Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POLITYKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POLITYKA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 sierpnia 2013

IP MAN (Yip Man, Hongkong/Chiny, 2008)



Ip Man (2008) on IMDb


O co chodzi?

Rok 1935. Foshan, południowe Chiny. Yip Man jest mistrzem słynnej szkoły sztuk walki wing chun. Żyje mu się dostatnio a on sam cieszy się powszechnym szacunkiem mieszkańców miasta. Życzliwy, pogodny charakter Yip Mana oraz sława niepokonanego mistrza sztuk walki czyni z niego osobę powszechnie szanowaną i lubianą. Gdy w Foshan pojawia się banda Shan Zao, który w brutalny sposób rozprawia się z mistrzami innych stylów walki, tylko Yip Man jest go w stanie powstrzymać i przepędzić z miasta. Idylla kończy się jednak wraz z nadejściem japońskiej okupacji w 1937 r. Yip Man zostaje wyrzucony ze swojej posiadłości zamienionej na główny sztab oddziałów, okupujących Foshan, a on sam i jego rodzina: żona i syn cierpię biedę i głód. Aby zarobić na ryż Yip Man zatrudnia się przy załadunku węgla. Ponieważ wśród robotników jest wielu dawnych mistrzów sztuk walki i ich uczniów częste wizyty składa im pułkownik Sato, który za worek ryżu werbuję chińskich ochotników do walk z Japończykami. Gdy podczas jednej z tych walk giną: jeden z mistrzów, przyjaciel Yip Mana i jeden z jego uczniów, mistrz wing chun zgłasza się na ochotnika, by pomścić zamordowanych przyjaciół. Nie wie jeszcze, że będzie musiał stawić czoło nie tylko zastępom walecznych Japończyków, ale generałowi Miurze, mistrzowi karate.

niedziela, 3 października 2010

LITLE RED FLOWERS (Chiny/Włochy, 2006)


Wyhodujemy super bohaterów
I dzieci mówiące wierszem
Wszystkie zwierzęta są równe
Ale są zwierzęta równiejsze
Narodziła się nowa kultura
Nowoczesna żywa struktura
Automaty w sztywnych kaburach
/frag. tekstu piosenki zespołu 1984, Ferma hodowlana/

O co chodzi?

Fang Qiangqiang jest czterolatkiem i synem niezwykle zapracowanych rodziców. Gdy babcia chłopca, okazuje się zbyt chora, by opiekować się wnuczkiem, rodzice postanawiają oddać go do przedszkola. Chłopczyk zalewa się łzami, ale ojciec jest nieugięty i oddaje chłopca w ręce pani Li, jednej z dwóch nauczycielek. Qiang poznaje rygorystyczne zasady panujące w przedszkolu, w którym jest tylko jednym z wielu podopiecznych. Nie potrafi się jednak podporządkować dyscyplinie i podczas, gdy inne dzieci powiększają liczbę czerwonych kwiatków – nagród za dobre zachowanie, Qiang nie ma ani jednego.  Chłopczyk zaprzyjaźnia się z dwiema dziewczynkami: siostrami Yang i zaczyna im opowiadać, że surowa pani Li jest w rzeczywistości potworem, który zjada małe dzieci. Wkrótce całe przedszkole ogarnia szeptana sobie do ucha wiadomość o prawdziwej naturze nauczycielki. Dzieciaki postanawiają związać śpiącą panią Li, by nie mogła ich zjeść. Któregoś wieczora przedszkolaki ruszają po cichu do pokoju nauczycielki. Ale „bunt” upada – pani Li nie jest przecież potworem a dzieci są tylko dziećmi.  Od tego zdarzenia Qiang staje się jeszcze bardziej niegrzeczny i zbuntowany. Ale Przedszkole nie znosi niepokornych jednostek i bezlitośnie się z nim rozprawia.

Chińskie przedszkole

Reżyser filmu, Zhang Yuan opowiada historię na pozór wolną od politycznych odniesień i krytycznego stosunku do chińskiej rzeczywistości. Co prawda przedszkole ukazane w filmie ma niewiele wspólnego z tą samą instytucją znaną na Zachodzie, ale w gruncie rzeczy opowiada historię, która mogłaby się przydarzyć każdemu dziecku wbrew jego woli pozostawionego wśród groźnie wyglądających pań nauczycielek i obcych dzieci. Ale przedszkole jest chińskie, bardziej przypomina szkołę kadetów niż miejsce, w którym dzieci miło i radośnie spędzają czas pod opieką wyspecjalizowanych opiekunów. Przede wszystkim zaganiani rodzice pozostawiają dzieciaki w przedszkolu nie na kilka godzin dziennie, ale na długie tygodnie, a nawet miesiące. Odcięcie od rodzicielskiej pępowiny to dobra metoda, by wychować przyszłe pokolenie nie na rozpieszczonych maminsynków, lecz na w pełni wartościowych obywateli świadomych wagi i roli kolektywu w życiu jednostki. I właśnie hodowaniem obywatelskiego kolektywu zajmuje się kadra pedagogiczna.

Film Yuana wydaje się na pierwszy rzut oka lekką i przyjemną opowiastką o pewnym zadziornym maluchu, któremu czupurny charakter przysparza nieustannie nowych kłopotów. Ale tak naprawdę ta „fajna” strona filmu skrywa przerażającą wizja państwowej instytucji, w którym wychowuje się dzieci, niszcząc ich indywidualny charakter. Wizja jest przerażająca, bo jak inaczej nazwać „przedszkole”, w którym wszystkie dzieciaki ubrane są tak samo, bawią się w to samo i pilnuje się by to samo robiły. Nawet poranne wypróżnianie na nocnikach odbywa się w radosnej gromadce wydalających z siebie maluchów. W tym przedszkolu nawet puszczenie gazów prowokuje nauczycielską reakcję. Jest to zresztą jedna z wielu śmieszno-strasznych scen: pani Li każe wypiąć maluchom pupy, by każdą z nich obwąchać w celu wytropienia „wichrzyciela”. Rutyna, dyscyplina i kolektywizm to trzy zasady, które można by umieścić nad bramą wejściową przedszkola. Nauczycielki zajmują się ścisłym przestrzeganiem tych zasad, kto ich nie przestrzega nie dostaje tytułowego czerwonego kwiatka z bibuły. Kto zdobędzie ich pięć, ten przez tydzień ma prawo być przewodniczącym klasy.  Niepokorny Qiang nie ma ani jednego, bo nie potrafi się sam ubrać, nie podnosi ręki, gdy chce coś powiedzieć, nie chce jeść obiadu (pewnie nikt z nas by nie chciał), nie jest aktywny ani nie integruje się z innym dziećmi. Bo Qiang jest tak naprawdę kijem włożonym w szprychy Systemu Prostowania Charakteru.

Yuan, posługując się czytelną alegorią, tak naprawdę opowiada o konflikcie między indywidualizmem jednostki a bezlitosną szarą masą, na którą już od najmłodszych lat chińskie państwo uosabiane przez kadrę nauczycielską stara się przerobić przyszłych obywateli Chińskiej Republiki Ludowej. Na szerszej płaszczyźnie „Little Red Flowers” jest nie tylko metaforą życia nieprzystosowanej jednostki w komunistycznym reżimie, ale opowieścią o wymowie uniwersalnej. Wszak konflikt osobistych interesów z interesami grupy jest nieunikniony, niezależnie od tego w jakim kraju żyjemy i czy mamy duszę buntownika czy człowieka kompromisu. Niewątpliwie jednak tego rodzaju konflikt w systemie totalitarnym ma najbardziej dramatyczny charakter. Taki też ma on w filmie Yuana.

Postawa Qianga zasiewa jednak w umysłach czterolatków ziarno buntu. Scena, gdy tłumy dzieciaków zbliżają się do śpiącej pani Li, by ją związać i tym samym uchronić się przed potworem, za jaką ją uważają, jest jedną z najzabawniejszych. „Bunt” jednak upada i na polu walki pozostaje tylko osamotniony, opuszczony nawet przez siostry Yang, Quiang. Wszyscy się od niego odwracają. „Uśmiechnęłaś się do mnie?” – pyta z nadzieje chłopczyk dziewczynkę, jeszcze nie tak dawno temu, przyjaciółkę. Ta zaś odpowiada -  „Wcale nie. Uśmiechnęłam się do psa”.  Ale w tej scenie nie ma psa, jest tylko samotny chłopiec  i wrogi świat.

„Little Red Flowers” jest klasyfikowany jako komedia, ale prócz kilku zabawnych scen, jest to film smutny. Smutnie kończy bowiem buntownik Qiang. Nikt nie podnosi na niego ręki, ani go nie dręczy. Po prostu przestaje być zauważany przez innych.

Cudowne dziecko (i to nie jedno)

Koniecznie muszę napisać o aktorach tego filmu. Poza dorosłymi, profesjonalnymi aktorami, są nim również cztero i pięciolatkowie i to oni kradną zawodowcom film. Dzieciaki są po prostu fenomenalne! Bowen Dong, chłopczyk odtwarzający postać Qianga, jest bezbłędny. Na zawołanie płacze jak bóbr, śmieje się jakby go łaskotano, potrafi zagrać prawie każdą emocję. Ale pozostałe dzieci wcale mu nie ustępują. Zachowują się tak, jakby kamera w ogóle im nie towarzyszyła a oni nie byli planie filmowym. Są wiarygodni, naturalni w stu procentach. Dla samej gry małych aktorów warto zobaczyć film Zhanga Yuana.   

MOJA OCENA: 8/10




SZÓSTA GENERACJA chińskich reżyserów
  

Zhang Yuan (na zdj.) należy do tzw. Szóstej Generacji chińskich filmowców. Należą do  niej oprócz Yuana,  Wang Xiaoshuai („Beijing Bicycle”), Jia Zhangke („Unknown Pleasures”) i Lou Ye („Suzhou River”). Twórcy Szóstej Generacji rozpoczynali swe filmowe kariery w latach dziewięćdziesiątych. Realizują filmy szybko i za tanie pieniądze, wykorzystują estetykę kina dokumentalnego, odwołując się do osiągnięć włoskiego neorealizmu i francuskiego kierunku cinéma vérité (tzw. kino bezpośrednie). Często stosują filmowanie z ręki, długie ujęcia, naturalną scenerię, angażują pół profesjonalistów lub mało znanych aktorów. Tematyka filmów reżyserów Szóstej Generacji skupia się na chińskiej codzienności czasów transformacji, ciemnych stronach miejskiej rzeczywistości, na bohaterach-outsiderach.



sobota, 18 września 2010

THE BLUE KITE (Lan feng zheng, Chiny, 1993)


Akcja filmu, rozpoczynająca się od śmierci Stalina w 1954 r. aż po rok 1968 r. dzieje się w okresie szczególnym w historii współczesnej Chin. Były to czasy niezwykle ciężkie dla zwykłych ludzi. Z jednej strony pogarszająca się sytuacja ekonomiczna kraju, z drugiej - wszechobecna polityka, wdzierająca się brutalnie do domów, szkół i zakładów pracy. Ludzie cierpieli nędzę, wielu z nich umierało z głodu i niedożywienia (w latach 1958-1961 r zmarło z tego powodu ok. 44 milionów ludzi!), inni ginęli w obozach pracy, lub przepadali bez wieści. Ludzie utracili także poczucie bezpieczeństwa - każdy najbardziej niewinny komentarz do obecnej sytuacji politycznej czy gospodarczej, mógł zostać potraktowany jako przejaw nieprawomyślności. Nikt nikomu nie mógł ufać, każdy mógł być donosicielem, na każdego można było donieść. Apogeum komunistycznych represji przypadło jednak na okres 1966 - 1976 r.. Wtedy to pod sztandarem Rewolucji Kulturalnej przez kraj przeszła fala terroru Czerwonej Gwardii - komunistycznych bojówek, utworzonych przez Mao Zedonga do walki z „kontrrewolucjonistami”.

Na tle wielkiej i okrutnej Historii rozgrywa się opowieść o zwyczajnej ubogiej rodzinie: nauczycielce Shujuan i jej mężu bibliotekarzu Shaolong. Narratorem oraz postacią z perspektyw, której poznajemy przedstawianą historię jest ich syn, Tietou. Narodziny i wczesne dzieciństwo chłopca przypadło na czasy największego zniewolenia chińskiego narodu. Wszechobecna, komunistyczna partia jest na każdym kroku. Każe wielbić Mao Zedonga, wieszać w domu jego portrety i z uwagą wysłuchiwać niekończących się propagandowych przemówień. Mimo narastającej, politycznej paranoi dorastający Tietou żyje w bezpiecznym azylu rodzicielskiej miłości i rodzinnego ciepła. Po tajemniczej śmierci ojca, zesłanego za sprawą donosu najlepszego przyjaciela do obozu pracy, w matczynej miłości i jej poświęceniu chłopiec znajdzie siłę, by przetrwać okrutne czasy. Postać Shujuan, wspaniale zagranej przez Liping Lu (nagroda na MFF Tokio), w swojej niezłomności i codziennym heroizmie przypomina Łucję Król, bohaterkę filmu Janusza Zaorskiego "Matka Królów". Chociaż fabuły obu filmów różnią się miedzy sobą, to ukazują to samo bezgraniczne matczyne uczucie miłości skonfrontowane z bezdusznym, zbrodniczym systemem zniewolenia. Komunizm co prawda nie zabiera Shujuan kolejnych synów, lecz jego ofiarami padają jej mężowie: ojciec Tietou, "wujek” Lee, wreszcie partyjny notabl, ojczym Tietou.

"Błękitny latawiec", zdobywca Grand Prix festiwalu w Tokio, bywa nazywany najsubtelniejszym i najbardziej przejmującym filmem o życiu w czasach komunistycznego terroru. Nazywany słusznie. Rzadko bowiem udaje się pokazać w sposób tak doskonale wyważony, powściągliwy a jednoczenie głęboko prawdziwy i wzruszający miłość i nadzieję. Na przekór szalejącym żywiołom totalitarnej paranoi trwają one niewzruszenie. Finał, wprawdzie brzmi gorzko, lecz nie jest pozbawiony nadziei. Jej symbolem jest tytułowy latawiec - ilekroć zerwie się ze sznurka czy utknie w gałęziach wysokiego drzewa, ojciec Tietou, a potem on sam sporządzają nowy, równie piękny, jak poprzedni.

Delikatność w opisie świata przedstawionego udaje się osiągnąć dzięki mądrej reżyserii Zhuangzhunag, unikającej wysokich tonów, dramatycznej przesady, czy jakże niebezpiecznego patosu, a skupiającej się na małym realizmie - porcji pierogów wspaniałomyślnie przydzielonych przez partię na Nowy Rok, na zarekwirowanych bułeczkach, która pani Lang upiekła na przywitanie syna, czy na oczekiwanych przez dzieciaki noworocznych fajerwerkach. Z matczynego zmartwienia sprawiającym wiecznie kłopoty Tietou, z jego dziecięcego buntu, nierozumiejącego w pełni bezlitosnej potęgi Systemu, z małych radości, rozterek i smutków utkana jest ta wielka opowieść. Choć akcja filmu dzieje się w czasach, gdy ludzie umierali masowo - jeśli nie z głodu, to za sprawą partyjnych czystek, to film Zhuangzhunaga nie pokazuje śmierci. Unika dosłownej brutalności, która pojawia się dopiero w finale, gdy banda czerwonogwardzistów siłą wyciąga z domu ojczym Tietou. Próbująca powstrzymać pełnych agresji młodych hunwejbinów, Shujuan równie brutalnie zostaje potraktowana, a stający w jej obronie Tietou dotkliwie pobity. Reżyser kończy film sceną gwałtowną, co stanowi zapowiedź nadchodzącej burzy - krwawego terroru Rewolucji Kulturalnej.

Zadziwiająca moc oddziaływania tego skromnego filmu o zwyczajnych ludziach w czasach niezwyczajnych zaniepokoiła chińskie władze. Ich niepokój był na tyle duży, iż nie tylko odstawili film na półki, ale nie pozwoli go dokończyć. Nakręcony materiał twórcy filmu przemycili do Japonii, gdzie dokończono postprodukcję. Kiedy „Błękitny latawiec” rozpoczął triumfalny pochód przez międzynarodowe festiwale, komuniści zemścili się, karząc nieprawomyślnego reżysera dziesięcioletnim zakazem wykonywania zawodu. Zhuangzhuang Tian, podobnie jak bohaterowie jego najgłośniejszego filmu, wytrwał ten trudny okres. Kiedy w roku 2002 powrócił do kinematografii, triumfował remake'em melodramatu Fei Mu z 1948 roku "Wiosna w małym miasteczku". Za ten film otrzymał nagrodę San Marco na festiwalu w Wenecji.
Moja OCENA: 8,5 /10

Więcej o THE BLUE KITE



Sylwetka MAO ZEDONGA

Finałowe sceny filmu:

>

czwartek, 24 czerwca 2010

THE PRESIDENT`S BARBER (Hyojadong ibalsa, Korea Płd, 2004)


KTO OBSTRZYŻE PREZYDENTA?

Na wiele sposobów można opowiadać o historii swego kraju. Można zabawnie, ironicznie, jak Andrzej Munk w „Obywatelu Piszczyku”, można z patosem i wielką pompą jak Edward Zwick w „Glory”, a można też z delikatnością, jakby mimochodem, kreśląc losy zwykłych ludzi uwikłanych w skomplikowane, a często bolesne meandry historii przez wielkie H. Tak jak swego czasu uczynił to choćby Zhuangzhuang Tian w znakomitym „Błękitnym latawcu”, w którym opowiadał o ubogiej rodzinie nauczycielki, Shujuan, której losy wpisywał w historyczne tło - okres komunistycznego reżimu Mao Zedonga. Ale twórcy chińskiego filmu tak naprawdę opowiadali o harcie ducha zwykłych ludzi, heroicznie walczących o godne życie w czasach „wielkiej hańby”. Reżyser „The President`s Barber”, Lim Chan-sang, zdaje się podążać śladami swego chińskiego kolegi. Jego film jest jednak znacznie mniej dramatyczny, znacznie mniej w nim tragicznych wydarzeń, bo też historia Korei Południowej, zaprezentowana w filmie a obejmująca prezydenturą Park Chung-hee (lata 1963-1979) nie obfitowała w tak przerażające zdarzenia jak masowe aresztowania, egzekucje na stadionach, przymusową reedukację przez pracę na wsi czy we fabrykach, czy też wielką klęskę głodu. Dlatego też twórcy „The President`s Barber” mogli sobie pozwolić na lżejszy ton. W konsekwencji wprowadzenie humoru do opowieści o skromnym, nieśmiałym fryzjerze Sung Han-mo, który zostaje „nadwornym” golibrodą prezydenta Chung-hee zyskuje w wielu scenach posmak ożywczej groteski. Choć może przywódca Korei nie prowadził obłąkańczych eksperymentów na żywym organizmie narodu, to nie miał do końca czystego sumienia. W Korei Południowej, mimo pozorów demokracji i przestrzegania obywatelskich praw, panował reżim i dyktatura. Fałszowano wybory (co zabawnie pokazano w filmie), brutalnie tłumiono wszelkie antyrządowe demonstracje, politycznych przeciwników aresztowano, a nawet torturowano, wolność słowa była poważnie ograniczona, a krajem co rusz wstrząsały różnego rodzaju szpiegowskie afery.

Sporą cześć z tej ciemnej strony południowokoreańskiej „demokracji” możemy zobaczyć w obrazie Chan-sanga, ale reżyser wydarzenia te umieścił na drugim planie. A jeśli niektóre z nich bezpośrednio ingerują w życie głównego bohatera, to pokazane zostały z poczuciem humoru, w konwencji groteski. Są to zresztą najlepsze sceny w filmie: na przykład, gdy ubrany w biały fartuch fryzjer Han-mo zostaje wzięty przez demonstrantów za lekarza, gdy krajem wstrząsa tzw. afera Marxusa (rzekomo świadome spowodowanie przez północnokoreańskich szpiegów epidemii...biegunki). Każdy zakażony automatycznie stawał się potencjalnym podejrzanym, bo skoro dał się zarazić, to znaczy, że kontaktował się północnokoreańskim wrogiem. Ofiarą tej politycznej paranoi padł także syn, Han-mo, ale scena jego tortur jest jedną z najzabawniejszych. Te i inne sceny są zarazem nieodparcie śmieszne, ale zarazem przerażające, gdy uświadomimy sobie, że zwykła biegunka mogła sprowadzić na zupełnie niewinne osoby aresztowania, tortury i inne represje. Absurd okazuje się być najdoskonalsza metodą do wyrażenia szaleństwa władzy.

A jednak „The President`s Bareber” nie jest opowieścią o współczesnej, zagmatwanej i wcale niechlubnej historii Południowej Korei. Jest to przede wszystkim opowieść o niezwykłej przyjaźni, która połączyła osoby tak odmienne pod każdym względem, że trudno sobie wyobrazić, by mogły znaleźć choćby cień porozumienia. A jednak. Charyzmatyczny prezydent Chung-hee i nieśmiały fryzjer Han-mo, stają się z czasem bliskimi przyjaciółmi. Przywódca jest urzeczony skromnością i szczerością Han-mo, być może dlatego, że otoczony przez nienawidzących się, rywalizujących ze sobą doradców, generała Yanga (służba bezpieczeństwa) i generała Parka (służba prezydencka), tak naprawdę nie może im ufać i czuję się osamotniony. Finał filmu i prezydentury Chung-hee potwierdził, że brak zaufania nie był bezpodstawny, lecz nie ochronił przywódcy przed tragicznym końcem. Han-mo natomiast zyskuje lokalną sławę i z pewnością wzrasta w nim poczucie jego wartości. Fryzjer jednak w pewnym momencie popełnia błąd - nie potrafi zrozumieć, że prezydent jest przede wszystkim politykiem i przywódcą, dla którego władza jest wartością najwyższą. Gdy więc zostaje aresztowany syn, Han-mo, a bohater stara się wykorzystać znajomość z prezydentem, ten odmawia jakiejkolwiek interwencji. Nie może narazić się na zarzut ulegania wpływom własnego fryzjera, bo to by znaczyło, że jego pozycja jest słaba i że jest słabym władcą. A chętnych, by zająć miejsce Chung-hee nie brakuje. Tak zresztą, jak zawsze, gdy przywódcę otaczają zżerani przez ambicję doradcy...

Ale Han-mo w istocie nie potrzebuje prezydenckich koneksji - ma bowiem w sobie wyjątkowy hart ducha, jego heroizm przypomina mi heroizm bohaterki „Błękitnego latawca”, która nie czyniła niczego wielkiego, poza tym, że znosiła wszelkie przeciwności losu z pokorą i wytrwałością. Podobnie jak Han-mo, godzący się bez słowa na poniżające rytuały wizyty u prezydenta ( z czasem zniesione przez przywódcę), zachowującego zdrowy rozsądek w czasach, gdy wszyscy go tracą i w końcu, gdy pojawia się tak konieczność, wędrującego przez cały kraj, by znaleźć lekarstwo na chorobę swego syna. Siłę, podobnie jak bohaterka „Błękitnego latawca” czerpie z miłości, tym razem z miłości ojcowskiej.

„The President`s Barber” jest wielkim popisem aktorskiego kunsztu Song Kang-ho. Aktor miał co prawda ułatwione zadanie, bo rola Han-mo była wspaniale napisana przez scenarzystę Jang Min-seoka. Lecz bez ogromnego talentu Kang-ho nawet najgenialniej wymyślona postać nie ożyłaby na ekranie. Ale wielkie brawa należą się także Jo Yeong-jin w roli prezydenta, który tworzy postać szlachetnego władcy, w głębi duszy będącego jednak nieczułym, bezwzględnym politykiem. Osobiście żałuję, że twórcy filmu nie dali większej szansy znakomitej aktorce, Moon So-ri („Oasis”, „Family Ties”) do zaprezentowania swych nieprzeciętnych aktorskich zdolności. Choć nawet w niewielkiej roli żony Han-mo wypada przekonująco

The President`s Barber” należy do tej kategorii filmów, które przykładają wagę przede wszystkim do treści a nie formy. Dlatego w obrazie Chan-sanga nie zobaczymy żadnych technicznych fajerwerków, akcja sączy się leniwie, a sposób filmowanie unika wszelkich dynamicznych i efektownych środków. Spokój narracji i oszczędność formy sprzyjają tej niezwykłej opowieści o przyjaźni między władca a jego poddanym. Widzowie ceniący sobie dobrze opowiedziane „historie z życia wzięte” na pewno nie będą rozczarowani filmem Lim Chan-sanga.

Więcej o ”THE PRESIDENT`S  BARBER”

OCENA: 8/10