dostarczania duchowych przeżyć, lecz ze znacznie mniej wzniosłych, bardziej przyziemnych atrakcji. Tajlandia, a konkretnie największe miasto kraju, Bangkok oraz coraz liczniejsze nadmorskie kurorty, m.in. Patpong, Pataja czy Puket to raje erotycznej seksturystki. Za śmiesznie małe pieniądze ( za ok. 20 euro) można spełnić każdą, najbardziej wyuzdaną fantazję niezależnie czy jest się mężczyzną, kobietą czy hermafrodytą. Prostytucja w Tajlandii oficjalnie jest zakazana, ale władza interweniuje tylko w sytuacjach najbardziej ewidentnych, gdy ktoś zostanie poszkodowany albo dojdzie do rażących zachowań. Nic dziwnego. Wpływy ze seksturystyki wynoszą ponad 3% tajskiej gospodarki, zapewniając zatrudnienie ok. dwustu tysiącom osób (niektórzy sądzą, że jest to liczba sięgająca nawet jednego miliona). W Tajlandii właściwie nie ma stręczycielstwa, a prostytucja jest powszechnie akceptowana. Niejednokrotnie biedne wiejskie rodziny wysyłają młode dziewczęta do miast i kurortów, by zarabiały swym ciałem, ponieważ mogą one przynieść dochód nierzadko równowarty miesięcznym zarobkom całej familii. Ale czy rzeczywiście wszystko przebiega tak gładko? Państwo zarabia, biedna prowincja zarabia, dziewczyny zarabiają a klienci z całego świata są wniebowzięci, otrzymując możliwość spełniania swych najdzikszych erotycznych fantazji za tanie pieniądze. Czyżby więc wszyscy byli zadowoleni? Otóż jednak nie wszyscy. Licząca ledwie sto siedemdziesiąt stron książka niejakiej Bua Boonmee, „Miss Bangkok. Wyznania tajskiej prostytutki” jest próbą przybliżenia polskiemu czytelnikowi żałosnego losu tajlandzkich dziewczyn, które zazwyczaj uciekając przed biedą, godzą się sprzedawać to, co mają najcenniejsze: swe młode, świeże ciała, stanowiące nie tylko ich osobisty, lecz także narodowy kapitał. Bo to dzięki tym anonimowym dziewczynom (ale i chłopcom) tajlandzki seks-biznes wciąż miewa się dobrze, przynosząc ok. czterech miliardów dolarów zysku.

sobota, 12 listopada 2011

THRONE OF BLOOD (Kumonosu-jô, Japonia, 1957)

 

 

Zwycięstwo rodzi nienawiść, pokonany żyje w zgryzocie.

Uciszony i w szczęściu żyje ten,

kto wyrzekł się zwycięstwa i klęski”.

 /Muttãvali, księga wpisów starobuddyjskich/

 

O co chodzi?

 

XVI w., okres wojny domowej zwanej Sengkou. Washizu oraz Miki, dwaj dowódcy wojsk księcia Suzukiego zmierzają do siedziby władcy, Pajęczynowego Zamku. Opromienieni chwałą zwycięzców w bitwie z armią wrogie daimyō błądzą w leśnym labiryncie i przez przypadek natrafiają na wiedźmę. Wiedźma przepowiada przyszłość obu wojownikom: Washizu zostanie władcą Pajęczynowego Zamku, ale rządy po nim sprawować będzie syn Mikiego. Wojownicy nie traktują proroctwa czarownicy nazbyt poważnie, lecz wkrótce przekonują się, że usłyszana przepowiednia zaczyna się spełniać. Kiedy Washizu zdaje relację ze spotkania z czarownicą w Pajęczynowym Lesie żonie, Lady Asaji, ta postanawia pomóc losowi. Nakłania męża aby zamordował księcia Suzukiego a następnie pozbył się Mikiego i jego syna. Washizu ulega namowom, pogrążając się coraz bardziej w kolejnych zbrodniach. Synowi Mikiego udaje się wydostać z pułapki i przyłączyć do dawnego wroga księcia. Washizu tymczasem dowiaduje się, że jego żona urodziła martwe dziecko, w którym pokładał wielkie nadzieję jako ewentualnym sukcesorze po nim. Coraz bardziej osamotniony, nękany przez upiory pomordowanych osób Washizu ponownie spotyka się z wiedźmą, która uspokaja go, że nie przegra żadnej bitwy, dopóki okalający fortecę Pajęczynowy Las nie podjedzie pod mury zamku.

 

O nieszczęśliwych ludziach

 

Szekspir + Akira Kurosawa (przede wszystkim) = arcydzieło światowego kina. Powyższe równanie tylko z pozoru wydaje się być oczywistą oczywistością, ponieważ scenariusz czepiący ze znakomitego dzieła literackiego nie stanowi prostego przełożenia na równie znakomity ekranowy rezultat. Rozpowszechniony jest nawet pogląd, że dobrej literatury (obojętnie w jakiej formie) nie można bez uszczerbku dla literackiego oryginału przenieść na ekran, ponieważ słowo pisane i obraz filmowy należą do dwóch całkowicie odmiennych form artystycznej wypowiedzi. Coś w tym jest, zwłaszcza gdy mowa o tak niefilmowych dziełach jak „Ulisses” czy W poszukiwaniu utraconego czasu”. To ostatnie próbował zaadaptować na potrzeby filmu Raul Ruiz i zdaniem wielu wyreżyserowany przez niego obraz pt:, „Czas odnaleziony” (1999) był prawie bliski ideału. Prawie – jak wiemy robi jednak różnicę. Dlatego też niektórzy artyści świadomi nieprzekładalności tekstu literackiego na tekst filmowy rezygnują z wierności na rzecz swobodnej reinterpretacji. Tym tropem podążył także Akira Kurosawa, który z dramatu Williama Szekspira, „Makbet” zaczerpnął jedynie ogólny zarys fabularny, bohaterów oraz pesymistyczną wizję człowieka i świata, wypełniając ją własnymi treściami. I kto wie, czy właśnie nie dlatego dzieło twórcy „Rashomona” uważane jest za najlepszą filmową adaptację sztuki elżbietańskiego dramaturga.

 

Ale nie chcę pisać o wzajemnych relacjach szekspirowskiej tragedii i dzieła Kurosawy, ponieważ napisano na ten temat mnóstwo opracowań. Nie mam też zamiaru zagłębiać się w „Tron we krwi” jak jego bohaterowie w mroczny, zdradliwy Pajęczynowy Las, bo w tym też zostałem uprzedzony przez dziesiątki interpretatorów twórczości Cesarza japońskiego kina. Chce natomiast rozwinąć myśl zawartą w tej oto wypowiedzi Kurosawy: „Patrząc obiektywnie na filmy, które dotychczas zrobiłem sadzę, że mówię w nich ciągle to samo: dlaczego ludzie nie próbują być szczęśliwi? Natomiast „Tron we krwi” odpowiada na pytanie – dlaczego ludzie muszą być nieszczęśliwi”(1). Co zatem sprawia, że naturalne dla człowieka dążenie do szczęścia i pomyślności, czasem zamienia się w nienaturalne unieszczęśliwianie i skłonność do autodestrukcji?

 

 Każdy kto miał okazję obejrzeć „Tron we krwi” bez zająknienie odpowie: żądza władzy,  skłonność do przemocy, nielojalność, giętki kręgosłup moralny, uległość podszeptom zła a   także fatum, przeznaczenie, zły los. Jeśli jednak przyjrzeć się poszczególnym przyczynom, okazuje się, że sprawa nie jest tak oczywista. Choćby żądza władzy, która sprowadza Washizu na drogę ku zagładzie. Niewątpliwie ambicje  bohatera Toshiro Mifune, sięgają znacznie dalej niż do Fortu Północnego, którego panem zostaje w nagrodę za dzielność i waleczność w zwycięskiej bitwie. Ale czy to tylko kwestia wygórowanych ambicji? Przecież gdyby nie diaboliczna małżonka samuraja, Asaji , roztaczającą przed Washizu perspektywę, w której zamordowanie księcia Suzukiego oraz przejęcie władzy staje się niemal „koniecznością dziejową” - gdyby nie ta „zła kobieta” być może dzielny wojownik nadal pozostałby lojalnym poddanym księcia? Ale może to nie wina Asaji, lecz po prostu przeznaczenia, którego nić tka spotkana w lesie starucha? A być może to obiektywna rzeczywistość, historyczny moment w dziejach Japonii, który nie pozostawia Washizu wyboru? „Żyjemy w świecie, w którym musisz zabijać, żeby nie być zabitym” stwierdza nie bez racji Asaji. Jest wiele powodów, dla których Washizu zaczyna kroczyć drogą zdrady i zbrodni, na końcu której czekać go może tylko śmierć. A jednak Kurosawa tak konstruuje swój tekst, że ostatecznie na ławie oskarżonych zasiada opuszczony przez wszystkich bohater Mifune (choć z pewnością nie bez znaczenia jest tocząca się wojna domowa, która wyzwala w tym samym Washizu z jednej strony niebywała waleczność i odwagę a z drugiej strony ułatwia mu kolejne niegodziwości). Czy bowiem Asaji nie jest symbolem mrocznej strony duszy bohatera? Nieruchoma niczym maska teatru nō twarz Asaji, jej niesprecyzowany byt ontologiczny świadomie zawieszony pomiędzy realnym a nierealnym (zabieg typowy dla teatru nō, w którym granica miedzy światem nadprzyrodzonym a materialnym jest niezwykle płynna) – wszystkie te elementy sugerują symboliczny charakter tej postaci. Podobnie symboliczny wymiar ma wiedźma spotkana w lesie (zwłaszcza drugie spotkanie, gdy wiedźma przybiera kolejne coraz to rożne postacie). Czy zatem starucha wzorowana na Yamaubie – górskiej wiedźmie, obdarzonej nadprzyrodzoną mocą nie jest personifikacją ukrytych pragnień Washizu? Ktoś powie: pachnie Freudem. Ale nie ma na myśli słynnego Austriaka.

 

Umysł – zwodniczy malarz

 

„Umysł stwarza swe otoczenie, podobnie jak artysta maluje obraz”(2) – to nie Freud, ale Budda. Być może więc i wiedźma, i Asaji są dziełem umysłu Washizu a według buddystów nawet on sam jest jedynie zbiorem umysłowych funkcji, które składają się na iluzoryczne „ja”. Dlatego też: „Umysł, który tworzy otoczenie nigdy nie jest wolny od wspomnień, narzekań na teraźniejsze życie i lęku przed przyszłością, wynikają one bowiem z niewiedzy i pożądania”(3). Prawdziwym powodem dla których ludzie się unieszczęśliwiają jest bowiem niewiedza. Niewiedza jest najważniejszą przyczyną cierpienia. Ludzie cierpią ponieważ, według nauk Buddy,  nie zdają sobie sprawy, że: 

 

Są też cztery prawdy tego świata: pierwsza, że wszystkie istoty wyrastają z niewiedzy; druga, że wszystko, czego pożądamy, jest nietrwałe, niepewne i bolesne; trzecia, że wszystko, co istnieje, jest również nietrwałe, niepewne i bolesne; czwarta, że nie istnieje na świecie nic, co można określić słowem „ja”, lub o czym można powiedzieć „mój”.(4)

Żądza władzy, która jest największym „grzechem” Washizu nie jest więc przyczyną jego drogi ku samozagładzie. Nie jest nim też fatum, przeznaczenie czy zły losy rozumiany jako niezależna od czynów człowieka, potężna siła wrzucająca go z góry ustalone koleiny życia. Tak naprawdę (w każdym razie zgodnie z prawda buddyjską) jest nim niewiedza o tym, że żądza władzy czy też dola, która staje się udziałem bohatera są prawdziwą przyczyną cierpień Washizu. Pragnienie czy też żądza pojawiają się tam, gdy dający się zwieść iluzji człowiek wierzy, że istnieje coś takiego jak „ja”. Washizu zaczyna pragnąć (mniej lub bardziej świadomie) uznania, bogactwa, władzy, nie zdając sobie sprawy, że skoro jego „ja” jest nietrwałe, to wszystko czego pragnie jest również nie trwałe. Nie bez kozery Kurosawa zatapia filmowy świat w gęstej mgle. W sensie alegorycznym otumaniony iluzją, buddyjską mają bohatera porusza się jak we mgle, kierując się zgubnymi żądzami. Warto też zwrócić uwagę na motyw labiryntu (las, mgła itp), który podkreśla zagubienie Washizu między tym co wartościowe a tym co jedynie wydaje się za takie uchodzić, a w istocie jest ulotne, przemijające i prowadzące do zagłady. Jednak dla postaci granej przez Toshiro Mifune nie ma ratunku. Ponieważ żądze, które go oplatają są: „jak pragnienie człowieka, pijącego słoną wodę, które nie jest zaspokojone, lecz staje się coraz większe”(5). Zdobycie władzy przez Washizu wcale nie przynosi mu spokoju – wręcz przeciwnie nękany przez duchy zmarłych, otoczony przez wrogów a na dodatek pozbawiony nadziei na potomka musi szukać ukojenia w słowach wiedźmy. Ale znajduje go tylko na chwilę. W „Tronie we krwi” bowiem wszystko dzieje się „na chwilę”: Washizu na chwilę jest zwycięskim generałem w bitwie, lojalnym żołnierzem księcia, oddanym przyjacielem, komendantem Fortu Północnego, władcą Pajęczynowego Lasu, ojcem przyszłego dziedzica tronu, strzeżonym przez „moce zła” niezwyciężonym wojownikiem.

      

Powtórzymy pytanie: „Czy zatem ludzie muszą być nieszczęśliwi?” Kurosawa w swym wybitnym dziele odpowiada (a przynajmniej sugeruje taką interpretację): Nie muszą być skazani na porażkę, ale będą, jeśli nie odkryją najważniejszego prawa rządzącego światem i ludzkim życiem:

 

 Nie jest to prawo tego miasta ani tego rynku,
Nie tyczy się tylko tego czy tamtego domu.
Na całym świecie i we wszystkich światach Bogów
Jest tylko jedno prawo: nietrwałość wszystkich rzeczy.(6)

Jedno krótkie i jedno długie zdanie na koniec

„Tron we krwi” – imponujące arcydzieło światowego kina aż głupio jest oceniać. Wystawienie cenzurki wydaje się wręcz nie na miejscu, ale ponieważ taką przyjąłem konwencję dla recenzji (ale znowu wyszła mi taka tam analiza) na tym blogu, więc oto i ocena, która inna nie mogła być:


MOJA OCENA: 10/10


Przypisy:
(1)   Stanisław Janicki, Film japoński. Fakty – dzieła - twórcy, Warszawa 1982, s. 107.
   (2), (3), (4), (5) Nauka Buddy, Tokio 1984, s.43 i nast. – wyd. w formacie PDF.
   (6) Kennetha Paula Kramera, Śmierć w różnych religiach świata, Kraków 2007



REALIZACJA

FABUŁA

DRUGIE DNO

Gdy za film zabiera się Mistrz Kurosawa,  wszystko musi chodzić jak w szwajcarskim zegarku i być zapięte na ostatni guzik. „Perfekcyjne” mu na imię!

Weź trochę Szekspira, trochę teatru nō, trochę malarstwa sumi-e, sporo talentu Kurosawy i jego ekipy oraz  Mifune, a otrzymasz jedno z największych arcydzieł kina.

Drugie, trzeci, czwarte – ten film doczekał się tylu analiz, opracowań  interpretacji, że jest w czym wybierać.

 

         

sobota, 29 października 2011

Halloween po azjatycku czyli maski, parady i głodne duchy


31 października przypada Halloween, amerykańskie święto zmarłych. Jest to jedno z najbardziej popularnych świąt na świecie, którego sława dotarła nawet na Daleki Wschód, do zupełnie odmiennego kręgu kulturowego. W azjatyckich krajach eksportowane z Zachodu święto traktowane jest bardziej jako ciekawostka kulturowo-obyczajowa, dostrzegalna raczej w telewizyjnych programach czy na wystawach sklepów niż w domach Azjatów. Japończycy, Chińczycy czy Tajlandczycy mogą się bowiem poszczycić własnymi świętami ku czci zmarłych, posiadającymi wielowiekową tradycję, bogatą i niezwykle barwną obrzędowość oraz wierne rzesze uczestników. W jednym azjatyckie odpowiedniki Halloween są podobne do amerykańskiego „święta wydrążonej dyni” – są równie radosne i równie skuteczne w oswajaniu grozy śmierci. Przyjrzyjmy się zatem im z bliska.

piątek, 21 października 2011

THE BUTCHER, THE CHEF AND THE SWORDSMAN (Dāo Jiàn Xiào, Chiny, 2011)


O co chodzi?

Film składa się z trzech części układających się w historię o losach kolejnych właścicieli ….tasaka. Przedmiot ten ma magiczne właściwości – wykuty został bowiem z Czarnego Żelaza, do którego surowca dostarczyły miecze największych wojowników ówczesnych czasów. Część pierwsza zatytułowana „Desire” opowiada o rzeźniku imieniem Chopper, który zakochuje się w pięknej kurtyzanie Madame Mei. Pragnie wykupić ją z domu czerwonych latarni, ale na przeszkodzie staje mu potężny rywal, Big Beard – niepokonany wojownik. Bohaterem drugiej opowieści, pt.: „Vengeance” jest głuchoniemy młodzieniec, który zyskuje zaufanie mistrza chińskiej kuchni. Mistrz powierza sekret jego słynących w okolicy ośmiu dań, których zamierza skosztować cesarski eunuch Li. Młodzieniec ma względem niego ukryte zamiary: pragnie zemścić się na dostojniku za śmierć bliskich zamordowanych z jego rozkaz. Trzecia cześć – „Greed” opowiada o chciwym wojowniku Dugu Cheng, który pragnąc dorównać sławą swemu ojcu Old Dugu wykrada z jego grobowca Czarne Żelazo i zmusza kowala Fat Tonga do wykucia z niego niezniszczalnego miecza.

Teldyskowy zawrót głowy

Realizm i kreacja – oto dwa bieguny między którymi egzystuje sztuka, nie tylko filmowa. Realizm ma ambicję być zwierciadłem rzeczywistości, a kreacja co najwyżej krzywym zwierciadłem. Realizm dąży do uchwycenia prawdy o ludziach i otaczającym świecie, a kreacja tę prawdę ubarwia, zniekształca, deformuje. Realizm pragnie coś ważnego powiedzieć o rzeczywistości i ludziach, kreacja zaś to ucieczka w nieskrępowaną wyobraźnię.

niedziela, 16 października 2011

SHOGUN ASSASIN (Japonia/USA, 1980)


O co chodzi?

Ogami Ito zwany Samotnym Wilkiem był jednym z najbardziej lojalnych poddanych Szoguna. Na jego rozkaz ścinał głowy niewiernych lordów, ale władza zatruła umysł monarchy. Szogun popadł w paranoję wszędzie dostrzegając spiskujących przeciw niemu wrogów. Nawet wśród tych, których niegdyś darzył zaufaniem. Tak jak Ito. Nasłał na niego zabójców ninja, lecz ci nie zdołali zgładzić samuraja, za to ich ofiarą padła ukochana żona bohatera. Zrozpaczony Ito poprzysiągł zemstę Szogunowi i jego ludziom, stając się Samotnym Wilkiem. Wraz ze swym kilkuletnim synem Daigo, przemierzają średniowieczną Japonią i brutalnie rozprawiają się z tymi, którzy naiwnie wierzą, że są w stanie powstrzymać Samotnego Wilka i Szczenię.

Zróbmy sobie film

„Shogun Assasin” (polski tytuł „Kat Szoguna”) w reżyserii Roberta Houstona to wyjątkowy obraz w dziejach kina. Wyjątkowy nie tyle za sprawą artystycznej wartości, fabularnej głębi, technicznej innowacyjności, ale przede wszystkim z powodu niecodziennej genezy jego powstania. A geneza ta sięga początków lat siedemdziesiątych, gdy olbrzymią popularność wśród rodzimych czytelników zaczęła zdobywać manga autorstwa Kazuo Koike i Goseki Kojimi zatytułowana „Samotny Wilk i Szczenię” („Kozure Ōkami”). Doczekała się ona aż dwudziestu ośmiu tomów, sprzedając się w liczbie ponad ośmiu milionów egzemplarzy. Imponujące osiągnięcie. Na tyle imponujące, że natychmiast zainteresowali się dziełem Koike i Kojimiego filmowcy. Od 1972 r. do 1974 r. zrealizowano aż sześć obrazów nawiązujących do mangowego pierwowzoru, które przyniosły sławę Tomisabaru Wakayamie, odtwórcy roli Samotnego Wilka.  W 1980 r. filmowa seria doczekała się niespodziewanego epilogu w postaci anglojęzycznej wersji tytułem „Shogun Assasin” („Kat Szoguna”). Wersja ta powstała w wyniku zmontowania materiału pochodzącego z dwóch pierwszych obrazów z cyklu (ok. dziesięć minut z „Miecza zemsty” i siedemdziesiąt minut z „Drogi do piekła” – oba w reżyserii Kenji Misumiego). Film wyreżyserował Robert Houston, którego miłośnicy twórczość Wesa Cravena powinni pamiętać z dwóch części „Wzgórza mają oczy”, zaś producentem został David Weisman. Obraz został zddubingowany, zmieniono dialogi, dodano głos z offu, oryginalną ściekę dźwiękową zastąpiono elektronicznymi kompozycjami Marka Lindsya oraz pogrzebano nieco w fabule (w oryginalne np. Ito nie był mścicielem a jedynie płatnym zabójcą). I tak przyrządzona przez Amerykanów potrawa z japońskiego Samotnego Wilka i jego przygód zawitała pod amerykańską strzechę.

sobota, 8 października 2011

GALERIA SMSO 8


Do Święta Zmarłych jeszcze niecały miesiąc, ale na moim blogu w ramach GALERII SMSO fotograficzny zwiastun tego szczególnego dnia. Przypadkiem natrafiłem na tę STRONĘ. Jeżeli można sfotografować śmierć, umieranie, przemijanie, ból i cierpienie, to autorzy zebranych w tym zbiorze zdjęć właśnie tego dokonali. Piękne, szokujące, niesamowite, poetyckie, przerażające, przejmujące, po prostu nie można przejść obok nich obojętnie.
Ale nie ma co się rozpisywać, niech obrazy przemówią same za siebie.

UWAGA: Niektóre zdjęcia przedstawiają autentyczne zdjęcia śmierci samobójców, ofiar zbrodni, egzekucji oraz okaleczeń i osób śmiertelnie chorych (ale śmierć taka często bywa - brzydka, fizjologiczna, dosłowna)

czwartek, 29 września 2011

THE MAN BEHIND THE COURTYARD HOUSE (Shou Wang Zhe, Chiny, 2011)


In a fair world any debt must be paid
/cytat z filmu/

O co chodzi?

Li oraz troje jej przyjaciół wyrusza na wycieczkę po chińskiej prowincji. Po drodze zatrzymują się w zajeździe, który prowadzą znajomi rodziców Li, państwo Wong. Okazuje się jednak, że właściciele są w podróży i pod ich nieobecność zajazdem zajmuje się małomówny, starszy mężczyzna, Chen Chihui. Młodzi ludzie zatrzymują się na noc, ale wkrótce znika jeden z przyjaciół Li. Chen wyjaśnia, że chłopak musiał wyjechać w nagłej sprawie. Gdy w podobnych okolicznościach znika przyjaciółka Li, Chen Chen, podejrzenia pada na tajemniczego zarządcę zajazdu. Okazuje się, że mężczyzna znał dobrze rodziców nastolatków i że ich zniknięcia mają związek z wydarzeniami sprzed dwudziestu lat. Chen był narzeczonym  Wong Shuily, córki państwa Wong, lecz ta ostatecznie wyszła za mąż za kolegę z klasy (ojca Li). Chen poczuł się zdradzony i w porywie szału omal nie zabił byłej narzeczonej. Za usiłowanie zabójstwa trafił na dwadzieścia lat do więzienia. Gdy odzyskał wolność, zaczęła w nim kiełkować myśl o zemście na tych, którzy odebrali mu jedyną miłość jego życia, Wong Shuily i wsadzili go do więzienia. Z czasem myśl o zemście stała się jego obsesją. W końcu nadszedł czas spłaty długu…

Na rozstaju dróg

Powyższe streszczenie jest w istocie jedynie wąskim wycinkiem fabuły, ponieważ reżyser „The Man Behind The Courtyard House” Xin Fei wykorzystuje w swym filmie patent na narrację podpatrzony u Christophera Nolana w jego „Memento”. Przypomnijmy, że film twórcy „Mrocznego Rycerza” był opowieścią o człowieku, który cierpiał na zaniki pamięci krótkoterminowej, a który starał się dociec, kto był mordercą jego żony. Narracja w „Memento” prowadzona była w sposób niezwykle nowatorski: koniec każdej sceny był początkiem następnej, akacja toczyła się bowiem „od tyłu”, czyli w tym przypadku od sceny morderstwa na żonie bohatera aż do momentu ujawnienia przez niego tożsamości zabójcy. W filmie Xina mamy do czynienia z podobnym sposobem prowadzenia narracji. Wpierw oglądamy to, co chronologicznie wydarzyło się najpóźniej a potem kolejne retrospekcje „cofają” akcję aż do momentu opuszczenia przez Chena zakładu karnego.

czwartek, 22 września 2011

AKIRA KUROSAWA- TWÓRCA JAPOŃSKI, TWÓRCA ŚWIATOWY (wyd. zbiorowe)



„Tron we krwi” (1957) Akiry Kurosawy powszechnie uważany jest za najwybitniejszą filmową adaptację „Makbeta” Williama Szekspira. Ktoś mógłby pomyśleć: czy to możliwe, aby wyrwana z europejskiego kontekstu kulturowego, z elżbietańskiej scenerii, z judeochrześcijańskiego światopoglądu opowieść o Makbecie mogła zaistnieć w zupełnie odmiennej kulturze, czasie i miejscu? Dla Kurosawy - jak najbardziej możliwe. Co więcej, twórca „Rashomona” nie tylko przenosi akcję dramatu Szekspira w realia szesnastowiecznych wojen feudalnych na Hokkaido, ale właśnie w „Tronie we krwi”,  z obfitością niespotykaną w pozostałych filmach Japończyka, wprowadza elementy tradycyjnego teatru nō. „Tron we krwi” stanowi symboliczną esencję całej twórczości wybitnego japońskiego reżysera, której cechą jest coś więcej niż tylko kosmopolityzm. W jego filmach Szekspir koegzystuje razem z maskami z teatru nō, , a Dostojewski i amerykańskie kino gatunkowe z samurajami. W filmach Kurosawy Wschód spotyka się ze Zachodem. Kurosawa jest bowiem „japoński” a zarazem „światowy”.

czwartek, 15 września 2011

MY NEIGHBOR TOTORO (Tonari no Totoro, Japonia, 1988)




O co chodzi?


Profesor Kusakabe wraz z dwoma małymi córkami: Satsuki (ok. 10 lat) oraz Mei (ok.5 lat) przeprowadza się na wieś, by być bliżej żony, przebywającej na leczeniu w okolicznym szpitalu. Dziewczynki i ich ojciec zamieszkują w opuszczonym, wiekowym domu w pobliżu gęstego lasu, wśród którego króluje potężne drzewo kamforowe. Dom okazuje się nie być zwyczajny, przynajmniej zdaniem dziewczynek. Z sufitu spadają żołędzie, w saunie i na strychu ukrywają się małe czarne chochliki, a syn sąsiadów mały, Kanta twierdzi, że Satsuki i jej młodsza siostra zamieszkali z duchami. Duch, i to duch lasu, pod postacią dziwacznego stworzenia (oraz dwóch mniejszych) objawia się końcu Mei, która przez przypadek trafia do kryjówki istoty położonej w pniu wielkiego kamforowca. Dziewczynka nazywa to stworzenie Totoro i wkrótce zaprzyjaźnia się z nim. O Totoro dowiaduje się także Satuski, która niebawem ma okazję poznać go osobiście. Tymczasem pewnego razu dziewczynki otrzymują telegram, którego treść opacznie odbierają jako sygnał, że stan chorej na gruźlicę matki uległ pogorszeniu. Mała Mei pod nieobecność ojca i w skutek nieuwagi Satsuki… przepada bez wieści. Starsza siostra bezskutecznie próbuję odnaleźć dziewczynkę…Z pomocą przychodzi jej Totoro.

piątek, 9 września 2011

REVENGE: A LOVE STORY (Fuk sau che chi sei, HONGKONG, 2010)

  
There is no revenge so complete as forgiveness
/cytat z filmu/

 O co chodzi?

W Hongkongu dochodzi do dwóch okrutnych morderstw. Ktoś napada na ciężarne kobiety i dokonuje na nich brutalnej aborcji, wyrywając z ich brzuchów płód. Kobiety na skutek wykrwawienia umierają. Zbrodnie wiele ze sobą łączy, lecz najważniejszą cechą wspólną jest to, że zmarłe kobiety były żonami policjantów. Jeden z nich zostaje uznany za zaginionego, drugi zaś zostaje zamordowany. Detektywi szybko namierzają i pojmują podejrzanego – młodego mężczyznę Chan Kita. Chłopak zostaje poddanym brutalnemu przesłuchaniu, którego celem jest wymuszeniem na nim informacji o miejscu ukrycia  zaginionego detektywa. Przesłuchanie jest  brutalne nie tylko z tego powodu, ani nie tylko dlatego, że Kit zabił kolegę policjantów. Okazuje się, że przesłuchujących go detektywów łączy z podejrzanym wspólna mroczna przyszłość. I zemsta. W obszernej retrospekcji poznajmy okoliczności, w jakich nieśmiały, uliczny sprzedawca, którym niegdyś był Kit staje się  bezwzględnym mścicielem. Życie chłopka zmienia się, gdy zakochuje się w Cheng Wing, nieco opóźnionej w rozwoju ślicznej dziewczynie. Zanim zdążą się nacieszyć szczęściem bycia ze sobą razem, w ich życiu pojawia się brutalny gliniarz Ge Du. Ten sam, który później będzie nadzorował przesłuchanie Kita.

Zemsta nie jest słodka

Zemsta najlepiej smakuje po azjatycku. Do takiego wniosku można by dojść, mając na uwadze ubiegły rok, który przyniósł wiele głośnych obrazów, opowiadających historię z motywem zemsty. Japońskie „Confessions”, koreańskie: „I Saw The Devil” i „Bedevilled” oraz hongkońskie “Revenge: Love Story” w reżyserii Ching-Po Wonga. Od razu wyjaśnijmy, że dla kina zemsty rok 2010 był szczególny nie z powodu liczby filmów poruszających tę tematyką, ale dlatego że wszystkie wspomniane revenge movies okazały się obrazami ponadprzeciętnymi (choć można byłoby się sprzeczać o wartość „Bedevilled” – najbardziej konwencjonalnego z grona wymienionych).

czwartek, 1 września 2011

CATERPILLAR (Kyatapirâ, Japonia, 2010)


O co chodzi?

Porucznik Tadashi Kurokawa powraca z frontu wojny japońsko-chińskiej opromieniony chwałą bohatera. Powraca, ale najdosłowniej ujmując niekompletny. Wskutek odniesionych ran amputowano mu obie nogi i ręce, na dodatek całkowicie stracił słuch a połowę twarzy ma pokrytą bliznami od doznanych poparzeń. Shigeko, żona porucznika i jego bliscy są przerażeni potwornym okaleczeniem Tadashiego. Porucznik jest bohaterem narodowym odznaczonym medalami i wyróżniony specjalnie poświeconym mu artykułem w prasie, a mieszkańcy Japonii są ogarnięci patriotycznym zapałem, więc wszyscy oczekują od Shigeko, że sprosta obowiązkom żony bohatera. Shigeko stara się sprostać im najlepiej jak potrafi, a tymczasem w domowym zaciszu ma coraz dosyć kalekiego męża, którego życie sprowadza się do spania, jedzenia i seksu. Tymczasem Tadashi zaczyna powoli odzyskiwać pamięć i powoli zaczyna docierać do niego straszliwa prawda o jego „bohaterskim czynie”. Zaczyna rozumieć, że w istocie dopuścił się brutalnego gwałtu i okrutnego mordu na bezbronnej chińskiej dziewczynie.       

Japońskie wyrzuty sumienia?

II wojna światowa była straszliwym kataklizmem ludzkości. Pochłonęła siedemdziesiąt dwa miliony ludzkich istnień, wśród których aż czterdzieści siedem stanowili cywile. Udział, i to niemały, w tej ponurej statystyce ma Cesarstwo Japonii, którego żołnierze słynęli z wyjątkowego okrucieństwa. Nie tylko zabijali wrogów na froncie, ale popełniali wiele zbrodni wojennych: na jeńcach (tzw. Bataański marsz śmierci) i ludności cywilnej (Masakra w Nanking ), za które jednak tylko nieliczni zostali skazani w procesie Tokijskiego Trybunału ds. zbrodni wojennych. Po dziś dzień rząd japoński wypiera się istnienia osławionej jednostki 731, w której prowadzono bestialskie eksperymenty na Chińczykach, Rosjanach i Aliantach, a wspominanie o niechlubnej wojennej przeszłości jest uważane za wielki nietakt. Mimo iż oficjalnie obowiązuje polityka chowania głowy w piasek, nie ma mowy o zmowie milczenia. Co raz więcej japońskich intelektualistów oraz artystów domaga się ostatecznego rozliczenia się z wojenną przeszłością Japonii i tej potrzebie wychodzi naprzeciw także film Koji Wakamatsu, „Caterpillar” z 2010 r.

niedziela, 28 sierpnia 2011

MIMI'S GHOST STORIES (Junji Ito, 2002)


“Mimi's Ghost Stories” to kolejny zbiór opowięsci grozy mistrza japońskiego horroru rysunkowego – Junji Ito. Składająca się z sześciu historii (plus dwie krótkie, stanowiące prolog i epilog tej kolekcji), tym razem nie jest wyłącznym dziełem mangakai. Ito sięgnął po książkę „Shin-Mimi bokuro” autorstwa Hirokaisu Kihary i Ichiro Nakayamy – o czym wspomina z łam swego komiksu w swoistym autotematycznym suplemencie. Wprawdzie „narysowany” Ito wspomina, że otrzymał od wydawcy oryginału wolną rękę w jego swobodnej adaptacji, wydaje się jednak, że nie pracując nad materiałem, który stworzyłaby jego własna nie znająca granic wyobraźnia, nie udało mu się osiągnąć poziomu swych najsłynniejszych i najlepszych prac. Niemniej nawet w tym zbiorze opowieści grozy, których bohaterką jest nastolatka Mimi, posiadająca niezwykły dar ściągania wszelkiej maści przerażających istot i prowokowania wydarzeń rodem z sennego koszmaru – nawet w tym zbiorze Ito pokazuje klasę. I wciąż pozostaje wierny swym ulubionym motywom. 

wtorek, 23 sierpnia 2011

COLD FISH (Tsumetai nettaigyo, Japonia, 2010)


O co chodzi?

Nobuyuki Shamota jest właścicielem małego sklepu z egzotycznymi rybkami. Wiedzie nudne, pogrążające się w rutynie życie u boku drugiej żony Taeko (pierwsza zmarła) i nienawidzącej macochy córki, Mitsuko. Źycie Nobuyukiego ulega diametralnej zmianie, gdy przez przypadek spotyka Yukio Muratę, starszego pana, tryskającego energią i humorem. Okazuje się, że Murata jest właścicielem wielkiego sklepu z egzotycznymi rybami – „Amazon Gold”, który prowadzi wspólnie ze swoją żoną, Aki. Małomówny, introwertyczny Shamato jest nieco przytłoczony agresywną osobowością mężczyzny, ale za to Taeko i Mitusko są urzeczone właścicielem „Amazon Gold”. Murata proponuje córce Nobuyukiego, której każe do siebie mówić „wujku”, prace hostessy w swoim sklepie. Dziewczyna bez wahania się zgadza, ma bowiem dość nudnego ojca i jego żony. Wkrótce Murata zaczyna w jawny sposób interesować się Taeko, w końcu zaciąga ją do łóżka, zaś jej męża w lewe interesy. Podczas jednej z transakcji, Nobuyuki jest świadkiem otrucia jednego z klientów przez Aki i jej męża. Od tej pory staje się wspólnikiem nie tylko w interesach, lecz także w kolejnych zbrodniach psychopatycznych małżonków- właścicieli „Amazon Gold”. Shamato pełni funkcję kierowcy i chłopca na posyłki. Podczas, gdy małżonkowie sprawiają, że ich ofiary stają się „niewidzialne” (przez dokładne poćwiartowanie ciała, spalenie kości i wyrzucenie miękkich części ciała do rzeki), Shamoto przygotowuje im kawę i rozpala ogień w metalowej beczce. Gdy Noboyuki pragnie się wycofać, Murata daje mu do zrozumienia w sposób jednoznaczny, że za swoje odejście może zapłacić życiem żony córki. Sytuacja staje się coraz trudniejsza do zniesienia a Shamoto jest na granicy wytrzymałości.

Najciemniej pod latarnią

„Cold Fish” Siona Sono, reżysera kultowych „Sucide Club” i „Strange Circus”, to historia na faktach. Podstawą scenariusza autorstwa reżysera oraz Yoshiki Takahashiego stała się bowiem autentyczna sprawa seryjnych morderców znanych jako "Saitama serial murders of dog lovers". Gen Sekine oraz jego była żona, Hiroko Kazama zajmowali się hodowlą psów a także mordowaniem. W 1993 r. otruli cztery osoby, a następnie poćwiartowali zwłoki, spalili i wrzucili szczątki ofiar do rzeki. Sono swobodnie potraktował fakty, interesując się jednym z ze swoich ulubionych tematów - banalnością zła, które niczym wirus zaraża na pozór zwykłych ludzi, przemieniając ich w bestie. Para psychopatycznych małżonków z filmu na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżnia. No, może tym, że żona Muraty, Akio jest zdecydowanie od niego młodsza i prezentuje się wyjątkowo atrakcyjnie. Muratę – niepozornego, łysiejącego mężczyznę w średnim wieku wyróżnia natomiast żywiołowość i agresywny (choć niektórzy powiedzieliby, że asertywny) sposób bycia. Poza tym trudno dopatrzyć się w tych postaciach znamion, zdradzających ich psychopatyczną, morderczą osobowość. Ale jak pokazują niezliczone przykłady seryjnych morderców zaludniających rzeczywistość pozafilmową w ich przypadku sprawdza się powiedzenie, że najciemniej jest pod latarnią.

środa, 17 sierpnia 2011

INDYJSKIE KINO GROZY CZ.2: Freddy Krueger z Bollywood


Olbrzymia popularność niskobudżetowych horrorów realizowanych przez Ramsay Productions nie mogła pozostać bez echa wśród innych indyjskich filmowców. I tak Mohan Bhakri, reżyser, scenarzysta i producent zaprezentował publiczności w 1985 r. „The Scream” („Cheekh”), opowieść o przypadkowej zbrodni, ukrytym w rzeźbie martwym ciele, tajemniczych morderstwach i zemście. Bhakri odniósł wielki sukces u rodzimych widzów monster movie pt. „Khooni Mahal” (1987), strasząc widzów wilkołaczopodobną kreaturą z wielkimi sztucznymi kłami. Podobieństw do filmów braci Ramsay`ow można się także dopatrzeć w horrorze, „Kabrastan” (1988) opowiadającym o zemście zza grobu zazdrosnego męża z poparzoną przez kwas twarzą. Natomiast „Deadly Corpse” (‘Khooni Murdaa”, 1989) świadczy o tym, że Bhakri nie tylko inspiruje się produkcjami Ramsay Brothers, lecz także klasykami współczesnego kina grozy z Zachodu. „Deadly Corpse” jest bowiem niskobudżetową indyjską wersją „Koszmaru z ulicy Wiązów”, z tym że zamiast Freddy`ego Kruegera, straszy widzów spalony trup niejakiego Ranjita, obsesyjnego kochanka i mordercy.

piątek, 12 sierpnia 2011

INDYJSKIE KINO GROZY Cz.1: Włochate potwory braci Ramsay`ów


Horror, podobnie jak w przypadku Chin, Hongkongu, Tajwanu czy Malezji, nie należał do ulubieńców indyjskiej publiczności. Traktowany był z dużą podejrzliwością jako rozrywka o wątpliwej reputacji, z całą pewnością nie nadającą się na rodzinne seanse. Wszak kino w Indiach to rozrywka dla całych, często wielopokoleniowych rodzin. Mimo to miłośnicy gatunku grozy nie mogą narzekać ani na ilość produkowanych filmów tego rodzaju ani na ich tematyczną różnorodność, choć pod tym względem prym wiodą nadal opowieści o duchach. Jedyne co budzi wątpliwości, ale raczej zagranicznych obserwatorów, a nie krajowych, to artystyczny poziom tych produkcji.

piątek, 5 sierpnia 2011

FIRES ON THE PLAIN (Nobi, Japonia, 1959)

O co chodzi?

Filipiny, styczeń 1945 r. Armia Cesarstwa Japońskiego po serii druzgocących porażek w walce z Amerykanami znajduje się w całkowitym rozbiciu. Zdziesiątkowane oddziały zmierzają do miejsca zgrupowania wojsk, gdzie ma nastąpić ich odwrót. Wśród żołnierzy jest chory na gruźlicę starszy szeregowy Tamura. Tamura trafia wpierw do chaty zamienionej na szpital polowy, nie zostaje jednak przyjęty z powodu braku miejsc. Gdy chata zostaje zbombardowana, Tamura kontynuuje wędrówkę, docierając do opuszczonej filipińskiej wioski. Następnie dołącza się do trojga żołnierzy. Podczas próby przeprawy przez drogę Tamura oraz resztki różnych, rozbitych oddziałów zostają zaatakowane przez amerykańskie czołgi. Wszyscy zostają zabici z wyjątkiem Tamury. Coraz bardziej głodny, wyniszczony przez chorobę i trudy wędrówki spotyka w końcu Nagamatsu  i Yasudę, żołnierzy, których poznał, gdy próbował dostać się do szpitala. Dwaj mężczyźni radzą sobie z głodem, polując na „małpy” i jedząc ich mięso. Wkrótce Tamura odkrywa, że „małpami” są samotni wycieńczeni japońscy żołnierze.

Wojna, to taka ludzka rzecz 

Albert Einstein był nie tylko jednym z najwybitniejszych fizyków w dziejach nauki, twórcą teorii względności i geniuszem, lecz także słynął ze swych pacyfistycznych poglądów. Jakże podła i nikczemna wydaje mi się wojna!” – zwykł mawiać, nie kryjąc swej odrazy dla wszelkich militarystycznych aspektów cywilizacji. Zdawał sobie jednak sprawę, że w naturze człowieka, odziedziczonej po czasach pierwotnych, leży walka. Dlatego także i on jest autorem i tego zdania: Dopóki na świecie będzie istniał człowiek, będą też wojny”. Agresja, którą Zygmunt Freud łączył z popędem śmierci, Tanatosem, jest bowiem immanentną częścią ludzkiej natury, w której zwierzęce pierwiastki są pozostałością po ewolucyjnym rodowodzie człowieka. Niegdyś agresja, wyrażająca się w walce, była koniecznością życiową – żeby zdobyć nowe bogatsze w pożywienie tereny, by odeprzeć atak wrogiego plemienia czy dzikich zwierząt. Lecz rozwój cywilizacyjny zmienił charakter ludzkiej agresji, a na pewno jej zasięg. W czasach pierwotnych starcia wrogich plemion miały charakter lokalny, w czasach nowożytnych wojny toczyły ze sobą całe narody a zasięg obejmował olbrzymie obszary kontynentu a nawet -  jak podczas II wojny światowej - niemal cały świat. Nie zmieniło się tylko jedno. Czy to konflikt lokalny czy światowy, każda wojna niesie ze sobą ofiary. Im większy jej zasięg, większe siły w jej prowadzenie zaangażowane, tym więcej ofiar. Każde zwycięstwo ma bowiem smak krwi.

niedziela, 31 lipca 2011

THE BURMESE HARP (Biruma no tategoto, Japonia, 1956)


O co chodzi?

Birma, ostatnie dni II wojny światowej. Oddział kapitana Inouye stara przedostać się przez góry do Tajlandii. Wędrówkę przez birmańską dżunglę żołnierzy umilają sobie śpiewem oraz grą na harfie, której wirtuozem jest szeregowiec Mizushima. Gra na instrumencie ma także praktyczne zastosowanie: przebrany za tubylca szeregowy przeprowadza rekonesans, informując „zaszyfrowanymi” dźwiękami harfy, czy w pobliżu czai się wróg czy też można kontynuować marsz. W końcu oddział Inouye dociera do wioski, gdzie zostaje otoczony przez Brytyjczyków i wzięty do niewoli. Dopiero wówczas żołnierze dowiadują się, że Japonia skapitulowała. Niemniej w okolicy, w bunkrze wykutym w skale, wciąż zaciekle broni się oddział Japończyków, do którego najwyraźniej nie dotarła wieść o klęsce Cesarstwa Japonii. Inouye proponuje Brytyjczykom wysłanie swojego żołnierza, by przedostał się do obrońców wzgórza i przekonał ich do zaprzestania oporu. Misja zostaje powierzona Mizushimie. Niestety nie udaje się mu namówić broniących się żołnierzy do złożenia broni – wolą umrzeć niż się poddać. W wyniku artyleryjskiego ostrzału Brytyjczyków dochodzi do masakry japońskiego oddziału, z której ratuje się tylko Mizushima. Ciężko rannym żołnierzem zajmuje się buddyjski mnich, dzięki któremu szeregowiec odzyskuje pełnię sił. Traumatyczne doświadczenia oraz przerażający widok stosów trupów japońskich żołnierzy, na które Mizushima co chwila się natyka zmieniają go wewnętrznie. Przebrany za buddyjskiego mnicha zmierza w kierunku miasta, w którym znajduje się obóz jeniecki oraz jego oddział. 

Groza i piękno

Historia ludzkości to historia wojen. O ludzkiej skłonności do agresji, znajdującej swe najbardziej dramatyczne i spektakularne ujście w wojnie, pisałem w recenzji „Ogni polnych” – chronologicznie drugiego z arcydzieł Kona Ichikawy. W tym miejscu wspominam o nierozerwalnym związku historii człowieka z historią wojen tylko dlatego, by wskazać, że sztuka (bez względu na formę) nie tylko nie może, ale wręcz ma obowiązek o wojennym złu opowiadać. Aby ludzie pamiętali, właśnie to – że wojna jest złem; że jest tragedią Człowieka jako istoty rozumnej i moralnej. Aby pamiętali i się opamiętali. Być może to ostatnie słowo wydaje się naiwnością – w końcu dopóki będą istnieć konflikty interesów i dopóki będą pieniądze na ich brutalne rozwiązywanie z pomocą armii i broni, trudno oczekiwać by jakaś książka czy film przerwały ten pęd człowieka ku samodestrukcji. Niemniej obowiązkiem artystów jest wpływać na postawy ludzi w celu ich pozytywnego ukierunkowania.

piątek, 15 lipca 2011

CHINKI SĄ HOT!


Z góry ostrzegam: to nie będzie specjalnie głęboki artykuł, ponieważ tak naprawdę chodzi o gorące dziewczyny na mało gorące wakacje (jak do tej pory). No i żeby Wam, Czytelnicy tego blogu nie było żal, że ja tam sobie gdzieś włajażuję (ale tylko przez dwa tygodnie) a Wy siedzicie w domu, przy komputerze i nawet nie ma na czym oka zawiesić. Dla tych, którzy jednak wolą coś sobie poczytać a nie tylko tak trywialnie pogapić się na seksowne kobiece ciała jest dalsza część tekstu.

Chiny otwierają się na Zachód. W chińskich miastach buduje się coraz więcej drapaczy chmur, coraz więcej zagranicznych samochodów jeździ po chińskich drogach, coraz więcej ludzi się bogaci i coraz więcej zagranicznych firm inwestuje na chińskim rynku. Zmienia się wiele aspektów życia Chińczyków, zmieniają się też sami Chińczycy. I Chinki.

Kiedyś Chinki wyglądały tak:


 albo tak:


A dziś?  Jeszcze trzy, dwa lata temu trzeba było mieć dużo szczęścia, by na internetowych stronach anglojęzycznych natknąć się na zdjęcia chińskich modelek. Jeśli już się trafiło, dziewczyny występowały pod angielskim pseudonimami, skrzętnie ukrywając swe prawdziwe imiona i nazwiska. Mogło to być wynikiem trudnych do zapamiętania dla użytkowników z Zachodu oryginalnych, wieloczłonowych imion i nazwisk. Lecz przestało być trudne mniej więcej rok temu, gdy nagle Internet zapełnił się stronami z chińskimi modelkami, prezentującymi swe wdzięki. Nagle okazało się, że Chinki wcale nie mają mongołowatej twarzy, wąskich oczu, włosów spiętych w warkoczyki i nie noszą już szarych ponurych mundurków, skrywających płaskie biusty. Nagle okazało się, że Chinki mają zmysłowe twarze, duże oczy, okazałe biusty, talię osy i dłuuuugie, zgrabne nogi a ich ulubionym strojem jest… skąpe bikini.

Malkontenci powiedzą, że to żadna „rewolucja” mentalno-estetyczna, lecz raczej techniczna (ewentualnie chirurgiczna). Chińscy fotografowie i graficy dysponują obecnie sprzętem i technologicznymi możliwościami umożliwiającymi im swobodne „upiększanie” każdej kobiety, a chirurdzy mają pełen ręce roboty. Ale ja wolę bardziej romantyczną wersję – Chinki po prostu przestały się bać być atrakcyjnymi! Kto nie wierzy niech popatrzy sobie na fotki Miss Świata z 2007 r., Zhang Zilin. 



Swoją drogą to mniej więcej od tego wydarzenia rozpoczęła inwazję chińskich piękności (powtarzam chińskich – nie hongkońskich czy tajwańskich), dowodząc, że atrakcyjne Azjatki nie mieszkają tylko w Japonii, Korei Płd czy Tajlandii. Duży udział w promowaniu nowoczesnej, „prozachodniej” urody Chinek odegrała ta STRONA, na które swoje profile mają najpopularniejsze modelki z Chin (choć strona prezentuje wszystko co wiąże się z rozrywką, marketingiem i reklamą). Tzw. Moko Girls opanowały Internet, dość wyraźnie spychając na dalszy plan. królujące do tej pory japońskie gravure idols oraz koreańskie race queens.

No, ale ja tu gadu, gadu, a 10 najseksowniejszych chińskich modelek (kolejność może i nieprzypadkowa) nie może się doczekać, by zaprezentować swe ponętne kształty:

1. 

„MAVIS” PAN SHUANG SHUANG

2.

„VIANN” ZHANG XIN YU

3.

„OLWEN” JIN MEI XIN

4.

„PHOEBE” JIANG YI HAN

5.

“IVY” ZHOU WEI

6.

ZHANG WAN YOU

7.

“ISABELLA’ YANG QI HAN

8. 

„DAIMI” ZHENG YI FEI

9.

ANATA WANG

10.

MU QI MI YA


A na  deser: kilka filmików z Chinkami:

Jiang Yi Han w kąpieli



Yang Qi Han; Jiang Yi Han; Li Yuan Jing

        



sobota, 9 lipca 2011

THE PHANTOM OF REGULAR SIZE (Futsu saizu no kaijin, Japonia, 1986)


O co chodzi?

Jeden z pierwszych filmów Shiny`i Tsukamoto jest bardziej eksperymentem filmowym niż klasycznym filmem z fabułą. Pewien salaryman ścigany jest przez kobietę z metalową dłonią po stacji metra, a następnie wąskimi uliczkami Tokio. W końcu kobieta dopada mężczyznę i „zaraża” go wirusem metalu. Podczas randki ze swoją dziewczyną salaryman zaczyna mutować w metalowe monstrum: jego członek zamienia się w wielkie wiertło, którym przewierca dziewczynę i ją zabija. Okazuje się, że za makabryczną mutacją  salarymana stoi mężczyzna w opasce na czole (gra go Shinya Tsukamoto), który również zaczyna przeobrażać się w metalowego potwora, pragnącego podbić świat.

Zanim nastał „Tetsuo”

Powyższe streszczenie „fabuły”, trwającego ledwie osiemnaście minut, „The Phantom of Regular Size” wyda się zaskakująco znajome. To nie przypadek. Omawiany przez mnie krótki metraż Tsukamoto to wprawka przed najsłynniejszym filmem Japończyka - „Tetsuo: The Iron Man” (1989),. To w „The Phantom of Regular Size” Tsukamoto zawarł nie tylko tematyczne zręby swego przyszłego, najgłośniejszego filmu (człowiek-maszyna, zatracanie człowieczeństwa na skutek zmian technologicznych i industrializacji, krytyka japońskiego stylu życia itp.), ale także konkretne sceny, które w bardziej rozwiniętej formie i nieco udoskonalonej pojawiły się później w „Tetsuo” (np. scena ataku zmutowanej kobiety w metrze, mutacja członka mężczyzny w wielkie, metalowe wiertło). Ale „The Phantom of Regular Size” to także przykład kształtowania się wizualnego stylu Tsukamoto, który znajdzie swój najdoskonalszy wyraz w filmie z 1989 r.. Skondensowanie wizualnego szaleństwa, które proponuje w swoim obrazie Tsukamoto do osiemnastu minut czyni ten krótki film jeszcze bardziej wściekły, agresywny i deliryczny niż znacznie dłuższy „Tetsuo”. Właściwie można by nazwać „The Phantom of Regular Size” filmowym delirium i nie byłoby to określenie na wyrost. W obrazie tym pełno ujęć zrealizowanych techniką szybkiego przesuwu taśmy filmowej, co na ekranie daje efekt rozdygotania aktorów niczym w malarycznej gorączce, a także samej kamery, zwłaszcza w scenach ulicznych, gdy pędzi ona przez industrialny krajobraz niczym rakietowy pocisk. Dokładnie ten sam zabieg wizualny z miejską rzeczywistością rozpędzającą się do szaleńczej, obłąkańczej prędkości Tsukamoto powtórzył w o rok późniejszym „The Adventure of Denchu Kozo” oraz oczywiście w „Tetsuo”. „The Phantom of Regular Size” to wreszcie udział zespołu aktorskiego, z którego usług japoński reżyser często korzystał w swych pierwszych filmach. Tworzyli go przyjaciele artysty z teatralnej grupy, z którą wystawiał eksperymentalne sztuki: Kei Fujiwara, Nobu Kanaoka i Tomorowo Naguchi.

Można zatem potraktować ten wczesny obraz Tsukamoto jako prekursora słynnego „Tetsuo”, który zdradza nieprzeciętny talent jego twórcy do eksperymentowania z formą. Ten krótki film pokazuje również Tsukamoto jako artystę o nietuzinkowej osobowości, osobnego, oryginalnego, z własnym wyrazistym, charakterystycznym stylem. Z drugiej jednak strony musimy zdać sobie sprawę, że mamy do czynienia z obrazem na poły amatorskim o niewielkim budżecie, zrealizowanym w kilka dni, w gronie znajomych. Eksperymentujący z formą i percepcją widza „The Phantom of Regular Size” zniechęca także swą wizualną skrajnością i afabularnością. W istocie jednak jest interesujące spojrzeć na ten wczesny, bezkompromisowy obraz młodego Tsukamoto z perspektywy czasu. Interesujące, ponieważ możemy zaobserwować jak ze zbuntowanego filmowego-zapaleńca Tsukamoto stał się doświadczonym klasykiem japońskiego kina niezależnego. Dlatego też dziś obraz ten powinien zainteresować fanów Japończyka oraz badaczy jego twórczości, pozostałych widzów - niekoniecznie. 

MOJA OCENA: 6/10


REALIZACJA
FABUŁA
DRUGIE DNO
Film-delirium. Na serio!
Wirus przemieniający ludzi w metalowe monstra hasa sobie niczym zarazek świńskiej grypy, zarażając kolejnych bohaterów filmu.
W szaleńczym pędzie kamery uliczkami Tokio jakby się nieco zagubiło (drugie dno, oczywiście). Na szczęście Tsukamoto odnalazł je jeszcze dojrzalsze w „Tetsuo”.

Film można zobaczyć na You Tube: