Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AZJA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AZJA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 grudnia 2012

ZŁOTA STRONA TYGODNIA "WPROST" dla STRACH MA SKOŚNE OCZY.



Z nieskrywaną radością i dumą pragnę poinformować, że mój blog STRACH MA SKOŚNE OCZY został wyróżniony przez dziennikarzy działu online tygodnika "Wprost" prestiżowym mianem  ZŁOTEJ STRONY TYGODNIA za III tydzień miesiąca grudnia 2012 r.

Oto uzasadnienie werdyktu Jury:

Kogo interesuje kino azjatyckie blog strachmaskosneoczy.blogspot.com jest dla niego. To bowiem rzadkie i bogate kompendium wiedzy na temat azjatyckiego kina grozy, oczywiście widzianego oczami autora. Przy czym trzeba dodać, że kino grozy nie oznacza tu tylko wszelkiej maści horrorów. Internauci mogą też poczytać o filmowych dokumentach, których temat budzi grozę w ludziach nie wyobrażających sobie takich spowodowanych skrajną biedą zjawisk jak sprzedawanie dzieci pedofilom czy producentom pornografii. Oprócz recenzji filmów autor bloga zamieszcza artykuły mówiące o zjawiskach związanych z kinem, jak choćby o samobójstwach koreańskich gwiazd kina. Odstępstwem od tematyki azjatyckich jest dział Kino boli, gdzie autor opisuje filmy, które poruszyły, niezależnie od przynależności do kręgu kulturowego. 

Jako Złota Strona Tygodnia mój blog "strach ma skośne oczy" będzie brał udział w konkursie na ZŁOTĄ STRONĘ MIESIĄCA za grudzień 2012 R.. Tym razem to internauci w drodze głosowania zadecydują o tym, która ze Złotych Stron Tygodnia otrzyma tytuł Złotej Strony Miesiąca. Rywalizacja zapowiada się niezwykle interesująco, bowiem jednym z konkurentów będzie znakomity blog mojego internetowego znajomego Rafała Donicy poświęcony postaci Monstrum Frankensteina i jego pop kulturowemu fenomenowi. Mam nadzieję jednak, że to fani kina azjatyckiego i kultury azjatyckiej pokażą moc (smsów), a nie miłośnicy pana w za małej, zniszczonej marynarce. Wszak to dla WAS, Drodzy Czytelnicy i Miłośnicy Tego co Skośne ten blog piszę. Tylko Wy nadajecie sens istnieniu tego bloga. 

Głosowanie na ZŁOTĄ STRONĘ MIESIĄCA rozpocznie się od dnia 1 stycznia 2013. W treści sms-a należy napisać: WWWM3
Nr, na który należy wysyłać SMS: 7155 (koszt 1 zł + 23% VAT (1,23 zł z VAT). 

Link do serwisu ZŁOTE STRONY "WPROST"
http://zlotestrony.wprost.pl/strona_tygodnia/ostatni_tydzien/

czwartek, 8 listopada 2012

CZ.II: ZAPISKI FESTIWALOWE - FESTIWAL FILMOWY 5 SMAKÓW (Warszawa, 24-30.X 2012)





Pierwszą część relacji z Festiwalu Filmowego 5 Smaków znajdziecie TUTAJ 


Sobota, 27 października

Sobotni dzień festiwalowy zacząłem od seansu tajwańskiego „Czwartego portretu”  (reż. Chun Mong-hong). Reżyser - jak czytamy w opisie tego filmu na stronie festiwalu – „wierny stylowi klasyków nowej fali z Tajwanu, zafascynowany kinem François'a Truffauta (szczególnie jego debiutem "400 batów")” – przedstawia historię dziesięcioletniego Xianga, który po śmierci ojca, zostaje przygarnięty przez matkę. Nawet jej nie pamięta. Matka większość czasu spędza w nocnych klubach, w domu jak intruza, traktuje go znajdujący się w depresji ojczym (w tej roli gwiazda tajwańskiego kina – Leon Dai). Jedyną bliską osobą dla samotnego, zaniedbanego Xianga staje się włamywacz-nieudacznik (do jego największego wyczynu należy obrabowania… dzieci z klasy chłopaka). Chun umiejętnie balansuje między dramatem a gorzką komedią, którą to umiejętność zaprezentował w swym debiucie, „Parkingu”. Tym razem jednak wzbogaca swój obraz o wątek kryminalny. Xiang bowiem śni o swoim zaginionym bracie, którego zniknięcie owiane jest tajemnicą. Chłopak przeczuwa jednak, że zaginięciem brata stoi ojczym. Wkrótce dochodzi do konfrontacji między Xiangiem a mężczyzną.

niedziela, 17 czerwca 2012

DRUŻYNA SMOKA, czyli futbol po chińsku



Na stadionach Polski i Ukrainy trwają rozgrywane już po raz czternasty Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej. To znakomita okazja, aby przybliżyć kraj, który zdecydowanie nie kojarzy się z futbolem. Chiny, bo o nich mowa, do potęg piłkarskich nie należą, aczkolwiek Międzynarodowa Federacja Piłki Nożnej (FIFA), wspierana przez chiński rząd, czyni wszystko, aby w tym zamieszkanym przez ponad 1,3 mld ludzi kraju, piłka nożna stała się sportem znacznie popularniejszym niż obecnie. Udział reprezentacji Chin w Mistrzostwach Świata w 2002 r., sukcesy w Mistrzostwach Azji Wschodniej i Pucharze Azji Wschodniej oraz olbrzymie pieniądze pompowane przez FIFA w ramach programu Vision China oraz przez rząd Chin sprawiają, że coraz więcej Chińczyków gra w piłkę nożną. W 2008 r. zarejestrowanych graczy było jedynie 7 tys., lecz według najnowszych danych FIFA piłkarzy z licencją jest w Chinach już ponad 717 tys.

sobota, 29 października 2011

Halloween po azjatycku czyli maski, parady i głodne duchy


31 października przypada Halloween, amerykańskie święto zmarłych. Jest to jedno z najbardziej popularnych świąt na świecie, którego sława dotarła nawet na Daleki Wschód, do zupełnie odmiennego kręgu kulturowego. W azjatyckich krajach eksportowane z Zachodu święto traktowane jest bardziej jako ciekawostka kulturowo-obyczajowa, dostrzegalna raczej w telewizyjnych programach czy na wystawach sklepów niż w domach Azjatów. Japończycy, Chińczycy czy Tajlandczycy mogą się bowiem poszczycić własnymi świętami ku czci zmarłych, posiadającymi wielowiekową tradycję, bogatą i niezwykle barwną obrzędowość oraz wierne rzesze uczestników. W jednym azjatyckie odpowiedniki Halloween są podobne do amerykańskiego „święta wydrążonej dyni” – są równie radosne i równie skuteczne w oswajaniu grozy śmierci. Przyjrzyjmy się zatem im z bliska.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

RECENZJE KSIĄŻKI : "STRACH MA SKOŚNE OCZY. AZJATYCKIE KINO GROZY"



A taką zbiorówkę recenzji zrobiłem, żeby było dla wnuków ;)
Żaden z poniższych tekstów - wierzcie lub nie - nie był sponsorowany. Niektóre zostały napisane przez osoby, które znają mnie tylko z okładki książki.


 KINO NR. 10/2011 Przemysław Lebida

Tekst recenzji publikuję za zgodą Redakcji KINA oraz autora


Azjatycka wędrówka w mrok

 Często mówi się, że lubimy się bać, choć zapewne wszyscy mamy uzasadnione wątpliwości wobec racjonalności tej tezy, wszak strach nie kojarzy się z emocją przyjemną ani specjalnie pożądaną. Nawet zdania na temat chęci jego odczuwania są podzielone. Jedni upatrują w tym zupełnie zwyczajną potrzebę podniesienia poziomu adrenaliny, inni wskazują, że pragniemy przeżywać lęk, aby tym wyraźniej poczuć ulgę, gdy jego źródło minie.

Poprzez proces projekcji-identyfikacji ta potrzeba również w kinie, gdzie zagrożenie spotykające bohatera odbieramy tak, jakby dotykało nas samych.  O irracjonalnej sile tej emocji, działającej uzależniająco, świadczy duża popularność horroru nie tylko w jego filmowej, lecz także literackiej i ludycznej postaci. Spostrzeżenie to wydaje się niezmienne od wieków i niezależne od szerokości geograficznej: zarówno w Polsce, USA, jak i Japonii.

środa, 23 marca 2011

Wywiad z autorem książki „Strach ma skośne oczy. Azjatyckie kino grozy”


Wywiad został zamieszczony 22.03.11 na łamach portalu


HORROR ONLINE: Nie od dziś wiadomo, że jesteś wielkim wielbicielem kultury i sztuki filmowej Dalekiego Wschodu. Jak to wszystko się zaczęło?

Gdybym miał wskazać na konkretne wydarzenie, to na pewno byłby to seans „The Ring-Krąg”. W rzeczywistości był to długi proces poprzedzony moim trwającym od szkoły podstawowej zainteresowaniem filmem. Kiedy zacząłem nałogowo oglądać azjatyckie filmy (nie tylko horrory), naturalną koleją rzeczy – przynajmniej dla mnie – stało się zainteresowanie kulturą i sztuką Dalekiego Wschodu. Azjatyckie kino jest zbyt mocno osadzone we własnej kulturze, by można było ją zignorować. Chyba, że kogoś zadawala bardzo pobieżne oglądanie filmów.

HO: Skąd pomysł na "Strach ma skośne oczy"?

Pomysł na „Strach ma skośne oczy” był rezultatem mojej fascynacji azjatyckim kinem grozy. Motywowało mnie także wyzwanie, którym było napisanie pierwszej w Polsce monografii poświeconej azjatyckiemu horrorowi.

HO: Książkę pisałeś 4 lata. To szmat czasu. Co było najtrudniejsze podczas Twojej pracy?

Rzeczywiście, książkę pisałem cztery lata, ale z przerwami. Jedna trwała nawet siedem miesięcy, ponieważ okazało się, że żadne z kilkunastu wydawnictw, którym przedstawiłem wstępną propozycję mojej książki, nie wyraziło nią zainteresowania. To był najtrudniejszy moment w sensie psychologicznym, bo właściwie niemal się poddałem. Ale tak często bywa, że gdy traci się już ostatnią nadzieję, los niespodziewanie się uśmiecha. I tak, zupełnie przypadkowo, natrafiłem na baner wydawnictwa Kwiaty Orientu. Ostatecznie to ono wydało moją książkę.

Natomiast w sensie organizacyjnym najtrudniejsze było gromadzenie materiałów. Zwłaszcza, że zdobywałem materiały wszelkimi dostępnymi sposobami: przez znajomych z zagranicy, przez kupno na Amazonie i innych księgarniach internetowych, dzięki uprzejmości przyjaciół, którzy pożyczali mi różne opracowania. Korzystałem również z prywatnych materiałów a także z niezgłębionych zasobów Internetu. Pozbierać te wszystkie materiały, zwłaszcza, że schodziły one do mnie w dość dużych odstępach czasowych, a potem zapoznać się z nimi i obejrzeć opisywane w książce filmy – to był rzeczywiście spory wysiłek.

HO: Z tego, co wiem, podczas pisania książki nie byłeś ani razu w bibliotece...

To prawda. Nie byłem ani razu, ponieważ przypuszczam, że w żadnej z polskich bibliotek nie znalazłbym książek, z których korzystałem. A na pewno nie znalazłbym tam filmów, które były dla mnie podstawową, obowiązkową „lekturą”.

HO: Jak wyglądał cykl Twojej pracy przy pisaniu "Strach ma skośne oczy"?

Cykl mojej pracy nad „Strach ma skośne oczy” uzależniony był od mojego wolnego czasu a jeszcze bardziej od dostępności materiałów w danym czasie. Zmieniała się także koncepcja książki. Początkowo miał to być klasyczny leksykon z rodzaju „100 horrorów” czy „Leksykon horroru”. Szybko jednak zdałem sobie sprawę, że chce zbyt wiele napisać, by ta formuła okazała się wystarczająca. Później pojawiła się koncepcja, aby opisać wszystkie azjatyckie kinematografie i to tak egzotyczne jak Indie i Pakistan. I rzeczywiście opisałem horror indyjski i horror z krajów Azji Południowo- Wschodniej, ale wtedy dotarło do mnie, że książka będzie mieć ok. 1500 stron i nie ma żadnej szansy, by ktoś takiego giganta chciał wydać. W sumie więc gdzieś po dwóch latach wykrystalizowała się ostateczna forma książki.

HO: W swojej książce piszesz o filmografii kilku krajów. Masz swojego faworyta spośród tego grona?

Dobre kino nie zna granic geograficznych. Cenię sobie horror koreański ze względu na skłonność do ubogacania konwencji grozy o elementy dramatu psychologicznego i obyczajowego. W konsekwencji bowiem otrzymujemy takie perły filmowej grozy jak „A Tale of Two Sisters” czy „Epitaph”. Z kolei japońskie horrory są najbardziej zróżnicowane i najbardziej przerażające. Uwielbiam ten japoński patent na łączenie grozy z groteską i surrealizmem.

HO: Czy strach naprawdę ma skośne oczy? W czym tkwi przewaga kina azjatyckiego nad kinem zachodnim?

To pytanie, na które odpowiedź mogłaby mieć rozmiary obszernego artykułu. Generalnie przewaga Wschodu nad Zachodem polega na tym, że azjatyccy twórcy mają większą swobodę twórczą. Dzięki temu azjatyckie kino jest o wiele odważniejsze, bardziej bezkompromisowe, świeższe, nie ograniczone konwencją gatunkową i producenckim schematami. Azjaci nie są w aż takim stopniu jak ich zachodni koledzy skrępowani budżetem, który jest znacznie mniejszy oraz presją uzyskania jak najlepszego wyniku finansowego. Są też inne, pozafilmowe przyczyny, dla których Wschód góruje nad Zachodem. Można by je nazwać kulturowo-demograficznymi, czyli m.in wielka waga przywiązywana przez Azjatów do etosu pracy, kolektywny charakter dalekowschodnich społeczeństwo i znacznie większy pod względem demograficznym potencjał ludzki.

Oczywiście, trzeba dokonać pewnego zastrzeżenia. Powyższe uwagi odnoszą się do kina mainstreamowego, rozrywkowego, ponieważ na płaszczyźnie produkcji niezależnych nie widzę różnicy miedzy Zachodem i Wschodem. Bowiem kino niezależne kieruję się innymi priorytetami. To nie są filmy nastawione na kasę. Ich celem jest wyrażanie osobistych opinii ich twórców i podzielenie się nimi z widzami, którzy je podzielają. Nawet jeśli będzie to kilkuosobowa grupka, to i tak twórca niezależny może powiedzieć, że odniósł sukces.

HO: Uważasz, że filmy spod znaku Żółtego Kontynentu są w Polsce popularne?

Z tego co wiem, to w ubiegłym roku na ekranach polskich kin gościł – uwaga! – jeden film. Były to oscarowe, japońskie „Pożegnania”. Na dodatek film był wyświetlany tylko w kinach studyjnych. Owszem zdarzają się przeglądy azjatyckich kinematografii, jest Festiwal Pięciu Smaków i Nowe Horyzonty, ale można je potraktować jako wyjątki od reguły, która brzmi: kino azjatyckie nie jest w Polsce popularne. Smuci mnie to wielce, z drugiej strony, gdyby cieszyło się taką popularnością jak na Zachodzie Europy i w USA, prawdopodobnie nie napisałbym „Strach ma skośne oczy”. Bo dawno zrobiłby to już ktoś inny.

HO: Który azjatycki horror dał Ci najmocniej popalić?

Kandydaci są trzej. Pierwszy z nich to „The Ring-Krąg”, ponieważ był…pierwszy. Nic o nim nie wiedziałem, poza tym, że jest horrorem o nawiedzonej kasecie wideo. No i naprawdę dał mi popalić. Przez kilka następnych nocy miałem problemy z zaśnięciem, co najlepiej świadczy o sugestywnej mocy tego skromnego filmu. Dwaj pozostali kandydaci zajmują miejsce ex quo, ponieważ uważam je za równie przejmujące i wstrząsające. To „Audtition” Takashiego Miike oraz „A Tale Of Two Sisters”. Ten pierwszy dowodzi, że można pogodzić poetykę gore z piękną, niemal kontemplacyjną opowieścią o samotności i niemożności porozumienia, drugi zaś pokazuje, że nawet tak pośledni gatunek jak horror może być dziełem sztuki.

HO: Jakby dano Ci możliwość półgodzinnej rozmowy face to face z którymś z azjatyckich twórców grozy, to z kim chciałbyś porozmawiać i dlaczego?

Na pewno chciałbym przeprowadzić taką rozmowę z Takashim Miike – jednym z najinteligentniejszych współczesnych reżyserów z Azji. Ten gość ma talent, poczucie humoru, i naprawdę wiele wie o życiu, a na pewno o współczesnym kinie gatunkowym, z którego czerpie garściami. Drugim twórcą byłby Kim Ji-woon, ponieważ jest on jak mityczny król Midas: czego się nie dotknie, zamienia się w sukces. I nawet jeśli jego ostatni film „I Saw The Devil” nie zawojował rodzimej publiczności, to i tak prezentuje poziom dla większości nie osiągalny. Poza tym jako jeden z nielicznych koreańskich filmów z ostatnich lat doczekał się kinowej dystrybucji w USA.

HO: Jakie tytuły poleciłbyś osobie, która dopiero zaczyna swoją przygodę z grozą Dalekiego Wschodu?

Ten, kto chce zacząć przygodę z azjatycką grozą musi mieć świadomość, że to jest zupełnie inna estetyka. Azjatyckie kino wymaga pewnej estetycznej elastyczności i otwartości na innych rodzaj opowiadania strasznych historii. Wiele też zależy czy owa osoba chciałby obejrzeć horror nastrojowy czy gore. Jeśli ten pierwszy rodzaj, to wybór wydaje się oczywisty: „The Ring-Krąg” albo tajlandzki „The Shutter”. Natomiast jeśli ktoś gustuje w krwawym horrorze, to „Battle Royale”. A potem to już trzeba się tylko poddać wirowi azjatyckiej grozy.

HO: "Strach ma skośne oczy" to pierwsza Twoja książka. Ale czy ostatnia? Masz w planach kolejne tytuły?

Mam nadzieję, że nie ostatnia. Jest jeszcze tyle tematów związanych z azjatyckim kinem grozy, że na pewno pomysłów mi nie zabraknie. Na razie jednak otrzymałem propozycję napisania rozdziału do tomu poświęconego europejskiemu kinu gatunkowemu. To nie Azja wprawdzie, ale po napisaniu takiego kolosa jak „Strach ma skośne oczy”, przyda mi się odpoczynek od skośnookiego horroru.

HO: Piszesz recenzje i artykuły dla Horror Online, współpracujesz m.in. z Grabarzem Polskim, magazynem Tori i kilkoma innymi tytułami. Na dodatek, prowadzisz także własnego bloga. Sporo tych zajęć, jak na jedną osobę...

Jeśli robi się to, co się lubi, co jest pasją i co sprawia przyjemność, czas zawsze się znajdzie. No i bądźmy precyzyjni: prowadzę nie jeden, ale trzy blogi.

HO: Dzięki za rozmowę i powodzenia w dalszej pracy!

Rozmowę przeprowadził Mariusz M@rio Juszczyk 

piątek, 18 marca 2011

środa, 22 grudnia 2010

Sheng Dan Kuai Le! – Wesołych, chińskich Świąt Bożego Narodzenia!


Wigilia Świąt Bożego Narodzenia już za dwa dni. To najważniejsze, najbardziej rodzinne i radosne święto w polskiej tradycji. Dzielenie się wigilijnym opłatkiem, smakowanie tradycyjnych bożonarodzeniowych potraw, śpiewanie kolęd i radosne rozpakowywanie prezentów – słowem magia Świąt. Zapewne niewielu z nas zdaje sobie sprawę, że niewielką część świątecznego nastroju zawdzięczamy także …Chińczykom.  Chiny są największym na świecie producentem ozdób świątecznych. Bombki, gwiazdki, śnieżynki, świecidełka, światełka a nawet plastikowe choinki – wszystko to pochodzi z chińskich fabryk. Czy to nie zaskakujące, że wkład w magię polskich świąt mają Chińczycy, wśród których ledwie 1 proc. ludności kraju stanowią chrześcijanie (ok. 10 mln, w tym katolików ok. 4 mln )? A jednak  nie powinniśmy być zaskoczeni. Od kilku lat także i mieszkańcy Państwa Środka obchodzą Boże Narodzenie.  


Moda na Boże Narodzenie ( Shengdan Jie, czyli Święto Czcigodnych Urodzin) przybyła wraz z otwarciem Chińskiej Republiki Ludowej na Zachód. Niemniej chrześcijanie, dla których święta Bożego Narodzenia są najważniejszymi zaraz po Świętach Wielkanocnych, przybyli do Chin już w 635 r.. Od XVI w. działały misje jezuickie, a w 1900 liczba chińskich katolików wynosiła 900 tys., lecz konflikt między Watykanem a władzą chińską, znaczące wpływy konfucjanizmu, a także rozwiązanie zakonu jezuitów nie służył rozwojowi chrześcijańskiej religii. Gdy rządy w państwie przejęli komuniści, jedyną obowiązującą „religią” stał się kult jednostki.  Obecnie istnieje ok. 5 tys. kościołów katolickich, 12 tys. kościołów protestanckich oraz znacznie mniejsza liczba prawosławnych cerkwi. Niewątpliwie wyznawcy chrześcijaństwa będą obchodzić Święta Bożego Narodzenia zgodnie z własną tradycją, lecz większość Chińczyków traktuje ten szczególny dla chrześcijan okres zupełnie inaczej.


Chińskie Boże Narodzenie przypomina amerykańskie Walentynki. Przede wszystkim pozbawione jest ono charakteru religijnego.  Nie jest to dzień wolny od pracy, więc obchodzony jest nieoficjalnie, w gronie krewnych i znajomych.  Chińczycy zazwyczaj składają sobie życzenia, wymieniają się prezentami wśród rodziny i przyjaciół. Do niektórych zawita nawet Shendan Laoren, czyli chiński Św. Mikołaj, zwany Bożonarodzeniowym Starcem. Dzieci wywieszają na jego spotkanie muślinowe pończochy. Często zdarza się, że organizują kolację świąteczną, ale nie przy rodzinnym, suto zastawionym stole, lecz w restauracji. Po kolacji Chińczycy często wybierają się skorzystać z typowo azjatyckiej rozrywki jaką jest karaoke. Święta są jednak okazją do zakupów, ponieważ w centrach handlowych są w tym czasie liczne wyprzedaże i obniżki.

Młodzi Chińczycy traktują Boże Narodzenie jako nową okazję do spotkania, np. wiele młodzieży lubi spędzać żywe i radosne Święta Bożego Narodzenia razem z kolegami albo przyjaciółmi. Na chińskich uczelniach wyższych studenci organizują w świąteczne dni bale kostiumowe. „Moda na Merry Christmas” dociera również (choć w sposób znacznie mniej ekspansywny sposób) na chińską wieś.. Na przykład w prowincji Heilongjiang, w północno-wschodniej części Chin, wiele rodzin w wiosce obchodzi Święta Bożego Narodzenia. Święto to staje się przede wszystkim okazją do uczczenia pomyślnie minionego roku, dlatego też w wielu wioskach organizuje się  uroczyste bankiety.


W Chinach świąteczny nastrój, w amerykańskim stylu, widoczny jest przed wszystkim w wielkich miastach: Pekinu, Szanghaju, Shenzhenu, Chengdu, Wuhanu, Harbinu i Chongqingu. Ma on charakter wybitnie dekoracyjny. Drzewa i latarnie obwieszone są kolorowymi lampkami, a w dużych centrach handlowych stoją ubrane choinki i wiszą gwiazdkowe dekoracje. Symbolem świątecznym Hongkongu jest 35 metrowa choinka na Statue Square w dzielnicy Central. Statue Square na długo przed Świętami staje się „miasteczkiem” Świętego Mikołaja. Mieści się w nim między innymi kuchnia, gdzie piecze się świąteczne ciasteczka i poczta, gdzie można wysłać list do Mikołaja. Nieco inaczej wyglądają obchody świąt w hotelach, w których licznie przebywają cudzoziemcy. Obowiązkowo elementem bożenarodzeniowego wystroju jest wspaniale udekorowana, ogromna choinka.  Dla zagranicznych gości hotelowych przyrządza się kolacje wigilijną, której menu zależy w dużym stopniu od narodowości sieci hotelowej. W hotelach amerykańskich na przykład można skosztować świątecznego indyka. W Hongkongu 25-26 grudnia to dni świąteczne wolne od pracy. W Makao Wigilia obchodzona jest 24 grudnia, a 25 -ty również jest dniem wolnym


Boże Narodzenie jest coraz bardziej cool na Dalekim Wschodzie (bo także w Japonii, Korei Płd, a nawet w gorącej Tajlandii). Zaciekawieni, zwłaszcza młodzi Chińczycy, przychodzą na pasterkę by przyjrzeć się egzotycznym religijnym rytuałom, rozpytują się kim jest Dzieciątko Jezus i kim jest Matka Boska. No cóż, jak  chciał  Marshall McLuhan, świat stał się globalną wioską . Kto wie, czy za jakiś czas zamiast spędzać ostatni dzień roku na sylwestrowych balach, pośród strzelających korków od szampana i fajerwerków, nie będziemy w rodzinnym gronie smakować pierożków jiaozi - podstawowego dania spożywanego podczas chińskiego Nowego Roku?

Boże Narodzenie po chińsku 








ŹRÓDŁA: 
Na podstawie E. Kajdański, Leksykon Chiny, Warszawa 2005
http://www.spedycje.pl/aktualnosci/konfitury/4686/nowy_rok_i_boze_narodzenie_w_chinac.html
http://polish.cri.cn/220/2005/12/23/41@37821.htm
http://www.polska-azja.pl/

Film pochodzi ze strony www.polska-azja.pl

sobota, 27 marca 2010

KAMBODŻA: DZIECI NA SPRZEDAŻ


 Kambodża to piękny kraj z wielosetletnią tradycją, sięgającą IX wieku. Wtedy to powstało zjednoczone państwo Khmerów, które pod rządami dynastii angkorskiej (założonej przez Dżajawarmana II) stało się regionalną potęgą. Za Dżajawarmana VII (1181- 1218) obejmowało obszar, oprócz Kambodży, także obecnej Birmy, Laosu, Tajlandii, Wietnamu i Malezji. Stolica królestwa, Angkor Thom liczyła prawie milion mieszkańców. Kraj rozwijał się także kulturalnie, powstawały liczne dzieła architektury, m.in. słynna świątynia Angkor Wat (za panowania Surjawarmana II, 1113-1150). Niestety w XIII w. imperium Khmerów zaczęło chylić się ku upadkowi. I od tego okresu, choć przeżywało jeszcze chwile świetności, przestało się liczyć na mapie Azji, dostając się pod wpływy silniejszych sąsiadów. Największy kataklizm dotknął Kambodżę w latach 70.. Reżim generała Pol Pota, który w latach 1975-79 wprowadził z pomocą Czerwonych Khmerów krwawy terror, wymordował ok. 25% ludności całego kraju (ok. 2 mln). Po obaleniu reżimu aż do końca lat dziewięćdziesiątych działała w kambodżańskich dżunglach partyzantka Czerwonych Khmerów. Pozostawiła po sobie ok. pięciu milionów min przeciwpiechotnych, które wciąż zbierają krwawe żniwo wśród ludności cywilnej.

Głód, wojna, masowe mordy – żaden kraj nie były w stanie unieść aż tylu nieszczęść. Dziś Kambodża jest najbiedniejszym krajem w Azji, słabo rozwiniętym, z tylko 16%  utwardzonych dróg. Podstawą gospodarki jest rolnictwo oraz międzynarodowa pomoc finansowa. Przytaczam te informacje nie bez powodu. Bowiem w tak biednym kraju żyje się zupełnie inaczej niż w bogatych czy nawet średnio rozwiniętych krajach. W Kambodży liczy się przetrwanie. Nieważne za jaką cenę, byle tylko dożyć do następnego dnia. Byle nie być głodnym i mieć jakiś dach nad głową.

niedziela, 7 lutego 2010

Korea Północna - spełniony koszmar George`a Orwella



W wydanej po raz pierwszy w 1949 r. powieści „Rok 1984” George Orwell opisywał świat alternatywnej przyszłości, który był w istocie totalitarnym więzieniem. Treścią książki były narodziny buntu, narastającego w Winstonie Smith`ie, szeregowym członku Partii Zewnętrznej i pracowniku Ministerstwa Prawdy (zajmującego się w rzeczywistości ukrywaniem i przeinaczaniem prawdy). Powieść Orwella jest jedną z najbardziej wstrząsających historii zniewolenia jednostki przez System – bezduszny i wszechobecny. Autor w porażający sposób udowadnia, że System (Wielki Brat) nie tylko jest w stanie odebrać każdemu osobistą wolność, ale sprawić nadto, że pokochamy go szczerą, bezinteresowną miłością. Niemożliwe? Literacka fikcja? W takim razie zapraszamy na wycieczkę po Korei Północnej.

Wycieczkę należałoby zacząć od podstawowych informacji o tym egzotycznym kraju. Oto garść oficjalnych informacji pozbieranych z oficjalnej strony ambasady Koreańskiej Republiki Demokratyczno-Ludowej:

• Dzięki temu, że życiowe credo Wielkiego Przywódcy Kim Ir Sena przejęte przez Wielkiego Przywódcę Kim Dzong Ila brzmi: „Naród jest moim bogiem”, socjalistyczna Korea stała się prawdziwym, jedynym na świecie rajem na ziemi.
• KRLD jest wyjątkowym w skali świata krajem bez podatków. Zgniłe i skorumpowane społeczeństwa kapitalistyczne mogą tylko marzyć o takim ideale.
• Wbrew fałszywym oskarżeniom obywatele Korei Północnej mają konstytucyjne prawa swobodnej wypowiedzi i zgromadzeń. Cieszą się też pełną wolnością podróżowania, biorą udział w zagranicznych sympozjach, targach i szkoleniach.
• Gospodarka KRLD jest wysoce zróżnicowana i produktywna, z szeroką gamą prężnych i stale rozwijających się branż: samochodową, komputerową, tekstylną i spożywczą – żeby wymienić tylko kilka.
• W porównaniu z innymi państwami standard życia obywateli KRLD jest bardzo wysoki. Państwo zapewnia obywatelom wysokiej jakości usługi medyczne, edukację i infrastrukturę rekreacyjną. W przeciwieństwie do wielu krajów kapitalistycznych w socjalistycznej Korei nie ma bezrobocia, bezdomności, prostytucji i głodu.

Co więcej na stronie tej znajdziemy też relacje pochodzącą z pierwszej reki od Amerykanina, Roberta Parka, który w grudniu 2009 r. nielegalnie przekroczył granicę z Koreą. Koreańskie władze zgodziły się potraktować łagodnie niesfornego turystę, ponieważ: powodowane był to jego szczerą skruchą jaką wyraził w związku ze swoim występkiem. Skruszony Amerykanin dodaje: Wtargnąłem na terytorium KRL-D, ponieważ moje wyobrażenie o tym kraju było błędne. Spowodowane było to obrazem KRL-D, jaki kreuje zachodnia propaganda, której celem jest szarganie reputacji KRL-D. Czy możemy się dziwić, że imperialiści z Zachodu szargają dobre imię Korei Północnej, skoro borykają się z kryzysem gospodarczym, przestępczością, upadkiem obyczajów i postępującą degeneracją społeczeństwa?

A te mniej oficjalne informacje? Orwell udowadniał w swej powieści, że System jest w stanie złamać ludzi i przerobić ich na ‘nowych ludzi”. Z tym samym mamy do czynienia w realnym, a nie fikcyjnym świecie. Właśnie w Korei Północnej. Nie wiemy czy Amerykanin kajał się szczerze, ale na filmie wyprodukowanym przez National Geographic „Korea Północna z ukrycia” widzimy zwykłych obywateli tego kraju wychwalających i dziękujących Wielkiemu Przywódcy (Kim Ir-sen, założyciel dynastii komunistycznych tyranów) ze łzami w oczach. Jedna z wiekowych mieszkanek, tracących wzrok, wskutek nie leczonej zaćmy (istnej plagi, w innych krajach stanowiących ułamek schorzeń oczu) wyznaje, że chciałaby odzyskać wzrok po to, tylko by móc zobaczyć Wielkiego Przywódcę (wszechobecnego pod postacią monumentów, rzeźb, obrazów itp.). Po tym wyznaniu staruszki rodzina jego głęboko wzruszona. Może w tych reakcjach zwyczajnych ludzi, którzy nie potrafiliby aż tak doskonale udawać swoich emocji nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakty. Większość faktów mieszkańcy Zachodu znają: kult jednostki, całkowita izolacja od świata zewnętrznego, zakaz swobodnego przemieszczania, bieda i głód ( w latach 90. zmarło z tego powodu 3 mln ludzi), brak podstawowej opieki medycznej, obozy koncentracyjne, czwarta na świecie, licząca milion żołnierzy armia oraz bomba atomowa.

Wyczytałem niedawno, że w Korei Północnej zarejestrowanych zostało 20 tys. abonamentów (na 23 mln ludności) telefonów komórkowych, do niedawna zakazanych. Co więcej władze uruchomiły nawet Internet (tylko strony koreańskie), a specjalna strefa ekonomiczna, dopuszczająca w miarę wolny handel, przyciągnęła - jak czytamy na stronie ambasady KRLD – inwestycje warte 300 mln dolarów. Czy znaczy, to że coś drgnęło? Że mieszkańcom będzie się żyć lepiej? Tylko jak może być lepiej w raju, który przypomina najgorszy, spełniony koszmar George`o Orwella.

Oficjalna STRONA Ambasady KRL-D

Korea Północna z ukrycia (National Geographic)


Korea Północna: Kraj Cichej Śmierci (TVP 2)

wtorek, 2 lutego 2010

Azjaci i alkohol


Kolejny ciekawy artykuł zamieszczony w Newsweeka on-line. Tym razem na temat Azjatów i ich słabych głów, objawiających się szybkim upojeniem. Z tekstu możemy się dowiedzieć dwóch rzeczy: po pierwsze, że mieszkańcy Azji to genetyczni mutanci, a po drugie, że reagują na procenty jak alkoholik, któremu wszyto esperal. Dlaczego? Za skłonność do szybkiego upijania się 40% Azjatów odpowiada aldehyd octowy. Jest to substancja toksyczna, uszkadzająca DNA, która u mieszkańców Zachodu, nie mających takich problemów z alkoholem, zostaje rozłożona na nieszkodliwy kwas octowy.

Azjaci, poza całym mnóstwem cech, różniących ich od przedstawicieli rasy białej, charakteryzują się jeszcze jedną. Ich organizmy, w skutek defektu genetycznego, nie potrafią pozbywać się szkodliwego aldehydu. Z artykułu dowiadujemy się, że ów brzemienny w skutki defekt został "naprawiony przez naukowców". W jaki sposób? W jakim zakresie? I czy teraz Azjaci będą mogli śmiało stawać w szranki z Rosjanami, Irlandczykami i Polakami - nacjami słynącymi z mocnych głów - nie wiadomo?

Cały artykuł znajdziecie TUTAJ

sobota, 30 stycznia 2010

Ciemne strony singapurskiego raju



W styczniowym numerze National Geographic natrafiłem na niezwykle interesujący artykuł o blaskach i cieniach Singapuru. To miasto-państwo, zajmujące obszar wielkości półtorej Warszawy, na mapie świata jako niezależny twór polityczny pojawiło się dopiero w 1963 r.. Państwo jest młode, lecz już zdążyło zdobyć tytuł jednego z najbogatszych na świecie. Dochód PKB - 49, 7 USD na głowę (w USA – 45, 8) jest jedynym z najwyższych na świecie. Stopa bezrobocia utrzymuje się na poziomie 3 %, kraj posiada ogromne rezerwy dewizowe, edukacja i system opieki zdrowotnej są lepsze niż na Zachodzie, a 90 % mieszkańców mieszka w domach jednorodzinnych, ciesząc się z niskich podatków. Na dodatek ulice są czyste nawet w najbardziej zatłoczonych miejscach w mieście, a poważne przestępstwa zdarzają się wiele razy rzadziej niż w innych wysoko uprzemysłowionych krajach. Raj na ziemi?

Autor artykułu, Mark Jacobson zadaje pytanie jaka jest cena dobrobytu i bezpieczeństwa mieszkańców Singapuru. Twórcą „singapurskiego modelu” jest Lee Kuan Yew (ur. 1923) – najpopularniejsza osoba w państwie, prawdziwy „ojciec narodu”. Lee stworzył Singapur przypominający „doskonale funkcjonująca korporacje”, w której z jednej strony mamy dynamicznie rozwijającą się gospodarkę a z drugiej – ścisłą kontrolę praw i wolności obywatelskich. Najważniejszym słowem dla Singapurczyka stało się słowo kiasu co oznacza „strach przed porażką”. W szkołach monitoruje się wyniki klasówek dziesięciolatków i na ich podstawie klasyfikuje je do grup zaawansowania. Poziom wyższy oznaczają: „wyjątkowy”, „bystry”, zaś przyznanie oceny „normalny” jest równoznaczne ze skazaniem w przyszłości na fizyczną pracę w fabryce lub sektorze usług. Niesamowita presja na osiąganie jak najlepszych wyników zamienia dorosłe życie Singapurczyków w nieustanny wyścig szczurów. Ale nawet dotarcie na szczyt nie daje pełnej satysfakcji, gdyż „pasmo sukcesów może się skończyć”. Gdy w 2005 r. Singapur stracił tytuł najbardziej przepustowego portu na świecie na rzecz Szanghaju całe społeczeństwo popadało w przygnębienie.

Singapurczycy, otoczeni przez znacznie większych sąsiadów, żyją w poczuciu nieustannego zagrożenia. Budżet armii na 2009 r. – jak podaje Jacobson – wyniósł 11, 4 mld dolarów, co jest jedną z najwyższych na świecie kwot przeznaczonych na armię. Co więcej wiele nowoczesnych domów wyposażonych w schrony przeciwatomowe. Gdy do Singapuru dotarła epidemia świńskiej grypy, na bramkach do modnych klubów ochroniarze mierzyli każdemu temperaturę termometrami.

Sterylna czystość ulic z których słynnie Singapur to efekt niezwykle drakońskich przepisów. Obywatel przyłapany na śmieceniu otrzymuje mandat w wysokości 200 dolarów, za recydywę grozi zaś kara przymusowego sprzątania ulic. Za handel narkotykami grożą kary cielesne, a turystom odwiedzającym kraj wręcza się kartę wyjazdu na którym czerwonymi literami umieszczono ostrzeżenie, że przemyt narkotyków grozi kara śmierci.

Singapur trzyma na smyczy swoich obywateli także w kwestii wolności obywatelskich. Polityczna opozycja prawie nie istnieje, a każdy kto odważy się skrytykować politykę rządu powinien liczyć się z konsekwencjami. Indywidualistyczne zapędy mieszkańców „singapurskiego raju” ukracane są przez wszechobecną cenzurę. „Playboy” jest do tej pory zakazany w Singapurze, ale młodzi ludzie nie pogodzeni z autorytarną władzą i cenzurą znajduje nisze dla swego wolnomyślicielstwa w Internecie. Jednak gdy zechcą się pobrać się i założyć rodzinę państwo znów wkracza ze swą bezduszną polityką. Propagowane są bowiem małżeństwa między osobami posiadającymi to samo wykształcenie. Absolwenci wyższych uczelni z absolwentkami wyższych uczelni a średnio wykształceni ze średnio wykształconymi – wszystko po to, by podnieść jakość narodowych genów.

Jacobson kończy swój artykuł wiele mówiącą o naturze obecnego „singapurskiego raju” historyjką. Autor wybrał się na najwyższy punkt wyspy, 163 metrowe wzgórze w rezerwacie Bukit Timah Nature Reserve, lecz zamiast spodziewanej przez niego pięknej panoramy miasta zobaczył zardzewiałą wieżę telekomunikacyjną oraz płot z siatki z tablicą –„miejsce strzeżone”. Tablica przedstawiała dwoje ludzików, z których jeden celował z karabinu w drugiego, stojącego z podniesionymi rękoma. Jacobson zwierzył się z tego, co zobaczył znajomemu Singapurczykowi, który uśmiechając się, powiedział, że nastąpił jakiś postęp. Poprzednio na tablicy jeden z ludzików leżał już martwy.

Na podstawie artykułu „Projekt Singapur” Marka Jacobsona w National Geographic, Nr 1 (124), styczeń 2010, s. 24-35.

KILKA POCZTÓWEK Z SINGAPURU

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Skośnoocy widzą inaczej


Było nieco nie w temacie bloga, ale tym razem jak najbardziej tematycznie. Na stronie on-line Newsweeka znalazłem krótki artykuł o tym jak Azjaci i Europejczycy postrzegają emocje malujące się na twarzach rozmówców. Rzecz jasna inaczej. A dlaczego inaczej, bo Europejczycy ogarniają wzrokiem cała twarz rozmówcy a Azjaci jedynie -oczy. Zdaniem szkockich uczonych, bo to oni odkryli te prawidłowości, mieszkańcom Azji trudniej odróżnić strach od zaskoczenia, odrazę od złości.

Spostrzeżenie interesujące, ale dlaczego przeprowadzono je tylko na trzynastu osobach i...emotikonach. Poza tym wydawało mi się, że Azjaci raczej unikają patrzenia prosto w oczy, bo mogłoby to zostać odebrane jako niestosowne. Ale naukowcy wiedzą lepiej.

Z tekstem możecie zapoznać się  TUTAJ 

wtorek, 12 stycznia 2010

Być dziewczynką w Chinach



Było o horrorze fikcyjnym ("The Butcher")a teraz o horrorze w życiu. Na AZJA NEWS.PL przeczytałem, że pogłębia się dysproporcja między chłopcami a dziewczynkami.
Do roku 2020 ponad 24 miliony chińskich mężczyzn nie znajdzie żon- prognozuje Chińska Akademia Nauk Społecznych. W Państwie Środka, gdzie panuje polityka jednego dziecka, występuje ogromna dysproporcja płci. Na 100 noworodków płci żeńskiej rodzi się przeciętnie 119 chłopców, w niektórych prowincjach aż 130.
http://www.psz.pl/tekst-26509/W-Chinach-poglebia-sie-dysproporcja-plci
Wiadomość ta z kolei przypomniała mi to, na co kiedyś natrafiłem w Internecie.
Przeczytajcie sobie TUTAJ

W Chinach dokonuje się 13 mln aborcji rocznie,z czego zdecydowana większość to aborcje dziewczynek. Ciężko jest być kobietą w Chinach, a nawet ciężko jest się urodzić dziewczynką. Bo Państwo czuwa. I tępi dzieci płci żeńskiej jak amerykańską stonkę.