O co chodzi?
Tokio. Boże Narodzenie. Troje
bezdomnych - alkoholik Gin, była drag
queen, Hana oraz Miyuki, nastolatka, która uciekła z domu – na wysypisku
śmieci znajduje porzuconego niemowlaka. Gin i Miyuki pragną powiadomić policję
o nietypowym znalezisku i mieć sprawę „z głowy”, lecz w Hana odzywa się
kobieca, a właściwie matczyna natura. Nakłania zatem towarzyszy niedoli do
zaopiekowania się dzieckiem, aż do czasu znalezienia rodziców. I tak rozpoczyna
się przygoda, która raz na zawsze zmieni życie trojga bohaterów i w którą
wplątana będzie Yakuza, siły nadprzyrodzone i liczne cudowne zbiegi
okoliczności.
Dał nam przykład Charlie Chaplin
W powszechnej opinii „Tokyo
Godfathers” („Rodzice chrzestni z Tokio”) Satoshi Kona i Shôgo Furuyi pozostaje
w cieniu pozostałych dokonań tego pierwszego. Zupełnie niesłusznie. Bo choć to
obraz znacznie mniej porywający niż „Perfect Blue” czy „Papryka”, podobnie jak
one zadziwia artystyczną konsekwencją i perfekcją wykonania. „Tokyo
Godfatheres” to po prostu inny rodzaj propozycji japońskiego mistrza animacji.


