Gwiazda japońskiego kina, symbol seksu, pierwsza japońska femme fatale, mroczny przedmiot pożądania filmowych protagonistów i widzów. Filigranowa, kruczowłosa, czarnooka, o harmonijnej budowie ciała i o zniewalającym, aksamitnym głosie – gdy tylko pojawiała się na ekranie momentalnie przyciągała wzrok. I to nie tylko mężczyzn, ale także kobiet. Być może, gdyby kino, jak to ma miejsce współcześnie, miało globalny zasięg, dziś wymieniałoby się ją jednym tchem obok Grety Garbo, Marlene Dietrich, Marylin Monroe i Brigitte Bardott. Ale w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, kino japońskie znane było jedynie bywalcom festiwali filmowych a znajomość ta ograniczona była głównie do kilku mistrzów kina takich, jak Akira Kurosawa, Kenji Mizoguchi czy Masaki Kobayashi. Nigdy u Kobayashiego ani u Kurosawy nie zagrała, choć występowała u innych gigantów klasycznego kina Japonii, w tym u wspomnianego Mizoguchiego, a także u Kona Ichikawy i Yasujiro Ozu. Uznanie widzów i krytyków przyniosły jej jednak role w filmach niesłusznie pomijanego na Zachodzie mistrza podszytych subtelnym erotyzmem dramatów, Yasuzo Masumury.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MELODRAMAT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MELODRAMAT. Pokaż wszystkie posty
środa, 23 września 2015
AYAKO WAKAO: BYĆ KOBIETĄ
Etykiety:
AKTORKI
,
ARTYKUŁ
,
DEMON
,
DRAMAT
,
EROTYCZNY
,
FILM AZJATYCKI
,
KOBIETA
,
KOMEDIA
,
KULTURA
,
MELODRAMAT
,
MIŁOŚĆ
,
OBSESJA
,
PIĘKNO
,
SEKS
,
SPOŁECZEŃSTWO
czwartek, 7 maja 2015
NA KRÓTKO: KWIECIEŃ 2015
Zhongkui: Dark Crystal and Snow Girl,
reż. Peter Pau & Tianyu Zhao
Miesiąc kwiecień upłynął mi, jeśli chodzi o premierowe azjatyckie filmy, na bliskich spotkaniach z grozą chińską ( i okolice geograficzne). Były to spotkania, szczerze przyznając średnio udane, choć całkiem ciekawe. Chiński horror to jednak rejony drugiej ligi azjatyckiego kina grozy. Realizacyjnie zazwyczaj solidne i efektowne, ale pod względem treści stanowią nie zawsze strawny misz-masz J-horrorowych zapożyczeń, z thrillerem i melodramatem i koniecznie racjonalnym wyjaśnieniem wszelkich rzekomo nadprzyrodzonych zjawisk. Ale w kraju, w którym jednym słusznym i obowiązującym światopoglądem jest marksistowsko-materialistyczny nie ma miejsca na duchy i inne zabobony. Przynajmniej oficjalnie.
Etykiety:
DEMON
,
DRAMAT
,
DUCHY
,
FANTASY
,
FILM AZJATYCKI
,
HORROR
,
MELODRAMAT
,
ROMANS
,
THRILLER
niedziela, 7 grudnia 2014
NA KRÓTKO - LISTOPAD (02.10.- 07.12.14)
zdj z The Snow White Murder Case, reż. Yoshihiro Nakamura
Moje filmowe premiery listopada zdominowało kino akcji made in Hongkong. Trochę był to przeze mnie zaniedbany obszar azjatyckiego kina, więc zdecydowałem się przyjrzeć mu się nieco uważniej. Nie mogłem zacząć od nikogo innego jak od najbardziej znanego twórcy, w gatunku sensacyjnym osiągając największe sukcesy – Johna Woo. „The Killer” to klasyka hongkońskiej sensacji: postmodernistyczne, męskie do potęgi kino i piękny przykład tzw heroic bloodshed (wystylizowane sekwencje akcji + temat przyjaźni, honoru, obowiązku, zdrady itp.). Bardziej podobał mi się jednak inny głośny tytuł od Johna Woo - „Bullet in The Head” być może dlatego, że to bardziej dramat wojenny niż typowe kino sensacyjne. To drugie i to bodaj w najdoskonalszej postaci prezentuje z trzeci filmów reżysera z Hongkongu - „Hard-Boiled”.
Warto również zwrócić uwagę na dwa inne filmy, o których piszę poniżej: „The World of Kanako” Tetysuyi Nakashimy i „The Snow White Murder Case” Yoshihiro Nakamury. To już nie kino naładowane akcją, ale co nie znaczy, że nie adrenaliną – dotyczy to zwłaszcza obrazu Nakashimy, emocjonalnej bomby o niewiarygodnej sile rażenia. Emocji, choć są bardziej stonowane, nie brakuje również w filmie Nakamury – niezwykle trafnym komentarzu do naszych niewesołych czasów.
sobota, 12 kwietnia 2014
NA KRÓTKO - MARZEC ( 08.03.14 - 03.04.14)
To już albo dopiero trzecia odsłona cyklu, który zadebiutował na moim blog w tym roku. Tym razem bohaterem NA KRÓTKO jest sam Mistrz, Yasujiro Ozu. Wstyd się przyznać, ale dopiero teraz się zmierzyłem z jego twórczością, skutecznie wystraszony o "najbardziej japońskim z japońskich", o "filmach, w których nic się nie dzieje" o "bohaterach, którzy tylko gadają i gadają". A tymczasem, choć strach ma, rzecz jasna, skośne oczy, to ma też wielkie oczy. Co ciekawe wszystkie te strasznie brzmiące opinie o Ozu potwierdziły się, ale okazały się nie wadami, ale zaletami. Być może więc dobrze, że nie spieszyłem się z poznawaniem twórczości Ozu?
A poza arcydziełami Japończyka, wciąż niewesołe wieści z obszaru koreańskiego horroru. Co do reszty, zapraszam do lektury komentarzy.
Etykiety:
AKCJA
,
DRAMAT
,
DZIECI
,
FILM AZJATYCKI
,
HORROR
,
MELODRAMAT
,
OBSESJA
,
THRILLER
,
ZEMSTA
sobota, 22 marca 2014
BLOOD AND TIES (Gong-beom, Korea Płd, 2013)
O co chodzi?
Da-eun jest młodą, piękną studentką, która w przyszłości zamierza zostać reporterką. Wsparcia udziela jej kochający ojciec, Soon-man i dwoje bliskich przyjaciół: Jae-kyeonga i Bo-ra, może więc czuć się szczęśliwa. Tymczasem media nieustannie informują o upływającym terminie przedawnienia jednej z najbardziej wstrząsających zbrodni ostatnich lat: porwania i morderstwa kilkuletniego chłopca, syna znanego lekarz Han Chae-jina. Podczas seansu filmu, który rekonstruował owe tragiczne zdarzenie, Da-eun, słyszy głos porywacza – jedyny ślad pozostawiony przez sprawcę, a który twórcy filmu postanowili wykorzystać w swej produkcji. Brzmi dokładnie jak głos... ojca Da-eun. Czy to możliwe, żeby najwspanialszy człowiek jakiego zna, był brutalnym mordercą? Dziewczyna zaczyna wątpić, czy rzeczywiście zna swego ojca. Jej wątpliwości są coraz większe, gdy na jaw wychodzi, że Soon-man nie powiedział swej córce prawdy o matce, która rzekomo miała umrzeć. Skoro ojciec raz okłamał Da-eun, cyż nie mógł tego uczynić częściej? Czy rzeczywiście jest ona córką zabójcy?
Etykiety:
DRAMAT
,
FILM AZJATYCKI
,
MELODRAMAT
,
MIŁOŚĆ
,
MYSTERY
,
RECENZJA
,
RODZINA
,
THRILLER
,
ZBRODNIA
,
ZEMSTA
niedziela, 26 stycznia 2014
REAL (Riaru: Kanzen naru kubinagaryû no hi, Japonia, 2013)
O co chodzi?
Atsumi jest cenioną autorką mang i wiedzie szczęśliwe życie u boku swego narzeczonego, Koichiego. Młodzi planują wzajemną przyszłość, lecz niespodziewanie, z niewiadomych powodów, Atsumi popełnia samobójstwo. Nie odbiera sobie życia, ale zapada w śpiączkę. Koichi godzi się wystąpić w roli królika doświadczalnego i z pomocą eksperymentalnej techniki przeniknąć do umysłu Atsumi, aby dopomóc w przebudzeniu świadomości narzeczonej i przy okazji poznać motywy jej dramatycznego czynu. Okazuje się to nie takie łatwe. Uwięziona w podświadomości Atsumi nie opuszcza swojej pracowni, pogrąża się w pracy nad kolejną mangą. Być może odnalezienie rysunku z dzieciństwa przedstawiającego przedpotopowego gada, plejozaura pomoże powrócić Atsumi do realnego świata. Koichci rozpoczyna poszukiwania malunku, jednocześnie coraz częściej nawiedzają go zmaterializowane, makabryczne wizje postaci z pełnych grozy mang Atsumi. Czy to aby na pewno tylko efekt uboczny eksperymentalnej techniki?
Etykiety:
DUCHY
,
FANTASY
,
FILM AZJATYCKI
,
GROZA
,
HORROR
,
MELODRAMAT
,
MIŁOŚĆ
,
MYSTERY
,
ONIRYZM
,
RECENZJA
,
SCIENCE-FICTION
,
SPOŁECZEŃSTWO
,
ŚWIAT RÓWNOLEGŁY
,
THRILLER
,
ZEMSTA
piątek, 15 listopada 2013
ZAPISKI FESTIWALOWE x 2 - 7 FESTIWAL FILMOWY 5 SMAKÓW (Warszawa, 5-11 listopada, 2013)
Nic dwa razy się nie
zdarza. A jednak i w tym roku zostałem zaproszony wraz z osobą
towarzyszącą (konkretnie: z moją żoną) przez organizatorów
siódmej edycji Festiwalu Filmowego 5 Smaków. Rzecz jasna, nie tak
całkiem bezinteresownie, ponieważ poproszono mnie, abym wygłosił
dwie krótkie prelekcje związane z prezentowanymi azjatyckimi
filmami grozy. Jak większość ludzi, nie lubię przemawiać
publicznie, ale to niewielka „cena”, za możliwość
bezpośredniego uczestniczenia w święcie kina azjatyckiego. Co
prawda mój pobyt ze względów organizacyjno-finansowych ograniczony
został do kilku dni i kilku filmów, ale to i tak wiele, jeśli
weźmie się pod uwagę, że większość z pokazywanych na festiwalu
obrazów nigdy nie pojawi się w polskich kinach.
Etykiety:
ARTYKUŁ
,
DRAMAT
,
DUCHY
,
DZIECI
,
EKSPLOATACJA
,
FILM AZJATYCKI
,
GANGSTER
,
GROTESKA
,
HISTORIA
,
HORROR
,
KOMEDIA
,
KULTURA
,
MELODRAMAT
,
MIASTO
,
MIŁOŚĆ
,
przemoc
,
SPOŁECZEŃSTWO
środa, 6 listopada 2013
HANA AND ALICE (Hana to Arisu, Japonia, 2004)
Wo ai ni (kocham cię)
/cytat
z filmu/
O co chodzi?
Hana i Alice są
przyjaciółkami. Pewnego razu zauważają na peronie dwóch
chłopaków, wyglądających na braci. Dziewczyny spotykają ich
każdego dnia, gdy udają się do szkoły i zaczynają się nimi
coraz bardziej interesować. Zwłaszcza Hana, która zaczyna z
ukrycia fotografować jednego z nich i ulega fascynacji osobą
nieznajomego. Zapisuje się do kółka teatralnego tylko dlatego, że
„chłopak z peronu” również uczęszcza na zajęcia tego kółka.
Któregoś dnia Hana, śledząc nieznajomego spostrzega, że zajęty
czytaniem książki chłopak uderza głową o bramę garażu i na
krótką chwilę traci przytomność. Hana wykorzystuje okazję.
Wmawia mu, że cierpi na amnezję, że nazywa się Masashi Miyashita
i że jest w niej zakochany. Chłopak, rzeczywiście wszystkiego nie
może sobie przypomnieć, więc daję wiarę słowom dziewczyny.
Sytuacja się jednak komplikuje, gdy Masashi przez przypadek odkrywa
swoje zdjęcia na komputerze Hany. Dziewczyna jest zmuszona wplątać
w intrygę Alice, która ma udawać byłą dziewczynę chłopaka.
Masashi coraz częściej zaczyna spotykac się z Alice, a ta
niespodziewanie zakochuje się w chłopaku.
Etykiety:
DZIEWCZYNY
,
FILM AZJATYCKI
,
KOMEDIA
,
MELODRAMAT
,
MIŁOŚĆ
,
PIĘKNO
,
RECENZJA
,
ROMANS
,
SZKOŁA
piątek, 5 lipca 2013
DANGEROUS LIAISONS (Wi-heom-han gyan-gye, Chiny/Korea Płd/ Singapur, 2012)
O co chodzi?
Szanghaj 1931. Pan Xie Yifan i pani
Mo Jieyu - przedstawiciele miejscowej
elity i eks-kochankowie rywalizują ze sobą w bezlitosnej walce o władzę nad
ludźmi dla czystej przyjemności krzywdzenia i dominowania. Xie bez skrupułów
uwodzi kolejne nieszczęśliwie zakochane w nim kobiety, zupełnie nie przejmując
się opinią playboya i uwodziciela. Mo, chociaż uchodzi za osobę szanowaną,
manipuluje podstępnie osobami z jej otoczenia dla własnych celów. Pewnego razu
Mo proponuje Xie, aby uwiódł młodziutką córkę pani Zhu, Beibei, ten jednak woli
trudniejsze wyzwanie. Jego celem staje się uchodząca za wzór wszelkich
małżeńskich cnót, wdowa Du Fenyu. Mo i Xie zakładają się, że mężczyzn zdoła uwieść
wrażliwą kobietę: jeśli tego dokona w „nagrodę” będzie mógł wrócić do byłej
kochanki i mieć ją tylko dla siebie. Dość szybko okazuje się, że nie będzie to
proste zadanie. Fenyu odstrasza reputacja Xie: bawidamka i lekkoducha, a poza
tym wciąż żyje przeszłością i pragnie na zawsze pozostać wierna zmarłemu
mężowi. Mężczyzna jest nieustępliwy: stopniowo coraz bardziej osacza kobietę, jednak
zła „sława” utrudnia mu uwiedzenie Fenyu. Gdy na jaw wychodzi, iż to pani Zhu
rozgłasza oczerniające plotki o Xie,
utrudniające uwiedzenie wdowy, postanawia pomóc Mo w zemście na znienawidzonej
matce Beibei. Ale zaangażowanie Xie w uwiedzenie Fenyu staje się tak wielkie,
że mężczyzna niespodziewanie zakochuje się w swojej „ofierze”.
Etykiety:
DRAMAT
,
FILM AZJATYCKI
,
KOBIETA
,
KULTURA
,
MELODRAMAT
,
MIŁOŚĆ
,
PIĘKNO
,
RECENZJA
,
ROMANS
,
SPOŁECZEŃSTWO
piątek, 26 kwietnia 2013
A WORLD WITHOUT THIEVES (Tian xia wu zei, Chiny/Hongkong, 2004)
O co chodzi?
Wang Bo i Wang Li to para
oszustów i kochanków, która po ostatnim „przekręcie” ukrywa
się na bezdrożach Tybetu. Po drodze zatrzymują się w jednej z
buddyjskich świątyń, gdzie Wang Li niespodziewanie postanawia
zerwać ze złodziejskim rzemiosłem. Wkrótce bohaterka spotyka Sha
Gena, naiwnego, dobrodusznego wieśniaka, który przez pięć lat
pracy przy odnawianiu tybetańskich świątyń uzbierał pokaźną
kwotę 60 tys. yuanów. Ma nadzieję, że dzięki zarobionym
pieniądzom będzie mógł znaleźć żonę i wyprawić huczne
wesele. Torba z pokaźną sumą przyciąga wzrok Wang Bo, ale – jak
się wkrótce – nie tylko jego. Okazją do pozbawienia Sha Gena
jego dorobku staje się podróż pociągiem, w której biorą udział
bohaterowie oraz konkurencyjny gang wujka Li. Wang Li urzeczona
niezmąconą wiarą Sha Gena w dobroć ludzi za wszelką cenę stara
się ochronić chłopaka przed czyhającymi na zawartość jego torby
złodziejami. Splot nieoczekiwanych okoliczności sprawi, że
cyniczny Wang Bo z czasem stanie po stronie Wang Li i jego
„podopiecznego” Sha Gena. Ale podróż jest długa a złodzieje
cierpliwi...
Etykiety:
AKCJA
,
CHINY
,
FILM AZJATYCKI
,
KOMEDIA
,
MELODRAMAT
,
PIENIĄDZE
,
PODRÓŻ
,
RECENZJA
,
ROMANS
sobota, 22 grudnia 2012
CHRISTMAS IN AUGUST (Palwolui Christmas, Korea Płd, 1998)
O co chodzi?
Jung-won jest samotnym mężczyzną,
zbliżającym się do trzydziestki. Wraz z ojcem prowadzi mały zakład
fotograficzny, znajdujący się na przedmieściach Seulu. Pewnego razu składa mu
wizytę młoda dziewczyna imieniem Da-rim, która jest funkcjonariuszką straży
miejskiej i zajmuje się przede wszystkim wypisywaniem mandatów za parkowanie w
niedozwolonych miejscach. Dziewczyna pojawia się u Jung-wona w związku ze swoją
pracę: potrzebuje pilnie wywołać zdjęcia samochód, parkujących w zakazanych
miejscach. To przypadkowe spotkanie staje się początkiem zażyłej znajomości,
która niespodziewanie przemienia się we wzajemne uczucie miłości. Jung-won
ukrywa jednak przed Da-rim pewną smutną tajemnicę: jest śmiertelnie chory.
Świąteczny film o umieraniu
Już za kilka dni Święta Bożego
Narodzenia – wyjątkowy okres w rocznym kalendarzu niezależnie od wyznawanej
religii. Rodzinne spotkania, Wigilia, prezenty, radość i pogoda ducha a w
telewizji po raz enty przygody Kevinasamegowdomu. Świąteczna atmosfera unosi
się w powietrzu i jest tak gęsta, że niektórzy mają jej serdecznie dosyć
zwłaszcza, gdy codzienność daleka jest od świętowania. Ale może właśnie dlatego
nie ma co walczyć z pewną sztucznością narzuconą przez ten Bożenarodzeniowy
okres i po prostu trzeba się jej poddać? I ja się poddaję, starając się każdego
roku przygotować coś szczególnego na mój blog. Tym razem postanowiłem sięgnąć po
film, którego tytuł sugeruje związek z czasem Świąt, a który jest tytułem
perfidnie mylącym. Koreański „Christmas in Augst” w reżyserii Hur Jin-ho nie
tylko nie ma za tło akcji okres świąt Bożego Narodzenia, ale na domiar złego
opowiada o … umieraniu. Nie, nie robię sobie żartów. Dlaczego zatem właśnie ten
film? Ponieważ to jeden z najbardziej pogodnych, radosnych obrazów o żegnaniu
się z życiem. Tak, w „Christmas in Augst” umieranie ukazane jest jak spokojne,
mądre żegnanie się z doczesnością, bez krzyków bólu, bez rozpaczy, bez
dramatycznego, kurczowego chwytania się resztek gasnącego życia. Pomyślałem sobie,
że właśnie w tym szczególnym, świątecznym okresie warto polecić film, który
choć porusza ważkie problemy, jest obrazem wyjątkowo ciepłym i radosnym, ale
zarazem nie są to uczucia pachnące plastikiem i nieświeżym odgrzewanym daniem
sobota, 20 października 2012
CHOCOLATE (Tajlandia, 2008)
O co chodzi?
Masashi i Zin bardzo się kochają.
On jest yakuzą, ona dziewczyną szefa miejscowego gangu, który nie zwykł oddawać
swojej własności. Kochankowie skazani są więc na rozłąkę, jeśli chcą zachować
życie. Masashi wraca zatem do Japonii, zaś Zin samotnie zajmuje się wychowywaniem ich dziecka – Zen. Zen urodziła się jako
autystyczna dziewczynka: nie potrafiła chodzić ani mówić. Jednak wraz z wiekiem
coraz bardziej jej uwagę zaczęła przykuwać grupa młodych adeptów boksu tajskiego,
trenująca w pobliżu jej domu oraz filmy z mistrzami sztuk walki. Zen zaczęła ich
naśladować. Wkrótce okazało się, że posiada nieprzeciętny talent w tym
kierunku. Tymczasem matka dziewczynki ciężko zachorowała. Leczenie pochłaniało
olbrzymie pieniądze. Aby pomóc Zen jej córka oraz przygarnięty przez nich,
chłopak Moon, postanowili pomóc chorej kobiecie. Przez przypadek odkryli
dziennik Zin, w którym kobieta zapisywała swoich dłużników. Moon i Zen ruszają
zatem by pościągać dawne długi, a ponieważ żaden z zadłużonych nie ma zamiaru
dobrowolnie oddawać pieniędzy, do akcji wkracza Zen. Okazuje się być
niezrównaną mistrzynią sztuk walki. Jej sława dociera w końcu do byłego szefa
Zin, wciąż pałającego żądzą zemsty za zdradę, której dopuściła się matka Zen.
sobota, 29 września 2012
MILLENNIUM ACTRESS (Sennen joyû, Japonia, 2001)
O co chodzi?
Chiyoko
Fujiwara, była niegdyś wielką gwiazdą dużego ekranu, najsłynniejszą aktorką
studia Ginhei, nagradzaną i uwielbianą przez rzesze Japończyków. A dziś? Dziś
jest samotną siedemdziesięcioletnią staruszką, mieszkającą na uboczu wartkiego
współczesnego życia, za przyjaciół mając kwiaty w pięknym ogrodzie. Ale nie
wszyscy o niej zapomnieli. Genya Tachibana, pan w średnim wieku i z niemałym
brzuszkiem, jest szefem małego, bo dwuosobowego, studia filmowego. Jest też
wciąż wielkim fanem Chiyoko, i co więcej ma argument, któremu aktorka - od
trzydziestu lat, odmawiająca zgody na wywiad - ulega. Genya ma bowiem mały
kluczyk, który zapomniana gwiazda zgubiła, a który stanowi dla niej bezcenną
wartość. W końcu dochodzi do spotkania. Chiyoko podejmuje gości częstując ich
ziołową herbatką swojego sumptu a Genya wręcza zagubiony kluczyk. I tak słynna
aktorka rozpoczyna sentymentalną podróż od początków swojej kariery.
Podróż nie tylko sentymentalna
Satoshi
Kon zaczynał jako uczeń Katsuhiro Otomo, twórcy legendarnego „Akiry”,
terminując u swego idola przy realizacji „Magnetic Rose”, jednej z nowel
wchodzących w skład projektu „Memories”. Dziś, o urodzonym w 1963 r. Konie,
choć ma w reżyserskim dorobku zaledwie cztery pełnometrażowe filmy, mówi się
bez emfazy, że przerósł swego mistrza. Byl jednym z najczęściej nagradzanych
twórców anime ostatnich lat,
kolekcjonując nagrody z najbardziej prestiżowych festiwali, z Wenecji,
Fanatasporto, czy Stiges. „Millennium Actress’, drugi w karierze film twórcy
„Papriki” przynosi odpowiedź na pytanie: czy nazwisko Kona stało się jedynie
modne i dlatego tak hojnie nagradzane, czy twórca był po prostu wybitnym artystą?
Etykiety:
ANIME
,
FILM AZJATYCKI
,
HISTORIA
,
JAPONIA
,
KULTURA
,
MELODRAMAT
,
MIŁOŚĆ
,
ONIRYZM
,
RECENZJA
czwartek, 31 maja 2012
THE FLOWERS OF WAR (Jin líng shí san chai, Chiny/Hongkong, 2011)
Gdy bohaterowie muszą przetrwać w obliczu trudności, wówczas objawia się znaczenie życia.
/Zhang Yimou, reżyser/
O co chodzi?
Początek grudnia 1937 r., II
wojna japońsko-chińska. Nankin ówczesna stolica Chin zostaje zdobyta przez
Armię Cesarstwa Kraju Wschodzącego Słońca, która w okupowanym mieście wprowadza
terror na niespotykaną skalę. Mnożą się masowe egzekucje jeńców, okrutne mordy
na cywilach, chińskie kobiety, niezależnie od wieku, są brutalnie gwałcone i
przeważnie zabijane. Tętniące życiem miasto, ponad milionowe Nankin, zamienia
się w piekło na ziemi. Jedynym miejscem, którego wojenny koszmar zdaje się nie
ogarniać, jest gotycka katedra. W jej przestronnym wnętrzu schronienie znajduje
grupa dziewcząt ze szkoły katolickiej oraz opiekujący się nimi George,
adoptowany syn zamordowanego proboszcza. Wkrótce za uczennicami przebywa także
Amerykanin, John Miller, były przedsiębiorca pogrzebowy, a obecnie włóczęga i
pijak. Sytuacja znajdujących się w
katedrze uciekinierów ulega diametralnej zmianie, gdy nieoczekiwanie dołącza do
nich grupa prostytutek z dzielnicy „czerwonych latarń” pod przywództwem pięknej
i uwodzicielskiej Yu Mo. Z obecności pod jednym dachem pań lekkich obyczajów
uczennice nie są zadowolone, co przeradza się w otwarty konflikt miedzy nimi.
John jest natomiast zadowolony o wiele bardziej, ale Yu Mo stawia sprawę jasno:
jeśli umożliwi ucieczkę jej oraz koleżankom zostanie „wynagrodzony” przez
dziewczyny. Jednakże, gdy pewnego dnia oddział japońskich żołnierzy wpada do
katedry, omal nie doprowadzając do masowej tragedii wśród bezbronnych uczennic,
wszystkie konflikty stają się nieistotne. W obliczu grozy wojny człowieczeństwo
bohaterów filmu zostanie poddane ciężkiej próbie.
Etykiety:
DRAMAT
,
FILM AZJATYCKI
,
GROZA
,
GWAŁT
,
HISTORIA
,
KOBIETA
,
MELODRAMAT
,
RECENZJA
,
WOJNA
czwartek, 31 marca 2011
MY MOTHER MERMAID (Ineo gongju, Korea Płd, 2004)
Moja matka syreną”? Hmm...powiedzmy sobie szczerze, tytuł nie brzmi zachęcająco. Ale pozory mylą. Obraz Park Heung-sika jest bowiem całkiem udanym, choć z pewnością nie rewelacyjnym, filmem. Najbardziej udały się dwie rzeczy: umiar w wywoływaniu wzruszenia i aktorskie kreacje. Wzruszyć nie jest trudno, a Koreańczycy mają na to swój patent - miłość, na drodze, której staje nieuleczalna, najczęściej śmiertelna choroba. W „My Mother, Mermaid” jeden z bohaterów zapada na taką właśnie śmiertelną przypadłość, lecz choroba w filmie jest na drugim planie, nie stanowi osi dramatycznych wydarzeń, lecz jedynie dopełnia portret bohatera i jego rodziny. Co więcej wydaje się, że groźniejsza od nieuleczalnego schorzenia ciała, jest choroba serca, w którym wypaliło się dawne, gorące i piękne uczucie miłości.
Gasnąca miłość
Park, za co mu chwała, nie wzrusza więc śmiertelną chorobą, ale czym innym - prostotą i umiarem. Pięknie te cechy „My Mother Mermaid” dostrzec można w najobszerniejszym wątku miłości Yeon-soon i Jin-guka, rodziców głównej bohaterki, Na-young. O miłości twórcy filmu opowiadają bowiem w serii zabawnych, uroczych rodzajowych scenek. Świetnym pomysłem okazało się uczynienie lekcji, której z własnej woli udziela niepiśmiennej Yeoon-soon, Jin-guk, sposobem na wyrażanie wzajemnych uczuć. Dziewczyna przez postępy w nauce odwdzięcza się nie tylko za pomoc, ale daje równiez do zrozumienia, jak bardzo zależy jej na nauczycielu. Jin-guk kupując zeszyty i przybory do pisania, dyktując swej uczennicy zdania w rodzaju „Panienka Jo jest miła i ładna” odwzajemnia miłość Yeon-soon. W ich związku nie ma miejsca na dramatyczne wydarzenia, choć w końcu będą musieli się rozstać, a zrozpaczona bohaterka, w geście protestu, omal się nie utopi, to jednak wydarzeniom tym nie towarzyszy patos czy sentymentalizm.
środa, 12 stycznia 2011
A MOMENT TO REMEMBER (Nae meorisokui jiwoogae, Korea Płd, 2004)
Pamiętasz wszystko...
wiem, że pamiętasz
na wieczność całą...
Ja też pamiętam!
A tak się boję, że czas nastanie
kiedy zapomnę...
/Icchak Kacenelson, żydowski poeta i dramaturg /
O co chodzi?
Su-jin jest młodą, atrakcyjną kobietą, która rozpacza po zerwaniu znajomości z żonatym mężczyzną. Niespodziewanie w jej życiu pojawia się przystojny stolarz, kształcący się na architekta, Cheol-su. Młodzi zakochują się w sobie, pobierają się i zamieszkują razem. Nieoczekiwanie na szczęśliwym życiu Cheol-su i Su-jin cieniem kładzie się przerażające odkrycie. Dziewczyna, mimo młodego wieku, zapadła na chorobę Alzheimera. Choroba jest nieuleczalna i w szybkim tempie postępuje. Su-jin traci pamięć, zapomina drogi do domu, nie wiem jak skorzystać z komórki, w końcu zaczyna zapominać Cheol-su i siebie.
Perfekcyjny melodramat
„A Moment to Remember” w reżyserii Johna H. Lee (Lee Jae-hana) to melodramat perfekcyjny. Dlaczego? Żeby udzielić odpowiedzi na to pytanie trzeba wpierw odpowiedzieć na inne pytania: czym jest melodramat i w jaki sposób z jego konwencją obchodzi się reżyser recenzowanego filmu. Melodramat to jeden z najstarszych gatunków filmowych, wywodzący się z tradycji literackiej i teatralnej (XVIII w. Włochy, Francja). Charakteryzuje się daleko posuniętym skonwencjonalizowaniem, a jego głównym celem jest wywoływanie emocji – wzruszenia. Dlatego też filmy realizowane w tym gatunku odznaczają się atrakcyjną fabułą, wyjątkowymi bohaterami (zazwyczaj młodymi i pięknymi), patosem, sentymentalizmem, gotowymi schematami (np. motyw przypadkowego spotkania i miłości od pierwszego wejrzenia, zawód miłosny, niespodziewanie odwrócenie sytuacji, cudowne ocalenie oraz bardzo często nieszczęśliwe zakończenie). Najważniejszą cechą melodramatu jest temat, który podejmuje, czyli czysta i wieczna miłość, łącząca parę bohaterów oraz Przeznaczenie, zły Los (przeważnie nieuleczalna choroba), która staje na drodze szczęścia bohaterów.
Każdy kto widział „A Moment to Remember” z łatwością odniesie poczynione uwagi, dotyczące gatunku melodramatu, do koreańskiego filmu. Tematem obrazu Lee jest miłość niemożliwa, bohaterowie są atrakcyjni, przypadek sprawił że się pokochali (wpadli na siebie w drzwiach całodobowego sklepu), na przeszkodzie ich pięknego, czystego uczucia staje śmiertelna choroba, czyli Przeznaczenie, Zły Los. Obraz Lee na pozór nie różni się od innych, taśmowo produkowanych wyciskaczy łez, ale nie bez powodu umieściłem „A Moment to Remember” w dziesiątce filmów minionej dekady. Ponieważ nie jest istotna konwencja, ale sposób w jaki reżyser, z niej korzysta oraz szczerość wywoływanych przez film emocji. W tym względzie Lee okazuje się być mistrzem manipulacji. Bo czy tego chcemy czy nie emocjonalna manipulacja wpisana jest w istotę melodramatu (ale nie tylko, bo co powiedzieć o horrorze?). Rzecz w tym by widz nie zdawał sobie sprawy, że ktoś steruje jego wzruszeniem, a już na pewno by nie czuł się emocjonalnie szantażowany. Twórca „A Moment to Remember” jest jednak profesjonalistą i oglądając jego film, dopiero przy ponowny seansie, uświadamiamy sobie jak subtelnie kierował naszymi emocjami.
Lee manipuluje na różne sposoby naszymi odczuciami. Począwszy od wyboru młodych, fizycznie atrakcyjnych i budzących sympatię aktorów w rolach głównych, przez naznaczenie bohaterów różnego rodzaju stygmatami cierpienia (Cheol-su miał nieszczęśliwe dzieciństwo, a Su-jin cierpi na chorobę Alzheimera) aż w końcu po specyficzny sposób filmowania. Z jednej strony twórcy akcentują piękno przyrody, eksponują zbliżenia roześmianych twarzy protagonistów, wprowadzają momenty humorystyczne, eksponują wzajemną miłość i poświecenie bohaterów oraz znaczenie rodziny w życiu itp. Z drugiej zaś, jakby mimochodem, zagęszczają akcję coraz większą liczbą coraz intensywniej objawiających się symptomów choroby Su-jin. Zresztą sceny, w których z sielskiego życia bohaterów wyzierają niepokojące sygnały nadciągającego nieszczęścia (np. garść długopisów, które bohaterka nosi w torebce, ponieważ ciągle je gubi, jej przejęzyczenia, zapominanie słów itp.) są najlepsze w filmie. Choroba Alzheimera, która nabiera na sile i zaczyna niszczyć Su-jin i jej miłość do Cheol-su jest najwyrazistszym przykładem manipulacji emocjami widzów. Schorzenie, na które zapada bohaterka w rzeczywistości tylko w 1% zachorowań przytrafia się osobom poniżej 65 roku życia. W filmie natomiast zapada na nią nie tylko bardzo młoda osoba, ale na dodatek piękną, sympatyczna i kochana ( i którą gra Son Ye-jin, co właściwie wystarczy za wszystkie te określenia). Choroba przytrafia się w jej najszczęśliwszy momencie życia i na dodatek rozwija się z prędkością przesuwającej się taśmy filmowej. Ale „A Moment to Remember” to nie reportaż z życia, ale melodramat Ważne jak te różnego rodzaju uproszczenia, zakłamania i manipulacje wpływają na odbiór filmu. A w tym przypadku film ogląda się znakomicie. Wzruszenie, nawet jeśli reżyser na różne sposoby nim steruje, jest autentyczne i osiąga kulminacje w bardzo dobrym (choć dla niektórych pewnie niemiłosiernie ckliwym) finale.
Ale na wartość obrazu Lee wpływa nie tylko perfekcyjne korzystanie z konwencji melodramatu, wyczucie w manipulowaniu emocjami widzów oraz inteligentne, nie nachalne prowadzenie wątku narastającej grozy nieuleczalnej choroby. Bowiem „A Moment to Remember” to opowieść nie tylko o miłości niemożliwej. To także, a może nawet przede wszystkim, opowieść o ludzkiej pamięci bez, której człowiek po prostu umiera.
Czy mnie jeszcze pamiętasz ?
Film Lee znacznie zyskuje, gdy rozpatrywać go jako przypowieść o ludzkiej pamięci. Pamięć to nie tylko zdolność do rejestrowania i ponownego przywoływania wrażeń zmysłowych, skojarzeń czy informacji. Pamięć człowieka to jego rodzina, bliscy, przyjaciele znajomi, jego przeszłość, wspomnienia, dziedzictwo, całe życie. Wątek utraty pamięci przez Su-jin jest najbardziej dramatyczny i przejmujący w filmie. I pal licho, że mało prawdopodobny albo nawet w ogóle niemożliwy w życiu, skoro w sugestywny i efektowny sposób ukazuje wagę pamięci. Wątek ten jest udanie wpisany w konwencję melodramatu i stawia przede widzem niegłupie pytanie: czy zapomnimy, tego kogo kochamy? Czy jesteśmy w stanie ocalić miłość od zapomnienia?
Hiszpański pisarz Carlos Ruíz Zafón w powieści „Cień wiatru” napisał: „Istniejemy, póki ktoś o nas pamięta.” W kontekście filmu to optymistyczna myśl. Choć Su-jin coraz bardziej zapomina kim jest jej ukochany a nawet zapomina kim sama jest, ona nigdy nie zostanie zapomniana przez Cheol-su i na pewno przez rodzinę. Pamięć unieśmiertelnia ludzi, oni – nawet jeśli nie ma ich wśród nas – żyją we wspomnieniach innych. To dlatego na Dalekim Wschodzie przywiązuje się taką wagę do troski o przodków, o to, by kolejne pokolenia czcili ich pamięć. Istniejemy, póki ktoś o nas pamięta – po prostu.
…i słówko o Son Ye-jin
Nie sposób, recenzując „A Moment To Remember” nie wspomnieć o Son Ye-jin w głównej roli kobiecej. Co można napisać o aktorce, która uwielbia się nawet, gdyby przez cały czas stała w filmie jak kołek i gapiła się przed siebie? Rola w filmie Lee stała się przełomem dla aktorskiej kariery Son i uczyniła z niej gwiazdę. Po ponownym seansie (za pierwszym razem było się trudno skupić na czymś innym niż na zjawiskowym pięknie aktorki) z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że stało się to nie za sprawą niewątpliwego wdzięku i urody Son. Koreańska gwiazda w roli Su-jin jest autentyczna, w pełni wiarygodna i z wielką klasą odtwarza swoją tragiczną postać. Gra bardzo oszczędnie, nie nadużywa typowej dla ról heroin melodramatycznej maniery, jest bardzo naturalna i zdobywa sympatię widza od pierwszego kadru, w którym się pojawia. Czy można od aktora/aktorki oczekiwać czegoś więcej?
MOJA OCENA: 7,8/10
REALIZACJA | FABUŁA | DRUGIE DNO |
Powiedzmy wprost – „A Moment To Remember” to konfekcja. Ale konfekcja perfekcyjna i na najwyższym poziomie | On kocha ją a ona coraz bardziej zapomina, że też go kocha. Uszlachetniony melodramat na miejsce w „10 dekady”. | A jednak jest drugie dno. Film o miłości niemożliwej, ale także o wadze ludzkiej pamięci. |
poniedziałek, 14 czerwca 2010
THE ROAD HOME (Wo de fu qin mu qin, Chiny, 1999)
Wedle pradawnego chińskiego zwyczaju zmarłego poza domem członka rodziny należy pieszo przenieść do domu, by ten odchodząc w zaświaty nie zapomniał drogi do domu. Zadośćuczynieniu tej tradycji domaga Zhao Di, wdowa po wiejskim nauczycielu Luo Changyu. Jest jednak problem - zagubioną gdzieś w górach wioskę opuścili wszyscy młodzi, a do pokonania jest spory kawał drogi. Sołtys proponuje transport traktorem, ale wdowa upiera się przy swoim. Nawet przybyły na wieść o śmierci ojca syn Yusheng nie jest w stanie przekonać matki. Jej upór nie jest kaprysem, ale wyrazem głębokiej miłości, która swój początek wzięła "dawno temu". To nieokreślone, mityczne "dawno temu", ukazane w obszernej retrospekcji, jest nostalgiczną wędrówką do "raju utraconego", czasów, gdy matka Yushenga była młodziutką śliczną dziewczyną a jego ojciec przybyłym z miasta wiejskim nauczycielem witanym przez całą wioskę. Perypetie bohaterów, którzy nie od razu mogą połączyć swoje losy, choć bardzo tego pragną, Zhang Yimou, znany z niebywałej dbałości o estetyczny kształt swego dzieła, przemienia w liryczną malarską opowieść. W przeciwieństwie do współczesnych czarno-białych ram - sfilmowanej w blasku kolorów, zwłaszcza złotych żółci i ulubionej barwy Yimou - czerwieni.
Czerwień jest ważnym i często eksponowanym kolorem w filmie. Czerwona wstęga wyhaftowana przez Di, przynosząca szczęście, którą budowniczowie szkoły owinęli wokół krokwi, czerwona kurtka dziewczyny ulubiona przez nauczyciela Luo, czerwona spinka do włosów, którą Di otrzymała od niego w prezencie - czerwień jest symbolem miłości. A miłość pokazuje Yimou przez, często zabawne, ale i wzruszające starania nieśmiałej Di, specjalnie nabierającej wody z oddalonej studni, by móc przejść obok szkoły i posłuchać donośnego pięknego głosu Luo dobiegającego z budynku. Jedną z najbardziej dramatycznych scen jest ta, w której Di próbuje rozpaczliwe dogonić odjeżdżającego do miasta Luo i biegnąc z miską grzybowych pierogów (ulubionej potrawy mężczyzny) potyka się i rozbija miskę. Miłość realizuje się bowiem nie przez szumne deklaracje czy patetyczne gesty, ale przez drobne podarunki, nieśmiałe gesty, ulotne spojrzenia. Yimou, ilustrując tę subtelną grę uczuć impresyjną fotografią na tle falujących łanów zbóż osiąga poezję. Ale poezję od kiczu dzieli cienka granica, którą mniej zdolny reżyser dawno by przekroczył. Chiński twórca nie boi się opowiadać prostych, wręcz ckliwych historyjek, nie wystrzega się przy tym obrazków w rodzaju falujących łanów zbóż, czy tak daleko ingerujących w percepcję widzów środków, jak zwolnione zdjęcia, bo jest stylistycznym ekwilibrystą najwyższej klasy.
"Droga do domu" ("The Road Home") jest też kolejnym w dorobku Yimou "filmem heroicznym". Znów mamy do czynienia z bohaterką, pełną poświęcenia i determinacji, tym razem w walce o miłość Luo, a gdy w końcu ją zdobędzie - w walce z przeciwnościami losu, który próbuje odebrać jej ukochanego. Los co prawda nie rzuca tak wielkich kłód pod nogi bohaterce filmu, jak ma to miejsce w innych dziełach chińskiego twórcy, niemniej Di będzie musiała się zmierzyć i z chorobą i z długoletnią rozłąką spowodowaną bliżej niesprecyzowanymi "politycznymi względami" i z najgorszym - utratą nadziei. Przetrwa wszystkie burze i w końcu czekając o bladym świcie w czerwonej kurteczce dostrzeże na horyzoncie swego ukochanego.
Ważnym elementem filmów twórcy "Czerwonego sorga" jest polityka, a przynajmniej społeczny kontekst. W "Drodze do domu" potraktowany został on dość oględnie z czego wielu krytyków uczyniło zarzut. Trudno się z tym zgodzić, bo choć problematyka społeczna interesuje reżysera tym razem najmniej, to jednak nie zabrakło w nim, mimochodem umieszczonego społecznego komentarza. Do rodzinnej wioski, Yusheng przybywa japońskim jeepem, choć droga jest piaszczysta a osada wyludniona z młodzieży, która wyjechała szukać szczęścia w mieście. Miasto stanowi, zresztą, dla wiejskiej społeczności odległy egzotyczny ląd, niemal inną rzeczywistość. Gdy po wiosce rozchodzi się wieść, że Luo przyjechał z miasta, wszyscy biegną na jego przywitanie by uczestniczyć w tym niezwykłym wydarzeniu. Widz jednak dostaje wyraźną sugestię: "spójrzcie jaka przepaść dzieli miasto od wsi". To tylko kilka przykładów, jak umiejętnie można wpisać w konwencję melodramatu ważny komentarz do społecznych uwarunkowań chińskiej rzeczywistości. To co jednak nieco psuje wrażenie obcowania z dziełem wybitnym to niedostateczna moc dramatyzmu, będąca konsekwencją zbyt chyba sztywnego trzymania się melodramatycznego schematu. Choć los nie oszczędza bohaterów, to nie drżymy o nich, dobrze wiemy, że w ostateczności ocali ich happy end.
Na koniec wypada kilka słów poświęcić odtwarzającej postać młodej Di, debiutującej na dużym ekranie - Ziyi Zhang. Niedoszła prima balerina, która wybrała jednak aktorską karierę uczyniła swoją bohaterkę, dzięki wielkiemu talentowi i zniewalającej urodzie, istotę niemal magiczną, idealnie tym samym wpisującą się w nostalgiczny, niezupełnie realny charakter opowieści. Warto zauważyć, że chińska aktorka, a dziś gwiazda światowego formatu, oczarowała nie tylko filmowego Luo, ale także samego reżysera. Zagrała u niego w dwóch kolejnych filmach, stając się jego muzą i towarzyszką życia, wypełniając tym samy puste miejsce u jego boku po Gong Li., innej wielkiej divie nie tylko chińskiego kina, z którą reżyser rozstał się w 1995 r.. Cóż... pozazdrościć tylko Yimou życiowych partnerek...
OCENA: 8/10
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)
















