piątek, 23 grudnia 2011
niedziela, 18 grudnia 2011
FILIPIŃSKIE KINO GROZY Cz. 3: Horror współczesny
Ale nie samym folklorem i
wampirami filipiński horror żyje. Dużym powodzeniem wśród widzów cieszą się
także nowelowe filmy grozy (potocznie zwane „antologiami”). Pierwszą taką produkcją było „Gabi ng
lagim” (1960), składający się aż
z czterech nowel. Tylko w 1960 r.
powstały jeszcze trzy tego rodzaju filmy, a forma tego rodzaju filmowej
prezentacji popularna jest po dziś dzień (m.in. „Matakot ka sa karma”, 2006).
Cieszącą się największym powodzeniem antologią stał się horror „Shake,
Rattle & Roll” (1984) wyreżyserowany przez trójkę reżyserów. Film tak
bardzo spodobał się publiczności, że doczekał się aż dwunastu części (ostatnia
pochodzi z 2010 r.) Pierwsza składał się z trzech nowel: „Baso” (reż. Emmanuel
H. Borlaza), „Pridyider” (reż. Ishmael Bernal), oraz „Manananggal” (reż. Peque
Gallaga). Najbardziej niezwykłą opowieścią była druga historia, w której
nawiedzona…lodówka pożerała każdego, kto do zajrzał do jej środka. „Baso” to
typowa ghost story o zemście zza grobu a nowela trzecia to kolejna opowieść o
filipińskim wampirze manananggalu.
Pierwszy film serii ustanowił dwie podstawowe kanony: każda następna część
składała się z trzech nowel oraz przynajmniej jedna z nich nawiązywała do
rodzimego folkloru.
wtorek, 13 grudnia 2011
FILIPIŃSKIE KINO GROZY Cz. 2: Filipińskie wampiry i potwory Romero
Trzecim z najpopularniejszych
nurtów w filipińskim kinie grozy są horrory, które moglibyśmy nazwać
„wampirycznymi”. Nie jest to grupa filmów jednorodnych, bo pojawiają się w niej
także produkcje z wątkami demonicznymi, jak również nie brakuje w nich
straszydeł, nawiązujących do lokalnych legend i mitów. Jednym z pierwszych
przedstawicieli tego nurtu jest komediowy „Mga
manugang ni Drakula” (reż. Artemio Marquez ,1963), w którego tytule imię
najsłynniejszego wampira w dziejach kina nie pojawia się bez powodu. Na
Filipinach zrealizowano całkiem pokaźną liczbę horrorów, których bohaterem był
transylwański hrabia. Filipiński Dracula po swym słynnym filmowym przodku,
wypromowanym przez horrory z Universalu, odziedziczył długą pelerynę ze
stojącym kołnierzem i ostre kły oraz, oczywiście, głód krwi. W postać słynnego
wampira wcielił się we wspomnianym filmie a także m.in. w „Drakula Goes to R.P.” (reż. Tony Cayado, 1973) wielki gwiazdor
kina filipińskiego, Dolphy (właściwie: Rodolfo Vera Quizom), który nazywany był
„Królem Komedii”, bo choć występował w filmach różnych gatunków, to komedie przyniosły
mu największą popularność. Filipińczycy nakręcili także żeńską wersję słynnego
wampira pod tytułem „Drakulita” (reż.
Consuelo P. Ostrio, 1969). Najbardziej jednak charyzmatyczną, porównywaną z
kreacją Christophera Lee postać wzorowaną na Draculi stworzył Ronald Remy w „The Blood Drinkers” (1964) Gerardo de
Leona. Nieco dalej wrócimy do tego filmu.
środa, 7 grudnia 2011
FILIPIŃSKIE KINO GROZY Cz. 1: Diabły i aswangi
Film jest jedną z najbardziej
popularnych form rozrywki Filipińczyków. Filipińskie kino to także ogromny
przemysł, zatrudniający dwieście sześćdziesiąt tysięcy osób i generujący
rocznie około pół biliona PHP (filipińskich peso) (1). W latach 50. produkowano nawet do trzystu pięćdziesięciu
filmów rocznie, by 2007 r. liczba filmów spadła do trzydziestu w ciągu roku (2). Zmniejszenie produkcji jest
skutkiem recesji z połowy lat 90., która dotkliwie dotknęła kraje azjatyckie,
lecz także efektem ogromnej popularności telewizji oraz zagranicznych produkcji
(głownie amerykańskich). Na szczęście rozwój technologii pozwalającej tanio
kręcić filmy sprawił, że coraz więcej
słychać o kinie niezależnym i eksperymentalnym. Rząd pracuje również nad
ustawami, które mają wesprzeć rodzimy przemysł filmowy (3).
Horror na tle całości kina
filipińskiego nie prezentuje się nadzwyczajnie. Choć pod względem ilości
produkowanych filmów z tego gatunku Filipińczycy ustępują jedynie Japończykom
(tylko w 2009 r. na ekranach kin pojawiło się osiem premierowych horrorów), to
pod względem jakości są to produkcje wybitnie komercyjne, w większości
reprezentujące kino klasy B, a czasem nawet i z dalszych liter alfabetu. Wiele
jednak z tych pozycji zyskało status dzieł kultowych i wiele z nich warto
poznać bliżej.
czwartek, 1 grudnia 2011
PUNISHED (Bou ying, Hongkong, 2011)
O co chodzi?
Wong Ho Chiu jest właścicielem
dobrze prosperującej firmy developerskiej. Mieszka w luksusowej willi, ma
piękną żonę i dwoje nastoletnich dzieci. Wydaje się być człowiekiem spełnionym,
a jednak to tylko pozory. Firma próbuje bezskutecznie wyrwać z rąk drobnych
posiadaczy cenne grunty, żona jest jego drugą małżonką, syn nie zamierza
studiować medycyny – znacznie bardziej interesuje go muzyka, zaś z
dorastającą córką, Daisy w ogóle nie
może nawiązać kontaktu. Dziewczyna jest zbuntowana, chadza własnymi ścieżkami i
na dodatek bierze narkotyki. Nawet gdy pewnego dnia Daisy zostaje porwana, Wong
podejrzewa, że jego córka mogła sfingować porwanie. Z tego tez powodu nie
zawiadamia policji i godzi się zapłacić wysoki okup. Okazuje się jednak, że
podejrzenia ojca były niesłuszne, ponieważ dziewczyna zostaje zamordowana.
Zrozpaczony prosi swego bodyguarda, Chora – byłego gangstera, by odnalazł i
zabił wszystkich, tych którzy byli zamieszani w porwanie. Chor okazuje się nad
wyraz skuteczny…
sobota, 26 listopada 2011
Kino boli: LILYA 4-EVER (Szwecja/Dania, 2002)
ŻYCIE NA CHWILĘ
Lecz kto by się stał
powodem grzechu dla jednego z tych małych,
którzy wierzą we Mnie,
temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi
i utopić go w głębi morza.
Biblia Tysiąclecia, Mt. 18, 6-7
W 1997 r. Bożena Borzęcka została
nagrodzona Złotym Lajkonikiem – Grand Prix Festiwalu Filmów Dokumentalnych w
Krakowie za wstrząsający obraz popegerowskiej rzeczywistości w małej
miejscowości koło Słupska, Zagórkach. Tytuł filmu – „Arizona” to zarazem nazwa
taniego wina powszechnie spożywanego przez mieszkańców wioski. Ich jedyna rozrywka,
a dla wielu jedyny sens życia. Bowiem gdy w 1990 r. władza przestała dotować miejscowy
peger, narastające długi doprowadziły do likwidacji miejsca pracy większości
mieszkańców Zagórek. Załoga pegergu wylądowała na „kuroniówce”, budynki uległy
zdewastowaniu, pola pozarastały chwastami a osiedle mieszkalne zamieniło się w
jedną wielką, brudną, zaniedbaną melinę. Po transformacji ustrojowej na
początku lat 90. takich miejsce w Polsce było mnóstwo. Miejsc przeklętych,
zapomnianych, pozostawionych powolnej agonii i rozkładowi niczym padlina
zdechłego konia, którego ujęcia przeplata się przez film. Ale zapadłymi
dziurami, w których czas ugrzązł w miejscu a ludzie pogrążyli się w marazmie,
podziurawiony jest cały świat.
piątek, 18 listopada 2011
MISS BANGKOK.WYZNANIA TAJSKIEJ PROSTYTUTKI (Bua Boonmee)
Tajlandia to piękny egzotyczny
kraj. Oszałamia zachodnich turystów bujną tropikalną przyrodą, bogactwem i
różnorodnością wiekowej kultury, wyrażającej się w zachwycających buddyjskich świątyniach wat czy też przepychem królewskich pałaców. A
jednak zdecydowana większość obcokrajowców ceni sobie Tajlandię nie z powodu kulturowego
bogactwa i dostarczania duchowych przeżyć, lecz ze znacznie mniej wzniosłych,
bardziej przyziemnych atrakcji. Tajlandia, a konkretnie największe miasto
kraju, Bangkok oraz coraz liczniejsze nadmorskie kurorty, m.in. Patpong, Pataja
czy Puket to raje erotycznej seksturystki. Za śmiesznie małe pieniądze ( za ok.
20 euro) można spełnić każdą, najbardziej wyuzdaną fantazję niezależnie czy jest
się mężczyzną, kobietą czy hermafrodytą. Prostytucja w Tajlandii oficjalnie jest
zakazana, ale władza interweniuje tylko w sytuacjach najbardziej ewidentnych,
gdy ktoś zostanie poszkodowany albo dojdzie do rażących zachowań. Nic dziwnego. Wpływy ze seksturystyki wynoszą ponad 3% tajskiej gospodarki, zapewniając
zatrudnienie ok. dwustu tysiącom osób (niektórzy sądzą, że jest to liczba
sięgająca nawet jednego miliona). W Tajlandii właściwie nie ma stręczycielstwa,
a prostytucja jest powszechnie akceptowana. Niejednokrotnie biedne wiejskie
rodziny wysyłają młode dziewczęta do miast i kurortów, by zarabiały swym
ciałem, ponieważ mogą one przynieść dochód nierzadko równowarty miesięcznym
zarobkom całej familii. Ale czy rzeczywiście wszystko przebiega tak gładko?
Państwo zarabia, biedna prowincja zarabia, dziewczyny zarabiają a klienci z
całego świata są wniebowzięci, otrzymując możliwość spełniania swych najdzikszych erotycznych
fantazji za tanie pieniądze. Czyżby więc wszyscy byli zadowoleni? Otóż jednak
nie wszyscy. Licząca ledwie sto siedemdziesiąt stron książka niejakiej Bua
Boonmee, „Miss Bangkok. Wyznania tajskiej prostytutki” jest próbą przybliżenia
polskiemu czytelnikowi żałosnego losu tajlandzkich dziewczyn, które zazwyczaj
uciekając przed biedą, godzą się sprzedawać to, co mają najcenniejsze: swe młode,
świeże ciała, stanowiące nie tylko ich osobisty, lecz także narodowy kapitał. Bo
to dzięki tym anonimowym dziewczynom (ale i chłopcom) tajlandzki seks-biznes
wciąż miewa się dobrze, przynosząc ok. czterech miliardów dolarów zysku.
Etykiety:
AZJACI
,
KSIĄŻKA
,
PROSYTUCJA
,
RECENZJA
,
SEKS
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)






