Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MIASTO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MIASTO. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 grudnia 2014

J-HORROR: TRADYCJA I NOWOCZESNOŚĆ NA PRZYKŁADZIE „THE RING-KRĄG”, CZ. II





J-Horror i (po)nowoczesność

Jak już wspominałem esencją omawianego nurtu jest współistnienie tradycji i współczesności. Współczesność w J-Horrorze wyraża się na dwa sposoby: przez zewnętrzne oznaki jej obecności (czas, miejsce, bohaterowie), jak też przez pewną wizję świata przedstawionego. Przyjrzę się uważnie, każdemu z tych dwóch aspektów występowania współczesności.

środa, 22 października 2014

"AKIRA": KONTEKSTY, ALUZJE, NAWIĄZANIA




Lata osiemdziesiąte uważa się powszechnie za „złoty okres” japońskiej anime. To w tym czasie wybitną karierę rozpoczął Hayao Miyazaki („Nausicaä z Doliny Wiatru”, 1984),  pierwsze sukcesy odnosił Mamoru Ishii („Jajo węża”, 1985) oraz Yoshiaki Kawajiri („Wicked City”,1987), a Isao Takahata zrealizował jedną z najpiękniejszych anime w historii - „Grobowiec świetlików” (1988). Ukoronowaniem tego okresu wyjątkowej świetności japońskiej animacji stał się pochodzący z 1988 r. obraz Katsuhiro Otomo, „Akira”. Jedno z największych osiągnięć światowego filmu animowanego, którego klasę docenili i wciąż doceniają zarówno krytycy, jak i widzowie na całym świecie. Nie bez przyczyny.

Gdy w 1993 r. japoński socjolog i krytyk, Toshiya Ueno odwiedził zniszczone wskutek działań wojennych Sarajewo na jednym z podziurawionych od kul snajperów murów zobaczył trzy malunki. Jeden przedstawiał Mao Tse Tunga z uszami Myszki Miki, drugi – hasło związane z walką Indian Chiapas, a trzeci kadr z „Akiry”, ukazujący Kanedę, spoglądającego w niebo, który wypowiada słowa: „Zaczęło się...” Anegdota ta w czytelny sposób wskazuje na największą wartość dzieła Otomo, a także na przyczynę powszechnego uznania jakim się cieszy. To jego uniwersalny charakter, który czyni historię niejakiego Tetsuo bliską zarówno Japończykom, Amerykanom, jak też nawet Bośniakom z Sarajewa.

sobota, 10 maja 2014

SEVENTH CODE (Sebunsu kôdo, Japonia, 2013)

 


Seventh Code (2013) on IMDb
MOJA OCENA: 7/10

O co chodzi?

Akiko przybywa do Władywastoku, w Rosji. Tam bowiem zatrzymał się przystojny biznesmen Matsunaga, z którym kiedyś raz się spotkała i które to spotkanie odmieniło jej życie. Wygląda na to, że Akiko zakochała się w mężczyźnie, lecz Matsunaga ledwo sobie przypomina dziewczynę i nie jest zainteresowany dalszą znajomością. Akiko jednak nie ma zamiaru pozostawić Matsunagi w spokoju i ciągnąc za sobą wielką walizkę podąża za mężczyzną. Nie zraża się nawet towarzystwem rosyjskiej mafii, z którą Matsunaga prowadzi szemrane interesy. Natrętność Akiko w końcu wywołuje reakcję mafiosów, którzy zarzucają dziewczynie worek na głowę i wywożą za miasto. Pozbawiona bagażu i pieniędzy znajduje zatrudnienie w japońskiej knajpce we Władywastoku prowadzonej przez Saito. Nie rezygnuje jednak ze znalezienia Matsunagi i co więcej wciąga Saito w jego śledzenie. Tymczasem okazuje się, że interesy, które prowadzi jej ukochany są wyjątkowe niebezpieczne: dotyczą przemytu elektronicznych urządzeń znajdujących się na wyposażeniu bomby atomowej. Wkrótce poleje się krew.

sobota, 4 stycznia 2014

THE MAN FROM NOWHERE (Ajeossi, Korea Płd, 2010)



The Man from Nowhere (2010) on IMDb

O co chodzi?

Cha Tae-sik jest samotnym, małomównym mężczyzną, który prowadzi mały lombard w dzielnicy ciszącej się złą sławą. Niewiele o nim wiadomo poza tym, że skrywa mroczny sekret związany z ze swoją przeszłością i że stara się unikać ludzi. Jedyną osobą, która dotrzymuje mu towarzystwa, jest gadatliwa, ale pełna dziecięcego uroku dziesięcioletnia So-mi, córka sąsiadki - tancerki z nocnych klubów i narkomanki. Zaniedbywana przez matkę, samotna jak Tae-sik, dziewczynka bywa częstym gościem u właściciela lombardu, który opiekuje się So-mi. Gdy matka małej kradnie sporą narkotyki, należące do bezlitosnego gangu handlarzy narkotyków, dorabiających także na handlu ludzkimi organami, ściąga na siebie i na córkę poważne kłopoty. Kobieta zostaje w bestialski sposób zamordowana a So-mi porwana. Tae-sik, dla którego dziewczynka była jedyną bliską osobą, choć ścigany przez stróżów prawa niesłusznie podejrzewających go o zbrodnie, wypowiada prywatną wojnę bandytom, którzy zabili matkę So-mi i porwali dziewczynkę.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

APOKALIPSA SAMOTNOŚCI - PULSE Kiyoshiego Kurosawy ( Cz.II )





Tak naprawdę duchy i ludzie są tacy sami, nie ważne czy są martwi czy żywi.
/cytat z filmu /

  
Film Kurosawy zaliczany jest nieco na wyrost do techno-horrorów spod znaku „The Ring-Krąg” Hideo Nakaty, czy też „Nieodebranego połączenia” Takashiego Miike. Przypomnijmy, że w wymienionych filmach istoty nadprzyrodzone wykorzystywały technologię (telewizor, kasetę wideo, telefon komórkowy) jako sposób na ingerencję w świat materialny a także jako narzędzie zemsty.  W „Pulsie” komputer jest co prawda wykorzystywany przez duchy w formie „bramy” umożliwiającej im przedostanie się do wymiaru ziemskiego, lecz żaden z nich nie pragnie się mścić. Ich obecność generuje kilka niesamowitych, przerażających scen - to prawda.  White określa „Puls” nawet mianem najstraszniejszego horroru w dorobku Kurosawy (1) a David Kalat, autor monografii poświęconej zjawisku J-horroru, w humorystycznym tonie stwierdza: „Obejrzysz raz a już nigdy nie będziesz w stanie spojrzeć na zwykłą tłustą plamę nie doznawszy koszmarów”(2) (aluzja do plam pozostawianych na ścianach przez zmarłych bohaterów). Lecz mimo obecności duchów i grozy, „Puls” nie jest techno-horrorem w znaczeniu jaki można by przepisać obrazom Nakaty, Miike, czy wielu innych reżyserów. Autorzy „The Midnight Eye Guide to New Japanese Cinema” słusznie podkreślają, że Kurosawa „nie karmi” widzów strachem przed technologią, lecz wskazuje na niebezpieczny kierunek, w którym ona zmierza, negatywnie wpływając na jednostkę i społeczeństwo(3).

niedziela, 22 grudnia 2013

APOKALIPSA SAMOTNOŚCI - PULSE Kiyoshiego Kurosawy ( Cz. I.)



(…) choć może i żyjemy w obszarach fizycznie zatłoczonych, egzystencjalnie często znajdujemy się samotni i zagubieni w pustej przestrzeni.

/Kiyoshi Kurosawa, wywiad dla 
„Outlaw of Masters Japanese Cinema” Chris D./



Samotny statek wtopiony w bezkres morza. Oto jedno z pierwszych ujęć, otwierające jeden z najbardziej niezwykłych filmów grozy w dziejach gatunku - „Puls” (2001) Kiyoshiego Kurosawy. Sfilmowane z helikoptera, z ogromnej wysokości ujęcie towarowego statku przemierzającego pustkę oceanu w nieznanym celu i kierunku jest obrazem-mottem historii przedstawionej w filmie japońskiego reżysera. Ujęcie otoczonego przez ogrom wody statku konotuje bowiem skojarzenia z z zagubieniem, osamotnieniem, pustką – które w późniejszej narracji stanowić będą dominujące motywy, znajdując niezwykle przejmujące i wnikliwe rozwinięcie zarówno na poziomie fabuły, jak też specyficznego stylu. Warto jednak zaznaczyć na początku, że postrzeganie „Pulsu” jedynie przez temat wyobcowania, zaniku międzyludzkich relacji, czy też niemożność porozumienia, jest mimo wszystko zubożeniem głębi obrazu twórcy „Kuracji” (1997). Niemniej w tej analizie to właśnie na problematyce wielkiejmiejskiej samotności i alienującej roli technologii w życiu mieszkańców wielkich metropolii skupię swą uwagę. Wybieram tę tematykę w bogatym w poruszane kwestie filmie Japończyka, także z tej przyczyny, że to właśnie ona czyni obraz Kurosawy czymś więcej niż jeszcze jedną opowiastką o duchach w J-horrorowym stylu. Smutek „Pulsu” nie przybiera formy przygnębienia, jak w innych zanalizowanych przeze mnie w dziale „Kino boli” filmach, ale wydaje się, że choć jest mniej dobitny, to drąży równie głęboko a może nawet głębiej. Opowiada o doświadczeniu samotności, które w mniejszym lub większym stopniu jest udziałem każdego z nas.

sobota, 14 grudnia 2013

ANGEL DUST (Enjeru dasuto, Japonia, 1994)



Angel Dust (1994) on IMDb

O co chodzi?

W każdy poniedziałek punktualnie o godzinie 18.00 w tokijskim metrze popełniane są morderstwa. Nieuchwytny zabójca, wykorzystując tłum podróżnych, wstrzykuje młodym kobietom śmiertelną truciznę. Do sprawy seryjnego zabójcy skierowana zostaje doktor psychologii Setsuko Suma, specjalistka w zakresie psychopatologicznych osobowości. Psycholog posiada także rzadki rodzaj empatii pozwalającej jej utożsamić się z umysłem zabójcy. Śledztwo okazuje się wyjątkowo trudne, a „dar” Setsuko jeszcze bardziej utrudnia jej prowadzenie sprawy. Tymczasem przybywa ofiar i dr Suma zwraca się o pomoc do swego byłego męża dr Aku Reia, eksperymentującego na umysłach pacjentów. Aku udziela kilku wskazówek Setsuko, ale jednocześnie kobieta coraz bardziej zaczyna podejrzewać ex-męża, że jest odpowiedzialny za zbrodnie. Eksperymenty dr Reia służą w istocie zdobyciu kontroli nad umysłem pacjenta. Setsuko ma przeczucie, że Aku kontroluje także jej, coraz bardziej skołatany, umysł. Nic nie jest pewne, poza tym, że kolejną ofiarą seryjnego mordercy ma stać się dr Suma.

sobota, 23 listopada 2013

OSTATECZNE WYJŚCIE (Natsuo Kirino, 2005)



Zbrodnia to niesłychana,
Pani zabija pana.

/„Lilje”, Adam Mickiewicz/

Największe zło to tolerować krzywdę.
/ Platon /

Natsuo Kirino nie trzeba chyba specjalnie przedstawiać polskim czytelnikom. W Polsce zostały wydane cztery jej powieści: „Groteska”, „Prawdziwy świat”, „Wyspa Tokio” oraz recenzowane „Ostateczne wyjście”, co jest wprawdzie małą kroplą twórczości japońskiej pisarki, której dorobek obejmuje dziewiętnaście powieści, kilka cyklów powieściowych (m.in. cieszący się sporą popularnością seria o przygodach detektywa Miro Murano) oraz wiele nowel i opowiadań, niemniej te cztery powieści oddają skalę talentu i zainteresowań pisarki. Kirino swoją przygodę z profesjonalnym pisarstwem zaczęła w 1984 r. od powieści … romansowych, lecz sławę i międzynarodowe uznanie przyniosły jej zupełnie inny rodzaj literatury. Przełom nastąpił wraz z wydaniem w 1997 r. powieści „Auto” (Kodnasha) na Zachodzie znanej pod angielskojęzycznym tytułem „Out” w naszym kraju jako „Ostateczne wyjście”. Utwór Kirino nagrodzono najbardziej prestiżowym wyróżnieniem przyznawanym pisarzom powieści kryminalnych Mystery Writers Japan Award. Książka spotkała się także z entuzjastycznym przyjęciem także na Zachodzie. Jej angielskie tłumaczenie znalazło się w finale najważniejszej nagrody dla twórców literatury, m.in.kryminalnej, Edgar Award. Wszystkie te wyróżnienia i entuzjastyczne recenzje znawców gatunku, jak i zwykłych czytelników, otworzyły Kirino drzwi na świat i dziś Japonka jest jedną z najpopularniejszych autorek kobiecych powieści kryminalnych z Azji. Czy „Ostateczne wyjście” jest zatem faktycznie tak dobre, czy to tylko efekt jakiejś przejściowej mody?

piątek, 15 listopada 2013

ZAPISKI FESTIWALOWE x 2 - 7 FESTIWAL FILMOWY 5 SMAKÓW (Warszawa, 5-11 listopada, 2013)



Nic dwa razy się nie zdarza. A jednak i w tym roku zostałem zaproszony wraz z osobą towarzyszącą (konkretnie: z moją żoną) przez organizatorów siódmej edycji Festiwalu Filmowego 5 Smaków. Rzecz jasna, nie tak całkiem bezinteresownie, ponieważ poproszono mnie, abym wygłosił dwie krótkie prelekcje związane z prezentowanymi azjatyckimi filmami grozy. Jak większość ludzi, nie lubię przemawiać publicznie, ale to niewielka „cena”, za możliwość bezpośredniego uczestniczenia w święcie kina azjatyckiego. Co prawda mój pobyt ze względów organizacyjno-finansowych ograniczony został do kilku dni i kilku filmów, ale to i tak wiele, jeśli weźmie się pod uwagę, że większość z pokazywanych na festiwalu obrazów nigdy nie pojawi się w polskich kinach.

sobota, 12 października 2013

VAMPIRE (Vampire, USA, 2011)



O co chodzi?

Seatle, czasy współczesne. Simon Wells jest dwudziestoośmiolatkiem, który pracuje jako nauczyciel biologii. Mieszka samotnie z matką i jest chory... odczuwa niepohamowany głód ludzkiej krwi. Aby ją zdobyć nawiązuje znajomości na forach internetowych dla samobójców z ludźmi, którzy pragną umrzeć. Chętnych nie brakuje: większość z nich to młode dziewczyny, które straciły sens życia. Simon umawia się z nimi na przedmieściach Seatle, a następnie przekonuje, aby zgodziły się zginąć pierwsze i aby przystały na jego metodę uśmiercenia: upuszczenia krwi do wielkich słojów. Gdy z samobójczyni zostaje wyssana cała krew, Simon upija się nią i rozpoczyna „polowanie” na następne ofiary. Wkrótce o „wampirze” zabijającym młodekobiety i wypijającym ich krew robi się głośno w mieście, lecz Simon nie zaprzestaje swej działałności. Ale stara się zyć „normalnie”. Poznaje zaborczą i zazdrosną Laurę, która zdaje się mieć obsesję na punkcie Simona. Nawiązuje znajomość także z jedną ze swych potencjalnych ofiar, która ukrywa się za internetowym nickiem Biedronka. Miedzy nimi dwojgiem zaczyna rodzić się uczucie miłości. Tymczasem zazdrosna Laura zaczyna podejrzewać mężczyznę, że ukrywa przed nią mroczny sekret.

piątek, 6 września 2013

SUN SCARRED (Taiyô no kizu, Japonia, 2006)



Sun Scarred (2006) on IMDb

O co chodzi?

Toshiki Katayama jest pracownikiem biura projektów; typowym salarymanem. Pewnego wieczoru wracając do domu w jednym z zaułków dostrzega grupę wyrostków, którzy katują bezdomnego. Na zwrócenie uwagi nastolatkowie odpowiadają agresją. Wywiazuje się między nim bójka, w wyniku której salarymanowi udaje się pokonać przeciwników. Jednym z nich jest Akira Kamiki, młodzieniec, który zaatakował Katayamę nożem. Sprawa znajduje swój finał na pobliskim komisariacie., ale bez żadnych konsekwncji dla młodocianych napastników. Wydaje się, że bójka między Katayamą a bandą wyrostków na tym się zakończy, ale po pewnym czasie dochodzi do tragedii. Yoka, żona Toshiki traci z oczu kilkuletnią córeczkę, Ayano, bawiącą się na placu zabaw. Ciało zamordowanej dziewczynki zostaje znalezione po kilku dniach. Wkrótce policja łapie również sprawcę tej okrutnej zbrodni: Akirę Kamikiego. Ponieważ sprawca jest nieletni może być skazany jedynie na pobyt w poprwaczaku. Pogrążona w rozpaczy Yoko popełnia samobójstwo, skacząc z dachu, natomiast przepełniony cierpieniem, gniewem, bezradny wobec bezdusznej litery prawa Katayama zamierza za wszelką cenę pomścić śmierć najdroższych mu osób.. Okazja ku tem pojawia się, gdy po odsiedzeniu niecałych dwóch lat Akira wychodzi na wolność.

piątek, 30 sierpnia 2013

DREAM HOME (Wai dor lei ah yut ho, Hongkong, 2010)


Dream Home (2010) on IMDb



In a crazy city, lf one is to survive, he's got to be more crazy.
/ cytat z filmu/

O co chodzi?

Cheng Lai-Sheung jest młodą, samotną kobietą, która od dzieciństwa marzy o własnym mieszkaniu z widokiem na morze. Ciężko pracuje na dwa etaty: w banku i w sklepie obuwniczym, odmawia sobie wszelkich rozrywek i odkłada pieniądze na mieszkanie. Gnieździ się w małym mieszkanku z młodszym bratem i chorym na raka płuc ojcem. Wdaje się też w romans bez perspektyw z żonatym mężczyzną, licząc na jego finansowe wsparcie. W końcu jej wytrwałość zostaje nagrodzona i Cheng udaje się trafić na luksusowe lokum (oczywiście, z widokiem na morze) w okazyjnej, choć wcale nie małej, cenie. Sytuacja na rynku nieruchomości jest jednak niestabilna i nagle ceny zaczynają niebotycznie rosnąć. Sprzedawca, para Chińczyków, żąda dwa razy więcej od Cheng. Ta jest kompletnie załamana, ponieważ nie ma tyle pieniędzy. Kumulowana w Cheng frustracja znajduje gwałtowne ujście w zbrodniczym planie, które kobieta postanawia zrealizować. Wkracza do budynku, w którym miała mieć własne mieszkanie i systematycznie, w okrutny sposób morduje lokatorów, których było stać na kupno mieszkanie, o którym marzyła Cheng.

sobota, 1 czerwca 2013

THE LAND OF HOPE (Kibô no kuni, Japonia, 2012)




O co chodzi?

Miasteczko Oba, w prefekturze Nagashima. Yoichi i jego żona Izumi pomagają w prowadzeniu gospodarstwa, należącego do rodziców mężczyzny: ojca Yoichiego – Yasuhiko i matki – Chieko. Sąsiadami rodziny Ono jest rodzina Suzuki: Ken, Meiko oraz ich syn Mitsuru, który ma dziewczynę Yoko. Ich codzienne zajęcia zakłóca pewnego dnia silny wstrząs, wywołany trzęsieniem ziemi. Ponieważ w pobliżu miasteczka mieści się elektrownia atomowa, wkrótce zjawiają się ubrani w ochronne kombinezony przedstawiciele służb radiologicznych. W wyniku wstrząsów poważnie ucierpiała pobliska elektrownia i doszło do skażenia okolicy. Panowie w białych kombinezonach rozwijają taśmę, która dzieli wspólne podwórko rodzin: Ono i Suzuki. Ci drudzy znajdują się po stronie skażonej, zostają więc zmuszeni do natychmiastowej ewakuacji. Rodzina Yoichiego wydaje się bezpieczna, ale zaopatrzony we własny licznik Gigera Yasuhiko wie co innego. Namawia syna, by wraz ze swą żoną przeprowadził się do bezpiecznego miejsca. Yoichi i Izumi przystają na radę ojca i przenoszą się do nieco dalej oddalonego od feralnej elektrowni miasteczka. Izumi dowiaduje się, że jest w piątym tygodniu ciąży. Nie czuje się w nowym miejscu bezpieczna. Z obawy o zdrowie dziecka wpada w fobię na punkcie radioaktywnego skażenia. Chodzi po miasteczku w ochronnym kombinezonie, stając się pośmiewiskiem mieszkańców. Yoichi jest zaniepokojony zachowaniem żony, ale mocno ją wspiera. Tymczasem rodzice Yoichiego, mimo nalegań urzędników, nie mają zamiaru opuścić swojego domu. Słusznie obawiają się, że tak jaki ich sąsiedzi, nie wrócą już do swego domu. Rodzina Suzuki tuła się bowiem po prowizorycznych schronieniach organizowanych w szkołach. Mitsuru opuszcza rodziców i postanawia pomóc Yoko znaleźć rodzinę. Młodzi wyruszają do strefy opustoszałych miast, zniszczonych przez fale tsunami.

piątek, 24 maja 2013

A BLOODY ARIA (Guta-yubalja-deul, Korea Płd, 2006)




Only fools abide by the rules 
/cytat z filmu/

O co chodzi?

Park Young-sun jest profesorem muzyki, miłośnikiem oper oraz młodych atrakcyjnych studentek. Takich właśnie jak Ing-yeong, która wraz z wykładowcą zgodziła się wybrać na samochodową przejażdżkę nowiusieńkim mercedesem. Podróż jednak dość szybko przestaje układać się po myśli profesora. Najpierw zostaje upokorzony przez policjanta-motocyklistę, Moon-jae. Potem skręca w polną dróżkę, która prowadzi nad piaszczysty brzeg rzeki, nieopodal mostu kolejowego. Tutaj próbuje zgwałcić dziewczynę, ale Ing-yeong udaje się zbiec. Gdy profesor chce odjechać, samochód zakopuje się w piasku. Jakby tego było mało wokół auta zaczyna kręcić się bezdomny O-egun, zerkając na samochód. Tymczasem dziewczyna staje się świadkiem jak dwóch punków bije i zakopuje w ziemi młodego licealistę. Gdy chłopak przestaje dawać ślady życia przerażeni oprawcy pakują worek z ofiarą na motor i odjeżdżają. Dziewczyna ucieka i dostaje się nad drogę. Zatrzymuje Bong-yeona, który godzi się zawieźć dziewczynę do Seulu. W rzeczywistości mężczyzna zawozi ją nad brzeg rzeki, gdzie w samochodzie ukrywa się profesor, przechadza się O-egun oraz zatrzymali się dwaj oprawcy z lasu z chłopakiem we worku. Jak się okazuje wszyscy, poza oczywiście Young-sunem i nieszczęsnym licealistą, doskonale się znają, bowiem są panami tej okolicy. I na dodatek bardzo nie lubią, gdy po ich terenie kręci się jakiś wygalantowany profesorek w szpanerskim mercedesie z młodą atrakcyjną dziewczyną.

piątek, 19 kwietnia 2013

LOVE & LOATHING & LULU & AYANO (Namae no nai onna-tachi, Japonia, 2010)




Wouldn`t it be fun, if you could become someone else?
/cytat z filmu/

O co chodzi?

Junko Ogura jest młodą, nieśmiałą, zdominowaną przez matkę dziewczyną. Pracuje jako sekretarka w małej firmie, jest samotna i ma dość swego szarego, nudnego życia. Zaczepiona na ulicy przez nieznajomego mężczyznę, który oferuję jej odmianę dotychczasowego życia i zagranie w filmie pornograficznym, nie waha się zbytnio. Pierwsze doświadczenia w nowej pracy są okropne, ale jako Lulu Sakurawaza – taki pseudonim przyjmuje Junko – zyskuje nową tożsamość i zaczyna się czuć z nią coraz lepiej. Wkrótce, nie wybrzydzając na kolejne oferty, Lulu zyskuje sławę. Napływają do niej listy od fanów a on sama otrzymuje główną rolę w filmie, który zapowiada się na hit pornograficznego rynku. Junko jako Lulu czuje się po raz pierwszy w życiu szczęśliwa. A jednak, Yoko występująca pod pseudonimem Ayano, koleżanka z pracy i weteranka filmów porno uświadamia bohaterkę, że bycie „gwiazdą” filmów dla dorosłych ma również swe ciemne strony. Yoko, choć naiwność Junko wprawia ją początkowo w irytację, postanawia zaopiekować się mniej doświadczaną koleżanką. Niebawem jednak Junko przekona się, że w branży pornograficznej wszystko ma swoją słoną cenę.

piątek, 4 stycznia 2013

TETSUO: CZŁOWIEK Z ŻELAZA - POZA GRANICE (Analiza)




„Tetsuo: Człowiek z żelaza” Shinyi Tsukamoto jest skromnym filmem. Trwający nieco ponad godzinę obraz, czarno-biały, zrealizowany na poły amatorskimi środkami uznawany jest za jednego z najważniejszych przedstawicieli niezależnego kina japońskiego przełomu wieków. Nie tylko bezkompromisowa, awangardowa forma, lecz zaskakująco bogata w możliwe interpretacje treść filmu Tsukamoty zadecydowała o jego artystycznej wartości. „Tetsuo” okazał się łakomym kąskiem dla krytyków i filmoznawców, w czym paradoksalnie pomogła ostentacyjnie szczątkowa fabuła oraz pozornie chaotyczny sposób opowiadania.


piątek, 7 grudnia 2012

SEVENTEEN YEARS (Guo nian hui jia, Chiny, 1999)




O co chodzi?

Chiny, lata osiemdziesiąte XX w. Tao Xiaolan i Yu Xiaoqin są nastolatkami i przyrodnimi siostrami. Chociaż mieszkają razem, chodzą do tej samej szkoły i śpią w tym samym łóżku, różni je prawie wszystko. Yu ma duszę buntowniczki i niepokornej dziewczyny, Tao jest spokojna, pilnie się uczy i nie sprawia większych kłopotów rodzicom. Pewnego dnia Yu kradnie pieniądze ojca, a kradzież szybko wychodzi na jaw. Dziewczyna jednak nie przyznaje się do winy, obciąża za to Tao. Grzeczniejsza ze sióstr, próbując udowodnić swoją niewinność i w nagłym porywie uderza Yu  głowę. Niespodziewanie dziewczyna umiera a Tao trafia do więzienia. Po siedemnastu latach dziewczyna – teraz już dorosła kobieta – otrzymuje szansę opuszczenia więziennych murów. Na okres świąt Nowego Roku kilkoro wybranych więźniów otrzymuje przepustkę. Wśród szczęśliwców jest Tao. Nikt jednak z rodziny nie przychodzi po kobietę. Zdjęta współczuciem strażniczka Chen Jie oferuje pomoc w odprowadzeniu Tao do domu. Na miejscu okazuje się, że stary dom, w którym niegdyś mieszkała Tao jest zburzony a wciąż żyjący rodzice zostali przesiedleni na nowe osiedle. Chen Jie jest zdeterminowana, aby pozostająca pod jej opieką kobieta, spędziła święta z rodziną. Ale czy rodzina Tao pragnie ujrzeć ją ponownie? Czy jest jej w stanie wybaczyć?

niedziela, 27 lutego 2011

SNAKE OF JUNE (Rokugatsu no hebi, Japonia, 2002)


O co chodzi?

Rinko i Shigehiko są małżeństwem. Ona pracuje w telefonicznej poradni zdrowia psychicznego, on zaś jest typowym salarymanem. Ich związek przeżywa kryzysy: choć mieszkają pod jednym dachem, żyją obok siebie.  Shigehiko jest pochłonięty własną pracą i obsesją na punkcie czystości. Zamknięty w sobie nie potrafi okazywać uczuć ani żonie ani umierającej w szpitalu matce. Rinko stara się być przykładną żoną, lecz w rzeczywistości dusi się w swym nudnym, pozbawionym miłości małżeństwie. Gdy jest sama masturbuje się, dając upust swej tłamszonej seksualności. Nie potrafi jednak zdobyć się na odwagę i dokonać w swym monotonnym, smutnym życiu znaczącej zmiany. Jednak zmiana, także w życiu jej męża, następuje. Jeden z rozmówców Rinko, umierający na raka fotograf Iguchi, fotografuje kobietę w intymnej sytuacji i zaczyna ją szantażować opublikowaniem zdjęć. Bezradna Rinko godzi się na perwersyjną grę, którą narzuca fotograf.

Młotem w głowę

Shinya Tsukamoto w jednym z wywiadów powiedział: „W Japonii nie było wojny od ponad 50 lat, co oczywiście jest rzeczą dobrą. Lecz ludzie zdążyli się przyzwyczaić do życia w pokoju i pogrążyli się w półśnie. Zadaniem moich filmów jest ich obudzić. Uderzyć ich w głowę metalowym młotem (…)”. I trzeba przyznać, że nie były to słowa rzucone na wiatr. Już (prawie) pełnometrażowy debiut, „Tetsuo: The Iron Man” (1989) bez skrupułów tłukł percepcyjne przyzwyczajenia widza agresywną, pełną wściekłości i gniewu formą i szokował śmiałą erotyką i cyberpunkowymi motywami. W tym filmie po raz pierwszy pojawił się także temat przewodnim twórczości Tsukamoto: destrukcyjny związek współczesnego człowieka z miastem-molochem. Po raz pierwszy pojawił się również fabularny motyw, obecny we wszystkich najważniejszych filmach Japończyka: życie w mieście jako rodzaj letargu, z którego bohater zostaje obudzony na skutek – jak w „Tetsuo…”  - nie zrozumiałej mutacji w metalowe monstrum, albo na skutek działań intruza, ingerującego w życie bohatera, wypełnionego codzienną, zabójczą dla ciała i duszy rutyną. „Przebudzenie” wiąże się zazwyczaj z destrukcją, bólem i poniżeniem, ale okazują się one niezbędne, by wyrwać się z półsnu, w którym pogrążeni są mieszkańcy wielkich miast, zatracający poczucie własnego ciała i własnej duszy. Przebudzenie przez pot, łzy i ból staje się udziałem bohatera „Tokyo Fist” (1995), który aby na powrót doświadczyć własnej cielesności, zarzuca jałową wegetację salarymana i poddaje się morderczemu treningowi, by zostać bokserem. W „Bullet Ballet” (1998) bohater odzyskuje poczucie własnego ciała dopiero przyłączając się do młodzieżowego gangu i zaznając przemocy. W „Snake of June”  z kolei psychiczne i fizyczne tortury, którym poddaje bohaterów fotograf-demiurg, stają się receptą na życie w zgodzie z własnymi pragnieniami i naturą.

niedziela, 12 grudnia 2010

SUZHOU RIVER (Sūzhōu Hé, Chiny, 2000)


O co chodzi?
  
Na fabułę składają się dwie przeplatające się historie. Akcja filmu rozgrywa się nad tytułową rzeką, która przepływa przez Szanghaj. Głównym bohaterem i narratorem jest filmowiec-amator (jego twarzy nigdy nie zobaczymy), który nie rozstaje się z kamerą. Podczas wykonywania reklamy dla podrzędnego baru poznaje młodą dziewczynę Meimei, która zarabia na życie pływając w przebraniu syreny w wielkim akwarium. Bohater zakochuje się w Meimei, która nie jest zwyczajną dziewczyną. Zdarza się jej się bez słowa znikać na kilka dni, mimo to mężczyzna wciąż ją kocha. Meimei ma jednak wątpliwości. Pyta się go wówczas: „ Jeśli kiedyś zniknę, czy będziesz mnie szukał, tak jak Mardar? Będziesz mnie szukał bez końca? Przez całe życie?”  Pewnego razu Meimei opowiada zakochanemu mężczyźnie niezwykła historię Mardara i Moudan. Mardar pracował jako kurier, ale nie wszystkie jego zajęcia polegały na przewozie paczek. Pewien biznesmen, który dorobił się na przemycie polskiej Żubrówki miał dla Mardara nietypowe zlecenie. Miał on zawozić jego córkę Moudan do ciotki, podczas gdy on spotykał się z kolejnymi kochankami. Z czasem Mardar i Moudan zbliżyli się do siebie i zakochali. Jednak gdy w życiu mężczyzny pojawiła się jego dawana kochanka i dawny znajomy gangster Lao B., sprawy przybrały zły obrót. Mardar został wciągnięty w porwanie Moudan dla okupu.  Ta historia nie miała happy endu – Moudan uciekając przed Mardarem wskoczyła do rzeki Suzhou, zapowiadając, że odrodzi się jako syrena. Jej ciała nigdy nie znaleziona, więc ukochany wciąż jej szukał. W końcu dotarł do Meimei , wyglądającej identycznie jak jego miłość życia, Moudan.

6 vs 5

Reżyser „Suzhou River”, Lou Ye kojarzony jest z grupą młodych chińskich filmowców określaną mianem Szóstej Generacji.  Jego najbardziej znany film, omawiany w tej recenzji, jest natomiast uważany za standardowy przykład estetyki Szóstej Generacji. Nieopatrzeni aktorzy, naturalne plenery i wnętrza, ruchoma, wszędobylska kamera, życie ulicy łapane na gorąco – to wszystko możemy zobaczyć w filmie Ye. Możemy zobaczyć także w „Suzhou River” (i innych filmach tego ruchu) Chiny w czasach gospodarczej transformacji odarte z pocztówkowego, propagandowego zakłamania. Nic dziwnego, że niepokorny film młodego reżysera był w niesmak komunistycznej władzy. Pod pretekstem prezentacji „Suzhou River” na festiwalu w Rotterdamie bez urzędowego pozwolenia, reżyser otrzymał dwuletni zakaz filmowania.  Ye stał się ofiarą represji, co w paradoksalny sposób zbliżyło go do twórców Piątej Generacji – Zhanga Yimou, Chena Kaige, Tian Zhuangzhuang i Zhang Junzhao. Niegdyś ich filmy były zakazywane a oni sami represjonowani, dziś są uważani za najważniejszy produkt eksportowy „nowych” Chin (zwłaszcza dwaj pierwsi), więc w roli męczenników systemu zastąpili ich twórcy Szóstego Pokolenia.

Ten wtręt o reżyserach tworzących w latach osiemdziesiątych i należących do poprzedniego pokolenia (tzw. piątego) pojawił się nie bez przyczyny. Odniosłem bowiem wrażenie, że jednym z najbardziej motywujących Ye czynników, była chęć zrealizowania filmu wbrew ideologii i estetyce filmów Yimou czy Kaige. Wyjaśnijmy, że filmowcy ci tworzyli kino rozrachunkowe, opisywali losy jednostki na tle okrutnej, bezlitosnej historii Chin rządzonych przez komunistycznego despotę Mao Ze Donga. To były proste, głęboko poruszające, pełen humanizmu historie. Dodajmy koniecznie, że to właśnie te historie ( oraz ostra surowa reakcja władzy na nie) zwróciły uwagę Zachodu na chińskie kino. Czasy się jednak zmieniły, martyrologia przestała być modna, niegdysiejsi bojownicy o wolność kręcą filmy za przyzwoleniem i na zamówienie komunistycznego reżimu, ale artystyczna spuścizna Zhanga Yimou i Chena Kaige wciąż ciąży młodym filmowcom. Naturalne zatem, że w filmowcach Szóstej Generacji zrodziła się przemożna chęć odcięcia się od dziedzictwa starszych kolegów i robienia „swojego kina”.

O zgubnych skutkach pozorów głębi

Dlatego też „Suzhou River” jest opowieścią ostentacyjnie niedbałą, jeśli chodzi o formę (filmowanie ręczną kamerą, bez należytego oświetlenia, bez dbałości o kompozycję kadrów, bez starannego montażu itp.) i ostentacyjnie pozbawioną „wielkiej historii”. Ye bierze się w swoim filmie za najbanalniejszy z tematów – miłość.  Temat może i banalny, ale zawsze aktualny i zawsze zawierający w sobie olbrzymi potencjał. Ye postanowił go opowiedzieć po swojemu, co spotkało się z niezwykle przechylną reakcją zarówno krytyków i widzów. Uczciwie trzeba przyznać, że Ye (przynajmniej na papierze) stworzył całkiem nieoczekiwaną historię miłosną. Z jednej strony nic szczególnego: bohaterowie spotykają się, zakochują się w sobie, potem ich uczcie zostaję wystawione na próbę, nadal jednak się kochają. Z drugiej strony historie miłosne są dwie, zachodzą na siebie, krzyżują, rozdzielają. Ye komplikuje narrację nie tylko plącząc dwa różne wątki, grając przestrzenią, zmienną tożsamością postaci, ale także eksperymentując z identyfikacją. Narratorem jest bowiem „człowiek z kamerą”. Nie widzimy jego twarzy, słyszymy jego głos, z jego perspektywy oglądamy wszystkie filmowe zdarzenia. Ye wymusza w ten sposób na widzach identyfikację z postacią filmowca, sprawiając, że widz staje się w istocie jednym z bohaterów filmu. Być może to i sprytny sposób na bezpośrednie włączenie widza w filmowy świat, ale trzeba czegoś jeszcze: emocji i sensu.

Wiele dobrego słyszałem o „Suzhou River”, ale po jego seansie, nie rozumiem, skąd wzięły się te wszystkie zachwyty nad nim. Być może Ye nie trafił swym obrazem w moja gusta, a być może ten film naprawdę nie jest tak dobry, jakby się chciało. Pierwsza wątpliwość:  czemu ma służyć duplikowanie historii miłosnej, duplikowanie postaci Meimei/Moudan? Czemu ma służyć przenikanie się tych historii? W obu przypadkach odpowiedź brzmi: niczemu. Albo raczej: pozorom stwarzania głębi.  Idźmy dalej: po co reżyser umieszcza w filmie motywY baśniowe/poetyckie (wątek syreny). Odpowiedź: niewiadomo, chyba że znów, chodzi o stwarzanie pozorów.  Po co reżyser gmatwa narracje, wymusza identyfikację, eksperymentuje z fabułą –  tak naprawdę niewiadomo. Wiadomo natomiast, że pod pozorami oryginalności i głębi skrywa się porażająca pustka. Na dodatek podana w irytującej pseudonowatorskiej, paradokumentalnej formie i zmieszana w nieprzyswajalnym koktajlu gatunkowo-stylistycznym. Kłania się twórczość Godarda, Wong Kar-Waia, nawet Hitchcocka. Film noir miesza się z romansem, romans z filmem gangsterskim, film gangsterski z realizmem magicznym a realizm magiczny z poetyką ciemna verite. Ale jak mawiał mój znajomy – po nieumiejętnym mieszaniu, kac tylko. Na dodatek bohaterowie są jednie bezwolnymi marionetkami, niby interesującymi a w rzeczywistości pretensjonalnymi (po kiego ta dziewczyna znikała z domu na kilka dni? Żeby było bardziej tajemniczo i romantycznie?!). Nie ma w „Suzhou River” ani prawdziwych emocji, ani prawdziwej głębi, a metafora (rzeka jako życie) nie wychodzi poza banał.

Może i jestem zbyt surowy dla „Suzhou River”, ale czasem zły film, który nie wstydzi się tego, ze jest zły wzbudza większy szacunek niż obraz, który tylko udaje lepszego niż jest w rzeczywistości. Lou Ye zapomniał, że o sile przekazu decyduje prostota i jego szczerość. Niestety, w przypadku jego filmu zabrakło obu tych elementów.

Więcej o SUZHOU RIVER

MOJA OCENA: 4/10

REALIZACJA
FABUŁA
DRUGIE DNO
Bohater nie rozstaje się z kamerą nawet, gdy całuje dziewczynę. Sztuczne, pretensjonalne. A jako metoda przytrzymania widza przy ekranie mało skuteczne. No i to już wszystko było, i to w znacznie lepszym wydaniu.

Przerost formy nad treścią. Opowieść o miłości, która ma większe ambicje, niż wywołuje emocje. Więcej w recenzji

Tu byłby problem nawet z pierwszym dnem, a co dopiero z drugim.


>

środa, 24 listopada 2010

MY DEAR ENEMY (Meotjin haru, Korea Płd., 2008)


O co chodzi?

Hee-soo oraz Byeong-woon byli niegdyś parą. Ale mężczyzna odszedł a wraz z nim 3, 5 tys. dolarów, które Hee-soo mu pożyczyła. Po roku milczenia ze strony Byeong-woona, Hee-soo postanowiła za wszelką cenę odzyskać dług zaciągnięty przez jej ex-chłopaka. Odzyskanie pożyczki okazuje się być trudniejsze niż przypuszczała. Byeong-woon jest bezrobotnym i nie ma grosza przy duszy. Ma za to rozliczne kontakty wśród pań, bo jak sam twierdzi, „jest wśród nich popularny”. Innymi słowy wykorzystując swój urok osobisty żyje z naciągania zapatrzonych w niego kobiet. Swego wdzięku będzie musiał użyć ponownie, ponieważ zdeterminowana Hee-soo nie zamiaru odpuścić i żąda bezzwłocznej spłaty długu. Jedyne co Byeong-woonowi przychodzi do głowy, to pożyczyć pieniądze od swych licznych przyjaciółek i kochanek. Hee-soo, która już raz nieopatrznie zaufała swojemu byłemu, nie chce być ponownie oszukana. Towarzyszy zatem Byeong-woonowi w całodniowej podróży po Seulu, podczas której mężczyzna pożycza pieniądze od kolejnych kobiet. Jak się okaże podróż ta odmieni dwoje samotnych bohaterów.

Co by było gdyby…

Czasami aby uwypuklić jeszcze dobitniej wartość filmu lub książki warto wyobrazić sobie jej inną wersję. Oglądając film „My Dear Enemy” w reżyserii Lee Yoon-ki, twórcy wsławionego realizacją znakomitego „This Charming Girl” (2004), wyobraziłem sobie jak prezentowałby się jego amerykański remake. Fabuła koreańskiego filmu wykorzystuje bowiem jeden z najbardziej amerykańskich gatunków filmowych – road movie, czyli film drogi. Amerykanie uwielbiają oglądać filmy o podróżujących bohaterach, począwszy od „Dyliżansu” Johna Forda a skończywszy na tegorocznej komedii „Zanim odejdą wody”. Amerykanie uwielbiają także komedie romantyczne i choć oryginalny „My Dear Enemy”, mimo komediowego charakteru, nie należy do gatunku romantycznych komedii, z pewnością jego amerykański remake byłby i filmem drogi i komedią romantyczną. Wersja zza oceanu w dosłowny sposób czyniłaby zadość powiedzeniu, „kto się czubi ten się lubi” i wspólna podróż bohaterów kończyłaby się darowaniem długu i ujęciem obejmującej się pary bohaterów.

Nic z tych rzeczy nie zobaczymy w koreańskim filmie Lee. I nie chodzi nawet o to, że amerykańska wersja byłaby pozbawiona finezji, ukonkretniona, ujednoznaczniona, dosłowna (czyż nie takie bywają wersję made in USA azjatyckich filmów?). Istotą filmów z Azji (przynajmniej większości) jest ich estetyczna powściągliwość, której Amerykanie nie rozumieją i dlatego nieświadomie uśmiercają ją w swoich przeróbkach.  Obrazowo ujmując tę różnicę można by użyć porównania, że gdy Amerykanie krzyczą, Azjaci szepczą.

Filmowy szept

„My Dear Enemy” jest takim filmowym szeptem. To, co mnie najbardziej uderzyło to zakończenie filmu. Wychowany, jak większość widzów na świecie na amerykańskim kinie, nauczyłem się, że wspólna podróż odmienia diametralnie bohaterów. Skonfliktowani bohaterowie godzą się ze sobą, ci, którzy się zgubili, odnajdują się, ci, którzy kogoś utracili, akceptują stratę, ci, którzy byli nie dojrzali, dojrzewają itp.. Tymczasem w filmie Lee pozornie brakuje puenty. Hee-soo bowiem rozstaje się z Byeong-woon na ulicy, mimo iż podświadomie liczyliśmy, że w końcu dawne uczucie miedzy bohaterami odżyje. Albo chociaż, że Hee-soo anuluje dług, da się zaprosić na kolacje, a może nawet pocałuje niesfornego towarzysza podróży. Tak zapewne zakończyłby się amerykański remake, ale Azjaci szepczą, są subtelni, delikatni i estetycznie powściągliwi. Hee-soo rozstanie się z Byeong-woonem na ulicy, ale w pewnym momencie zawróci by popatrzeć przez chwilę na mężczyznę. Nie, nie wyskoczy z samochodu i nie rzuci mu się w ramiona, lecz włączy bieg i pojedzie dalej. W końcu jednak uśmiechnie się. I w tym uśmiechu zawiera się finałowa puenta.

„My Dear  Enemy” nie jest bowiem komedią romantyczną, jest za to ciepłą, subtelnie opowiedzianą historią – jak przystało na kino drogi – o dojrzewaniu. W filmie Lee para bohaterów nie dojrzewa jednak do wzajemnej miłości. Reżyser interesuje się przede wszystkim stopniową przemianą Hee-soo (choć zmiana zachodzi także Byeong-woon). Poznajemy ją jako osobę rozgniewaną, nieufną, spiętą i strasznie przejętą odgrywaniem roli nieustępliwej egzekutorski długu. W miarę rozwoju fabuły reżyser subtelnie odkrywa inną stronę charakteru Hee-soo. Okazuje się, że pod maską oschłej, „twardej sztuki”, skrywa ona wrażliwą duszę, samotnej, zranionej kobiety. Uchylanie łagodniejszej natury bohaterki odbywa się jednak niezwykle subtelnie i taktownie, przez drobne gesty, ukradkowe spojrzenia (np. świetna scena w autobusie) i chwile nagłej szczerości. Ostatecznym wyrazem dokonanej w Hee-soo metamorfozy staje się zwrócenie pieniędzy byłej żonie Byeong-woona a także odłożenie na później spłaty 200 dolarów, które zostały z długu. Jednak to finałowy uśmiech Hee-soo stawia kropkę nad „i”. Kobieta, która żyła do tej pory w niewoli konsumpcjonizmu, która przykładała tak wielką wagę do dawnego długu, odkryła lepszą siebie. Ta „lepsza” Hee-soo dojrzała do zrozumienia prostej, ale często zapominanej prawdy, że pieniądze to nie jedyna rzecz na świecie, która się liczy. Ważniejszych jest od nich drugi człowiek.

 Czy „My Dear Enemy” ma jakieś wady? No, cóż nie jest to obraz tak przejmujący, tak świdrujący trzewia głośny debiut Lee, „This Charming Girl” – opowieść o dziewczynie skażonej dziecięcą traumą. „My Daer Enemy” prezentuje znacznie lżejszy ton, toteż emocje są też lżejsze, mniej angażujące. Mam też wrażenie, że reżyser mógłby tu ówdzie przyciąć tę czy inną scenę, bo historia jest nieco rozwlekła. W gruncie rzeczy są to jednak drobiazgi, które nie wpływają znacząco na pozytywną ocenę filmu 

I love Jeon Do-yeon

Na koniec słów kilka o odtwórcach głównych ról, Jeon Do-yeon i Ha Jung-woo. W filmie, w którym dwoje bohaterów nie znika nawet na chwilę z ekranu, niezwykle istotne jest by widz zainteresował się ich losem. Dzięki znakomity aktorom udaje się to bez problemu. Byeong-woon jest nieodpowiedzialny, niedojrzały, ale przy tym pełen chłopięcego uroku, dlatego kobiety go uwielbiają. Ale widzowie również. Sympatię aktor zdobywa na dzień dobry i nie pozwala by jego postać ją utraciła. Bardzo dobra rola Ha Jung-woo! Warto dodać, że ten utalentowany aktor w tym samym roku zagrał urokliwą postać w „My Dear Enemy” i okrutnego, seryjnego mordercę w „The Chaser”. I w obu przypadkach był w stu procentach  wiarygodny.

Nie zawiodła także Jeon Do-yeon. Uwielbiam tę aktorkę, bo jest nie tylko nieziemsko zdolna i jako pierwsza Koreanka ( i druga Azjatka, po Meggie Cheung) otrzymała główną nagrodę aktorską w Cannes w 2007 r., ale gdy pojawia się na ekranie całkowicie pochłania uwagę widza. Kolejne rolę wybiera niezwykle mądrze, skutecznie unikając aktorskiej rutyny i powtarzania ról (nie uniknął tej pułapki nawet tak wybitny aktor jak Rober De Niro). Dzięki temu kreacje Jeon zachowują świeżość i ogląda się je z największą  przyjemnością. A w „My Dear Enemy”, nie słynąca raczej z urody Jeon (być może dlatego, że nie ulepsza jej z pomocą chirurgicznego skalpela), wygląda na dodatek zabójczo! Ma dziewczyną charyzmę – ot, co!

MOJA OCENA:  7,5/10

Więcej o MY DEAR ENEMY


>