sobota, 15 stycznia 2011

MUTANT GIRLS SQUAD (Sentô shôjo: Chi no tekkamen densetsu, Japonia, 2010)

 
O co chodzi?

Rina jest nieśmiałą nastolatką prześladowaną przez grupę koleżanek z klasy. Jej pozbawione perspektyw życie zmienia się diametralnie, gdy dochodzi do tragicznego wydarzenia. W dniu szesnastych urodzin Rin grupa uzbrojonych policjantów zabija kochających ją rodziców. Na skutek stresu ciało dziewczyny, a zwłaszcza jej ręka ulega gwałtownemu przeobrażeniu, stając się śmiercionośną bronią. Rina  zabija napastników i w szaleńczym amoku także przypadkowe osoby, które stanęły jej na drodze. Dokonując spektakularnej rzezi, zwraca na siebie uwagę dwojga nieznajomych – transwestyty Kisaragiego oraz dziewczyny Rei. Informują oni Rinę, że nie jest człowiekiem, a mutantem ze starożytnego rodu Hilko. Okazuje się, że nie jest jedyna. Pod wodzą Kisaragiego trenuje jeszcze kilkanaście innych dziewczyn-mutantów. Z jedną z nich, Yoshie – dziewczyną z mackami ośmiornicy zamiast rąk Rina się zaprzyjaźnia. Tymczasem Kisaragi ma dla nowicjuszki pierwsze zadanie – ma zlikwidować generała, stojącego na czele jednostki odpowiedzialnej za zwalczanie Hilko. Rina oraz towarzyszą jej Yoshie nie wiedzą jeszcze, że Kisaragi ma własne plany. Chce zniszczyć całkowicie ludzką rasę i zabije każdego, nawet mutanta, jeśli stanie mu na drodze realizacji szalonego planu.   

Gabinet osobliwości panów I., N., S.

Iguchi, Nishimura, Sakaguchi – trzy nazwiska, które w ostatnich latach wstrząsnęły japońskim horrorem gore. Pierwszy z nich wyreżyserował „The Machine Girl”, drugi – „Tokyo Gore Police” a trzeci – „Samurai Zombie”.  Wszystkie trzy tytuły zyskały status dzieł kultowych i ustanowiły konwencję „nowej fali gore”. Zamiast topornej, ponurej i nieatrakcyjnej wizualnie makabry – tak charakterystycznej dla lat 80., zaproponowali makabrę radosną, widowiskową i z przymrużeniem oka. Z kiczu, tandety, świadomej, kłującej po oczach sztuczności uczynili receptę na sukces. Sukces „nowemu gore” zapewniło też bezkompromisowe potraktowanie japońskiej popkultury, którą w swych krwawych filmach doprowadzają do szyderczego absurdu. To kino stylistycznie szalone, żywiołowe i anarchistyczne. I taki też jest jeden z najnowszych przedstawicieli „nowej fali” – „Mutant Girls Squad” – wspólne dzieło trojga najsłynniejszych twórców „nowego gore”. A jednak w tej bezbłędnie działającej maszynce do mielenia dobrego smaku coś zaczyna się zacinać.

 „Mutant Girls Squad” zbiera dobre i bardzo dobre recenzje, a ja kręcę głową. Ponieważ wspólne dzieło „ojców chrzestnych” nowej fali gore przypomina raczej składankę „the best of” tyle, że puszczoną na maksymalne obroty. Jeśli widzieliście „The Machine Girl” albo „Tokyo Gore Police”, to nie oczekujcie w „Mutant Girls Squad” niczego zaskakującego. No może niezupełnie. Bo jednak makabryczno-groteskowa wyobraźnia reżyserów wciąż wprawia w zdumienie. Tak, pod względem efektów gore, sposobów uśmiercania i tłumu upiornie i absurdalnie zdeformowanych dziwolągów. Czegóż tu nie ma?  Dekapitacje na najróżniejsze sposoby, szatkowanie twarzy w kilku wersjach, odcinanie kończyn zakończone efektownymi ujęciami tryskającej na kamerę krwi, wyrywanie serca i innych wnętrzności, niewiarygodną scenę „odwijania” zwojów mózgowych oraz, rzecz jasna, istny gabinet osobliwości – m.in. dziewczynę z ostrzami wystającymi z piersi czy dziewczynę, strzelająca z blizn ognistymi kulami i wyposażona w odrzutowe stopy. Jest jeszcze organiczna, „mięsna” odmiana maszyny kroczącej podobnej do tej z „Obcy-decydujące starcie” lub trzeciej części „Matrixa”, tyle że wyposażoną w rozpylające kwas piersi i gigantyczne ostrza. Wyliczenie jest niepełne, bo i tak słowa nie oddają groteskowo szalonych pomysłów twórców. Tego rodzaju atrakcje tylko u panów Iguchiego, Nishimury i Sakaguchiego! Kto tego właśnie oczekuje po „Mutant Girls Squad” – nie będzie zawiedzony.

Ten film nie kąsa

Właściwie również tego oczekiwałem. Ale nie tylko. W anarchistycznym gwałceniu wszelkiego poczucia dobrego smaku, w absurdalnych, kiczowatych pomysłach i postaciach, w tym całym szaleństwie spuszczonym ze smyczy estetycznej przyzwoitości tkwiła metoda. Tą metodą było drwina z japońskiej popkultury. Japońskie kino komercyjne, filmowe konwencje, subkultury młodzieżowe, tradycja, polityka, turystyczne wizytówki Kraju Kwitnącej Wiśni – dosłownie nic nie mogło się uchować przed jadem prześmiewczej krytyki filmów takich jak „The Machine Girl”, „Vampire Girl vs Frankenstein Girl”, czy „RoboGeisha”. Te filmy drwiły sobie z popkultury i jej odbiorców – ukazywały jej głupotę i pustkę. Dzięki temu splattery „nowej fali gore” były czymś więcej niż tylko radosną rozpierduchą z fruwającymi w powietrzu flakami. Niestety, nie wszystkie krwawe horrory odznaczały się tymi cechami.

Fabuła „Mutant Girls Squad” przypomina nieco film Nishimury, „Tokyo Gore Police” (skrzyżowany z „X-Menami”). Nie jestem fanem filmu Japończyka, ponieważ większy nacisk kładł on na groteskowe gore i dziwaczne, makabrycznie odmienione postaci niż sens i ów „kpiący ton”. Co prawda właściwa akcja „Tokyo Gore Police” przeplatana była krwawymi reklamami naśmiewającymi się z reklam telewizyjnych, ale śmiech grzązł w rozpasanych efektach gore. Podobnie jest z omawianym filmem. Niby pojawiają się aluzje do japońskiej popkultury – m.in. filmów tokusatsu, filmów szklonych, kultury kawai itp.. Jest nawet całkiem zabawne nawiązanie do słynnej sceny nabicia na pal z „Cannibal Holocaust”, ale wszystko te aluzje są niemrawe i mało wyraziste. Ten film po prostu nie kąsa szyderczą, bezlitosną ironią. Zbyt wiele ekranowego czasu poświęcono na oszałamianie widza tryskającą krwią i rozrywanymi ciałami, by owe nieśmiałe próby wyśmiania należycie wybrzmiały. Niewątpliwie obmyślanie coraz bardziej groteskowych kreatur i coraz bardziej zwariowanych efektów gore bawiło całą trójkę reżyserów i ekipę. I to tak bardzo, że tym razem, w tym szaleństwie zgubił się sens. Choćby najbardziej wątły.

 „Mutant Girls Squad” jest obrazem tak bardzo kuriozalnym, że aż intrygującym. W moim odczuciu nie na tyle jednak intrygującym, bym mógł go ocenić wysoko. Jednak eksplodująca energia tego filmu, niezwykle sprawna realizacja i inscenizacyjny rozmach sprawiają imponujące wrażenie. Czuję – i czułem to w przypadku „The Machine Girl” (wątpiących w mój instynkt odsyłam do recenzji z tego filmu na – www.horror.com.pl ), że mimo mojej  sceptycznej oceny, „Mutant Girls Squad” stanie się filmem kultowym.

MOJA OCENA: 6,3/10


REALIZACJA
FABUŁA
DRUGIE DNO
Jeden z najlepiej zrealizowanych japońskich przedstawicieli „nowego gore”. Rozmach, inwencja i szalona wyobraźnia twórców.
Apokalipsa zwariowanego gore, do której dodano historyjkę, będącą skrzyżowaniem „Tokyo Gore Police” oraz „X-menów”
Drugie dno? No, nie róbmy sobie jaj!

    

środa, 12 stycznia 2011

A MOMENT TO REMEMBER (Nae meorisokui jiwoogae, Korea Płd, 2004)


Pamiętasz wszystko...
wiem, że pamiętasz
na wieczność całą...
Ja też pamiętam!
A tak się boję, że czas nastanie
kiedy zapomnę...

/Icchak Kacenelson, żydowski poeta i dramaturg /

O co chodzi?

Su-jin jest młodą, atrakcyjną kobietą, która rozpacza po zerwaniu znajomości z żonatym mężczyzną. Niespodziewanie w jej życiu pojawia się przystojny stolarz, kształcący się na architekta, Cheol-su. Młodzi zakochują się w sobie, pobierają się i zamieszkują razem. Nieoczekiwanie na szczęśliwym życiu Cheol-su i Su-jin cieniem kładzie się przerażające odkrycie. Dziewczyna, mimo młodego wieku, zapadła na chorobę Alzheimera. Choroba jest nieuleczalna i w szybkim tempie postępuje. Su-jin traci pamięć, zapomina drogi do domu, nie wiem jak skorzystać z komórki, w końcu zaczyna zapominać Cheol-su i siebie.

Perfekcyjny melodramat

 „A Moment to Remember” w reżyserii Johna H. Lee (Lee Jae-hana) to melodramat perfekcyjny. Dlaczego? Żeby udzielić odpowiedzi na to pytanie trzeba wpierw odpowiedzieć na inne pytania: czym jest melodramat i w jaki sposób z jego konwencją obchodzi się reżyser recenzowanego filmu. Melodramat to jeden z najstarszych gatunków filmowych, wywodzący się z tradycji literackiej i teatralnej (XVIII w. Włochy, Francja). Charakteryzuje się daleko posuniętym skonwencjonalizowaniem, a jego głównym celem jest wywoływanie emocji – wzruszenia. Dlatego też filmy realizowane w tym gatunku odznaczają się atrakcyjną fabułą, wyjątkowymi bohaterami (zazwyczaj młodymi i pięknymi), patosem, sentymentalizmem, gotowymi schematami (np. motyw przypadkowego spotkania i miłości od pierwszego wejrzenia, zawód miłosny, niespodziewanie odwrócenie sytuacji, cudowne ocalenie oraz bardzo często nieszczęśliwe zakończenie). Najważniejszą cechą melodramatu jest temat, który podejmuje, czyli czysta i wieczna miłość, łącząca parę bohaterów oraz Przeznaczenie, zły Los (przeważnie nieuleczalna choroba), która staje na drodze szczęścia bohaterów.

Każdy kto widział „A Moment to Remember” z łatwością odniesie poczynione uwagi, dotyczące gatunku melodramatu, do koreańskiego filmu. Tematem obrazu Lee jest miłość niemożliwa, bohaterowie są atrakcyjni, przypadek sprawił że się pokochali (wpadli na siebie w drzwiach całodobowego sklepu), na przeszkodzie ich pięknego, czystego uczucia staje śmiertelna choroba, czyli Przeznaczenie, Zły Los. Obraz Lee na pozór nie różni się od innych, taśmowo produkowanych wyciskaczy łez, ale nie bez powodu umieściłem „A Moment to Remember” w dziesiątce filmów minionej dekady. Ponieważ nie jest istotna konwencja, ale sposób w jaki reżyser, z niej korzysta oraz szczerość wywoływanych przez film emocji. W tym względzie Lee okazuje się być mistrzem manipulacji. Bo czy tego chcemy czy nie emocjonalna manipulacja wpisana jest w istotę melodramatu (ale nie tylko, bo co powiedzieć o horrorze?). Rzecz w tym by widz nie zdawał sobie sprawy, że ktoś steruje jego wzruszeniem, a już na pewno by nie czuł się emocjonalnie szantażowany. Twórca „A Moment to Remember” jest jednak profesjonalistą i oglądając jego film, dopiero przy ponowny seansie, uświadamiamy sobie jak subtelnie kierował naszymi emocjami.

Lee manipuluje na różne sposoby naszymi odczuciami. Począwszy od wyboru młodych, fizycznie atrakcyjnych i budzących sympatię aktorów w rolach głównych, przez naznaczenie bohaterów różnego rodzaju stygmatami cierpienia (Cheol-su miał nieszczęśliwe dzieciństwo, a Su-jin cierpi na chorobę Alzheimera) aż w końcu po specyficzny sposób filmowania. Z jednej strony twórcy akcentują piękno przyrody, eksponują zbliżenia roześmianych twarzy protagonistów, wprowadzają momenty humorystyczne, eksponują wzajemną miłość i poświecenie bohaterów oraz znaczenie rodziny w życiu itp. Z drugiej zaś, jakby mimochodem, zagęszczają akcję coraz większą liczbą coraz intensywniej objawiających się symptomów choroby Su-jin. Zresztą sceny, w których z sielskiego życia bohaterów wyzierają niepokojące sygnały nadciągającego nieszczęścia  (np. garść długopisów, które bohaterka nosi w torebce, ponieważ ciągle je gubi, jej przejęzyczenia, zapominanie słów itp.) są najlepsze w filmie. Choroba Alzheimera, która nabiera na sile i zaczyna niszczyć Su-jin i jej miłość do Cheol-su jest najwyrazistszym przykładem manipulacji emocjami widzów.  Schorzenie, na które zapada bohaterka w rzeczywistości tylko w 1% zachorowań przytrafia się osobom poniżej 65 roku życia. W filmie natomiast zapada na nią nie tylko bardzo młoda osoba, ale na dodatek piękną, sympatyczna i kochana ( i którą gra Son Ye-jin, co właściwie wystarczy za wszystkie te określenia). Choroba przytrafia się w jej najszczęśliwszy momencie życia i na dodatek rozwija się z prędkością przesuwającej się taśmy filmowej. Ale „A Moment to Remember” to nie reportaż z życia, ale melodramat  Ważne jak te różnego rodzaju uproszczenia, zakłamania i manipulacje wpływają na odbiór filmu. A w tym przypadku film ogląda się znakomicie. Wzruszenie, nawet jeśli reżyser na różne sposoby nim steruje, jest autentyczne i osiąga kulminacje w bardzo dobrym (choć dla niektórych pewnie niemiłosiernie ckliwym) finale.

Ale na wartość obrazu Lee wpływa nie tylko perfekcyjne korzystanie z konwencji melodramatu, wyczucie w manipulowaniu emocjami widzów oraz inteligentne, nie nachalne prowadzenie wątku narastającej grozy nieuleczalnej choroby. Bowiem „A Moment to Remember” to opowieść nie tylko o miłości niemożliwej. To także, a może nawet przede wszystkim, opowieść o ludzkiej pamięci bez, której człowiek po prostu umiera.

Czy mnie jeszcze pamiętasz ?

 Film Lee znacznie zyskuje, gdy rozpatrywać go jako przypowieść o ludzkiej pamięci. Pamięć to nie tylko zdolność do rejestrowania i ponownego przywoływania wrażeń zmysłowych, skojarzeń czy informacji. Pamięć człowieka to jego rodzina, bliscy, przyjaciele znajomi, jego przeszłość, wspomnienia, dziedzictwo, całe życie. Wątek utraty pamięci przez Su-jin jest najbardziej dramatyczny i przejmujący w filmie. I pal licho, że mało prawdopodobny albo nawet w ogóle niemożliwy w życiu, skoro w sugestywny i efektowny sposób ukazuje wagę pamięci. Wątek ten jest udanie wpisany w konwencję melodramatu i stawia przede widzem niegłupie pytanie: czy zapomnimy, tego kogo kochamy? Czy jesteśmy w stanie ocalić miłość od zapomnienia?

Hiszpański pisarz Carlos Ruíz Zafón w powieści „Cień wiatru” napisał: „Istniejemy, póki ktoś o nas pamięta.”  W kontekście filmu to optymistyczna myśl. Choć Su-jin coraz bardziej zapomina kim jest jej ukochany a nawet zapomina kim sama jest, ona nigdy nie zostanie zapomniana przez Cheol-su i na pewno przez rodzinę. Pamięć unieśmiertelnia ludzi, oni – nawet jeśli nie ma ich wśród nas – żyją we wspomnieniach innych. To dlatego na Dalekim Wschodzie przywiązuje się taką wagę do troski o przodków, o to, by kolejne pokolenia czcili ich pamięć. Istniejemy, póki ktoś o nas pamięta – po prostu.   

…i słówko o Son Ye-jin

Nie sposób, recenzując „A Moment To Remember” nie wspomnieć o Son Ye-jin w głównej roli kobiecej. Co można napisać o aktorce, która uwielbia się nawet, gdyby przez cały czas stała w filmie jak kołek i gapiła się przed siebie? Rola w filmie Lee stała się przełomem dla aktorskiej kariery Son i uczyniła z niej gwiazdę. Po ponownym seansie (za pierwszym razem było się trudno skupić na czymś innym niż na zjawiskowym pięknie aktorki) z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że stało się to nie za sprawą niewątpliwego wdzięku i urody Son. Koreańska gwiazda w roli Su-jin jest autentyczna, w pełni wiarygodna i z wielką klasą odtwarza swoją tragiczną postać. Gra bardzo oszczędnie, nie nadużywa typowej dla ról heroin melodramatycznej maniery, jest bardzo naturalna i zdobywa sympatię widza od pierwszego kadru, w którym się pojawia. Czy można od aktora/aktorki oczekiwać czegoś więcej? 


MOJA OCENA: 7,8/10



REALIZACJA
FABUŁA
DRUGIE DNO
Powiedzmy wprost – „A Moment To Remember” to konfekcja. Ale konfekcja perfekcyjna i na najwyższym poziomie
On kocha ją a ona coraz bardziej zapomina, że też go kocha. Uszlachetniony melodramat na miejsce w „10 dekady”. 
A jednak jest drugie dno. Film o miłości niemożliwej, ale także o wadze ludzkiej pamięci.

>

wtorek, 11 stycznia 2011

Happy Birthday Son Ye-jin!


No i stało się! Świętuję po raz drugi na mym blogu urodziny Son Ye-jin (niechybny znak, że stuknął mi roczek obecności w sieci ;)). Tym razem, zamierzam obejść urodziny mojej ukochanej aktorki wyjątkowo hucznie. Przygotowałem kilka atrakcji: dziś będzie do czytania i oglądania, a na jutro planuję „do czytania” – przygotowałem recenzję z  najsłynniejszego filmu Ye-jin – „A Moment To Remember”. A co dziś?

sobota, 8 stycznia 2011

THE INTRUDER (Kong bu ji, Hongkong, 1997)

  
O co chodzi?

Yieh Siu Yan jest młodą Chinką, ściganą przez policję. Zamierza uciec do Hongkongu, lecz w tym celu niezbędny jest numer identyfikacyjny ID (coś w rodzaju dowodu osobistego). Zabija więc prostytutkę, kradnie jej numer ID i podszywa się pod nią. Bez trudu przedostaje się przez granicę chińską oraz przez hongkońską. Na miejscu zaczyna się rozglądać za mężczyzną, którego zamierza porwać i zdobyć jego numer identyfikacyjny. W Chinach lądowych został bowiem jej mąż, Kwan, który ma dołączyć do kobiety, jeśli ta zdobędzie dla niego numer ID.  Udając prostytutkę poznaje taksówkarza Chen Chi Mina, który wydaje się być idealną ofiarą. Mieszka samotnie w odludnej okolicy, jest rozwiedziony, skłócony z matką wychowującą jego czteroletnią córkę. Yan, aby ułatwić sobie zadanie potrąca mężczyznę samochodem łamiąc mu obie nogi. Unieruchomiony na wózku inwalidzkim jest całkowicie bezbronny. Kobieta dostaje się do jego domu, obwiązuję taśmą samoprzylepną, knebluje. I przemienia bezbarwne życie Chena w koszmar, którego nawet sobie nie wyobrażał. Zakochana w Kwanie Yan nie cofnie się przed niczym by sprowadzić do Hongkongu ukochanego męża.

Chiński intruz

„Intruder” w reżyserii debiutanta Tsang Kan-Cheunga to jeden ze schyłkowych przedstawicieli hongkońskiej eksploatacji zwanej od kategorii wiekowej „tylko dla dorosłych” – Category 3 lub po prostu Cat.III. Jest to specyficzny nurt kina, ponieważ nigdzie indziej exploitation movies nie cieszyły się tak wielkim powodzeniem ani nie wykazywały się tak wielkimi ambicjami w komentowaniu społecznej rzeczywistości (w tym przypadku –Hongkongu). Zwłaszcza tej drugiej cechy możemy dopatrywać się w omawianym filmie. „Intruduer” miał bowiem premierę w 1997 r., a więc dość szczególnym okresie. Po pierwsze dlatego, że filmu Cat. III powoli traciły na popularności a ich produkcja stopniowo malała. „Złoty okres” hongkońskiej eksploatacji przypadał bowiem na pierwszą połowę lat 90., kiedy powstawały takie klasyki nurtu jak „The Untolod Story”, „Dr Lamb” czy „Red To Kill”. Drugi powód, dla którego rok premiery „Intrudera” był szczególny, miał związek ze współczesną historią Hongkongu. W 1997 r. nastąpiło bowiem oficjalne przejęcie byłej brytyjskiej kolonii przez komunistyczne  Chiny. Wydarzenie to miało znaczący wpływ nie tylko na dotychczasową politykę i gospodarkę Hongkongu, ale także na tamtejszy przemysł filmowy. Mimo iż międzynarodowe umowy gwarantowały aż do 2040 r. autonomię m.in. w produkcji filmów, liczba filmów made in Hongkong drastycznie zmalała. Powszechnym uczuciem towarzyszącym nie tylko filmowcom, lecz mieszkańcom małego miasta-państwa był lęk o przyszłość. Czy komunistyczny reżim znacjonalizuje przemysł, czy wprowadzi drakońskie przepisy, czy ograniczy obywatelskie prawa i wolności? Ów lęk znalazł dość nieoczekiwanie wyraz w debiucie Tsanga. Na taką interpretacje zdobył się Grady Hendrix, znawca hongkońskiego kina.

W eseju „Hong Kong Horror – The 90`s and Beyond” zwraca bowiem uwagę, że fabułę „Intrudera” można odczytać jako alegorię przejęcia Hongkongu przez Chiny. Znaczący jest już bowiem tytuł - „intruz”.  Znaczące jest również, że chińskie małżeństwo jest parą brutalnych morderców, które pragnie zdobyć hongkoński dowód tożsamości, by móc legalnie przebywać na terenie tego bogatego państwa-miasta. Wdzierają się więc w gwałtownie nudne życie samotnego taksówkarza zabierając mu nie tylko świstek papieru potrzebny do wyrobienia nr ID, ale także jego tożsamość, najbliższą rodzinę a w końcu ciało (a dokładnie ręce). Taksówkarz zostaje wykorzystany i ogołocony praktycznie ze wszystkiego.  I właśnie tego obawiali się mieszkańcy Hongkongu po przejęciu ich kraju przez potężne, komunistyczne Chiny. Oczywiście film wyolbrzymia owe obawy, w końcu prezentuje nurt kina eksploatacji, ale tym samym w dobitny sposób oddaje lęk hongkońskiego społeczeństwa przed zmianą charakteru państwowości Pachnącego Portu jak poetycko określa się Hongkong.

Przytoczyłem tę interpretację, bo wydała mi się interesująca i oryginalna, a jednocześnie wskazująca na olbrzymi potencjał znaczeń zawartych w fabule „Intrudera”. Można bowiem historię w nim opowiedzianą odczytać już bez historycznego kontekstu. Ciekawie bowiem przedstawiono relacje między ofiarą a sprawcą. Relacje te bowiem przechodzą intrygującą ewolucję. Początkowo Chen wzbudza współczucie, potem, gdy dowiadujemy się szczegółów z jego prywatnego życia i że jest samolubnym draniem, źle odnoszącym się do żony, matki a nawet córki – nie żałujemy losu, który zgotowała mu Yan. Gdy mężczyzna opowiada, że wolnym czasie śpi albo gra w gry, Yan podsumowuje: „Co za nudne i bezwartościowe życie!”. W dalszej części filmu Chen sam przyzna, że zmarnował życie. Wyznanie to złoży, gdy zda sobie sprawę, że może stracić nie tylko życie, ale ukochaną córkę, dla której nie potrafił być dobrym ojcem. Po tej swoistej „spowiedzi” oraz gdy w rozpaczliwy sposób będzie się starał uratować dziewczynkę, widzowie znów są po jego stronie. Ale w „Intruder” nie tylko Chen jest postacią niebanalną, wiarygodną psychologicznie, lecz także jego antagonistka  Yan. Yan w interpretacji ponuro pięknej Wu Chien Lin (Jaqueline Wu) jawi się jako zmaterializowane zło.  Jest bezwzględna, okrutna, bezlitosna  - słowem nie odbiega od setek podobnych jej psychopatek. A jednak wraz z postępem akcji dowiadujemy się, że do brutalnego postępowania łącznie z morderstwami pcha ją nie skrzywiona psychika, lecz szalona miłość do Kwana. W pewnym momencie Yan traci zimną krew i bezradnie rozkłada ręce, nie wiedząc co dalej począć. Dopiero mąż spokojnym głosem instruujący ją przez telefon co ma począć z wynikłą sytuacją przywraca jej pewność siebie.  Drugi moment, gdy Yan ukazuje swe „ludzkie oblicze” pojawia się, gdy kobieta próbuje udusić córkę Chena. Okazuje się, że zamordowanie dziecka własnymi rękoma jest ponad siły nawet tak szaleńczo zakochanej kobiety jak Yan. Od tej chwili Yan będzie chronić dziewczynkę i nawet sprzeciwi się Kwanowi, gdy ten będzie chciał zabić dziecko. A zatem także i w opisie „czarnego charakteru” twórcy filmu wychodzą poza schemat.

Recepta na sukces

Dwoje interesujących bohaterów, na dodatek bezbłędnie zagranych przez aktorów to już połowa sukcesu. Druga – to sprawnie rozwijająca się intryga oraz znakomita realizacja. Oba te elementy posiada „Intruder”, dlatego ogląda się go z ogromnym zainteresowaniem i w pełnym napięciu. Ale jest nie tylko zajmująco i dramatycznie, ale także – jak przystało na kino eksploatacji – brutalnie i szokująco. Z tego rodzaju atrakcji najmocniejsze wrażenie sprawia scena zabójstwa przy użyciu śrubokręta oraz próba zamordowania dziecka. Pod względem potencjału gore film Tsanga co prawda ustępuje choćby „The Untold Story” czy „Dr Lamb”, nadrabia jednak ponurą, przytłaczającą atmosferą.  Terror psychiczny, poczucie wszechobecnego zagrożenia i daremności wszelkich prób przezwyciężenia koszmaru jest dojmujące i sprawia, że „Intruder” wgryza się w psychikę widza niczym sfora dzikich wygłodniałych psów. Atmosfera jest tym gęstsza, ponieważ Tsang zrezygnował z typowych dla filmów z nurtu Cat. III komediowych wstawek.

Jest jednak mały minusik. Daje go za muzykę, która nie dość, że niczym się nie wyróżnia spośród standardowych kompozycji, to na dodatek jest natrętna, nazbyt ilustracyjna i tym samym irytująca. Na szczęście fabuła jest tak zajmująca, że toporna muzyka razi dopiero przy ponownym seansie. Nawet jednak przy drugim seansie nie zmieniają się nasze odczucia, że „Intruder” to niegłupie, mocne kino, które nie zadawala się doraźnym szokowaniem.

MOJA OCENA: 7,8/10


Więcej o THE INTRUDER
 
REALIZACJA
FABUŁA
DRUGIE DNO
Kino eksploatacji, zatem mogłoby się wydawać, że otrzymamy niskobudżetową produkcję na miarę kina klasy B. A tu niespodzianka! W pełni profesjonalna realizacja
O tym do czego zdolna jest zakochana kobieta i dlaczego ma kategorię wiekową Cat. III – tylko dla dorosłych.
Niektórzy widzą w „The Intruder” egzorcyzmy odprawiane przez filmowców z Hongkongu nad chińskim demonem, pragnącym wydrzeć wolność bogatemu Hongkongowi. Ale można też dostrzec w nim po prostu przypowieść o tym, że człowiek to paskudne stworzenie gotowe na każdą potworność by dopiąć swego


środa, 5 stycznia 2011

XIU XIU: THE SENT DOWN GIRL (Tiān Yù, Chiny, 1998)



UWAGA ! MOŻLIWE SPOILERY

O co chodzi?

Piętnastoletnia XiuXiu w ramach akcji integrowania się młodzieży z miasta z chłopstwem wysłana zostaje na prowincję. Przydzielona zostaje do zajmującego się hodowlą koni doświadczonego przez los, mającego opinię odludka i dziwaka, Lao Jina. Xiu Xiu jest przerażona warunkami, w jakich przyszło jej żyć. Lao Jin niewiele mówi, mieszka w namiocie i rzadko bierze kąpiel. Mimo to dziewczyna powoli zaczyna dostrzegać, że milczący, dorosły mężczyzna jest sympatycznym i życzliwym człowiekiem. Pociesza ją także fakt, że po upływie sześciu miesięcy ma dołączyć do grona dziewcząt, które będą przyuczać „nowicjuszki”. Kiedy jednak po upływie pół roku nikt nie przyjeżdża po Xiu Xiu, dziewczyna zaczyna rozumieć, że utknęła na dobre z Lao Jin pośród bezkresnego pustkowia. Spotkanie z młodym mężczyzną uświadamia Xiu Xiu, że bez wpływowych rodziców i układów w Siedzibie Głównej, zarządzającej akcją przesiedlenia młodzieży, nigdy nie wyrwie się z tego zapomnianego przez Boga i ludzi miejsca. Jedyny atut jaki posiada Xiu Xiu to młode, ładne i nad wiek dojrzałe ciało. Zaczyna uprawiać seks z mężczyznami, mając nadzieję, że pomogą jej załatwić wymagane dokumenty, dzięki którym będzie mogła wrócić do rodziców. Xiu Xiu jest tak bardzo zajęta sobą, że nawet nie zauważa, iż Lao Jin jest beznadziejnie w niej zakochany. Dla dziewczyny zniesie każde upokorzenie i zrobi wszystko.

Miłość w czasach zarazy

Z napisów początkowych “Xiu Xiu: The Sent Down Girl“ w reżyserii popularnej aktorki Joan Chen („Ostatni cesarz”, serial „Miasteczko Twinpeaks”) dowiadujemy się, że w latach 1967-76 prawie siedem i pół miliona chińskiej młodzieży wysłana została w ramach koedukacji i wyrównywania różnic między miastem a wsią na prowincję. W istocie akcja ta była zakamuflowaną formą represji, służąca rozbijaniu rodzin przez rozdzielanie dzieci i rodziców. Wielu bowiem z młodych ludzi nie powrócił do swych rodzin – utknęli na prowincji na dobre. Tak jak nastoletnia bohaterka filmu, Xiu Xiu. Jednak reżyserski debiut Chen nie jest opowieścią o polityce, choć stanowi ona niezwykle znaczący kontekst dla przedstawionych wydarzeń. Historia, którą oglądamy przypomina  nieco te znane z obrazów reżyserów zaliczanych to tzw. Piątego Pokolenia. W filmach Zhanga Yimou, Chena Kaige czy Tian Zhuangzhuanga losy pojedynczych jednostek wpisane były w dramatyczną, często tragiczną historię współczesnych Chin. Akcja filmów rozgrywała się albo w czasach historycznych („Zawieście czerwone latarnie”), ale z wyraźnymi aluzjami do czasów komunistycznej dyktatury przewodniczącego Mao Zedonga albo w czasach współczesnych, zazwyczaj w najbardziej krwawym i brutalnym okresie rządów komunistów – rewolucji kulturalnej (1966-76) tak, jak w „Błękitnym latawcu”. Również w czasie rewolucji kulturalnej rozgrywa się akcja “Xiu Xiu: The Sent Down Girl“. Jednak w przeciwieństwie do obrazów opowiadających o tym ponury okresie historii Chin, Chen nie eksponuje fanatyzmu i brutalności Czerwonogwardzistów - terror czasów rewolucji jest ukazany poprzez skutki, które niesie dla bohaterów. Xiu Xiu zostaje uwieziona na odludziu, pośród bezkresnych stepów, z małomównym Tybetańczykiem Lao Jinem. Ale to nie wszystko. Skutkiem rewolucji jest gigantyczna biurokracja i korupcja. W pewnym momencie zakochany w Xiu Xiu jej opiekun proponuje dziewczynie, że zawiezie ją do pobliskiego miasta. Ale samotna nastolatka, bez dokumentów, bez urzędowych zezwoleń i pieniędzy najpewniej trafiłaby do wiezienia. Widz otrzymuje czytelny sygnał – w państwie totalitarnym jednostka jest przedmiotem a nie podmiotem, jest całkowicie podporządkowana władzy, która tworzy biurokratyczny system by ją zniewolić, stłamsić, zniszczyć. A jednak  “Xiu Xiu: The Sent Down Girl“ nie jest wariacją na temat słynnej powieści George`a Orwella, „Rok 1984”. To, co najbardziej i przede wszystkim interesuję reżyserkę to miłość w czasach komunistycznej zarazy.

“Xiu Xiu: The Sent Down Girl“ jest niezwykle piękną, urzekającą opowieścią o miłości. Rodzi się ona pomiędzy dwojgiem ludzi, których zdawałoby się, różni wszystko. Ona (czyli XiuXiu – w tej roli zjawiskowa szesnastolatka, Li Xiaolu ) jest pełną życia i wdzięku dziewczyną, on (czyli Lao Jin – znakomity Lapsong) dojrzałym mężczyzną, ciężko doświadczonym przez los. A jednak konieczność znoszenia własnej obecności rodzi również konieczność otwarcia na drugiego człowieka. I wtedy okazuje się, że energiczną nastolatkę i zgorzkniałego mężczyznę łączy ta sama rozpaczliwa, ślepa żądza bliskości i bycia kochanym. Ale ludzie to skomplikowany gatunek, zwłaszcza jeśli chodzi o wyrażanie uczuć. Xiu Xiu, z czasem zaczyna darzyć sympatią nieokrzesanego Lao Jina, lecz jest zbyt pochłonięta pragnieniem wyrwania się z bezludzia, na którym się znalazła się, by dostrzec nieśmiałe uczucie miłości, które zakiełkowało w sercu mężczyzny. On zaś jest zbyt zamknięty w sobie, zbyt doświadczony przez okrucieństwo ludzi, by odważyć się otwarcie wyrazić swe uczucie. Znaczna różnica wieku mogłaby sugerować, że historia ma nieco skandaliczny posmak, a jednak Chen z niebywałą delikatnością opowiada o uczuciach bohaterów. Miłość, w tym niebywale subtelnym delikatnym filmie, rozgrywa się w ukradkowych spojrzeniach bohaterów, na pozór przypadkowych gestach czy słabo słyszalnych szeptach. Zamiast dosadności i banału w opowiadaniu o miłości Chen z godną podziwu konsekwencją stosuje emocjonalną i estetyczną powściągliwość. Dość powiedzieć, że dopiero w końcowej scenie Xiu Xiu zostawia dziewczęcy pocałunek na ustach Lao Jina. Przez pozostały czas trwania filmu reżyserka każe się nam jedynie domyślać łączących bohaterów więzów. Dopiero w końcowych partiach filmu dla widza staje się jasne, że Lao Jin jest zakochany do szaleństwa w Xiu Xiu (scena w szpitalu).

Tadeusz Dołęga-Mostowicz napisał kiedyś: „Miłość równa się poświęceniu i zatraceniu w sobie". Film Chen tak przejmuje, bowiem opowiada, że miarą miłości jest zdolność do poświęceń. Opowiada, że kochać to znaczy poświęcać siebie w całości, w każdej sekundzie swego życia dla drugiej osoby i niczego w zamian nie oczekiwać. Tak kocha Lao Jin. Lao Jin kocha Xiu Xiu miłością nie narzucającą się, bezinteresowną i cierpliwą. Nie zatrzymuje dziewczyny, gdy ta che odejść. Wyrusza na ratunek, gdy Xiu Xiu gubi się wśród okolicznych bagien. Towarzyszy jej, gdy dziewczyna decyduje się na aborcję i czuwa przy niej jak wierny pies, gdy dochodzi do siebie po zabiegu usunięcia ciąży, który omal by jej nie zabił. Znosi w milczącym cierpieniu nawet poniżający Xiu Xiu seks z podejrzanymi typami, dzięki któremu dziewczyna ma nadzieje wyrobić sobie „układy”. Lao Jin kocha Xiu Xiu, taką jaką jest, a nie taką, jaką chciał, żeby była.  Kocha ją tak mocno, że…

Finał

Napiszę wprost – finał tej pięknej, przejmującej opowieści wprawił w mnie w konsternację. Wielką zaletą filmu Chen była wspominana przez mnie emocjonalna i estetyczna powściągliwość. Zamiast krzykliwego dramatyzmu, subtelny, szepczący dramat skazanych na siebie ludzi, którzy rozpaczliwie starają się kochać i być kochanym. Unikanie dosłowności, patosu i sentymentalizmu czyniło z historii ukazanej w filmie rzecz niezwykle przejmującą i wzruszającą. Nie czułem się, że ktoś szantażuje mnie emocjonalnie, że wzrusza na siłę, zwalając na bohaterów hiobowe nieszczęścia w ilości przytłaczającej. Aż to nagle, zupełnie niespodziewanie Chen, dowala finałem, w którym Xiu Xiu pozwala się zastrzelić Lao Jin, a ten nie mając dla kogo żyć, popełnia samobójstwo. Prawda, że nie brzmi to dobrze?

A jednak wszystko się zgadza. Czyż nie pisałem, że miarą prawdziwej miłości jest poświecenie? Anthony de Mello powiedział niegdyś: „Czy kiedykolwiek przyszło wam do głowy, że naprawdę możecie kochać tylko wtedy, gdy jesteście samotni? Zapytacie, jakie to ma dla miłości znaczenie. Oznacza to widzenie osób, sytuacji, rzeczy takimi, jakimi są w rzeczywistości, a nie takimi, jakimi sobie wyobrażacie, że są”. Właśnie wtedy, kiedy Xiu Xiu poczuła się bezgranicznie samotna i bezradna wobec swej samotności, dostrzegła zakochanego Lao Jina. Nie mogła jednak z nim zostać, ponieważ nie była w stanie odwzajemnić jego miłości. Mogła jedynie zginąć. Lao Jin, zrozumiał ukochaną bez słów, a ponieważ był gotów dla niej zrobić wszystko, zastrzelił ją. Bez niej jednak życie Lao Jina nie miało sensu. Interpretacji jest wiele i nawet jeśli mam rację, to nie czuje się przekonany. Zastanawia mnie, dlaczego bohaterowie wielu azjatyckich filmów muszą tragicznie skończyć, by potwierdzić wartość swego uczucia? Czasami trudniej jest żyć i kochać niż kochać i umrzeć.

MOJA OCENA: 7,7/10


REALIZACJA
FABUŁA
DRUGIE DNO
„Woman touch” – przyszło mi do głowy podczas oglądania filmu Joan Chen.
Co to znaczy? Odpowiedź zawarta jest w filmie.
Miłość w czasach komunistycznej zarazy.
Nie ma miłości bez poświecenia. Ale czy koniecznie trzeba umierać dla miłości?
   
>

niedziela, 2 stycznia 2011

TOP 10: NAJLEPSZE AZJATYCKIE HORRORY DEKADY (2001-2011)


Zgodnie z obietnicą prezentuje „10 najlepszych azjatyckich horrorów dekady”. Tym razem więcej niż połowa to produkcje japońskie, co nie powinno dziwić zważywszy na fakt, że Japończycy mają zamiłowanie do grozy w genach (vide japoński folklor pełen przerażających, śmiertelnie niebezpiecznych istot). Wybór był niezwykle trudny, zwłaszcza, że azjatycki  horror to mój żywioł i średnio oglądam po dwa, trzy filmy grozy z Azji na tydzień. Nie miałem wątpliwości co do dwóch pierwszych miejsc, natomiast co do pozostałych wahałem się. Ostatecznie postawiłem na różnorodność i nieoczywistość, także jeśli chodzi o kraje pochodzenia. Są zatem ghost story, krwawe horrory gore, dramaty grozy oraz gatunkowe mieszanki. Dominują – jak już wspomniałem - filmy z Japonii, ale są także dwie produkcje z Hongkongu i nawet jedna z egzotycznej Indonezji. A co do reszty… wszystko znajdziecie w komentarzach.

Acha, zrezygnowałem z listy 10 najlepszych azjatyckich reżyserów dekady, bo co za dużo, to niezdrowo. Ten ranking zostawię sobie na inną okazję ;)
       
A zatem  10 NAJLEPSZYCH AZAJTYCKICH HORRORÓW DEKADY



10. 

FORBIDDEN DOOR 
(reż. Joko Anwar, Indonezja, 2009)

  
Najbardziej oryginalny horror dekady. Kino grozy z Indonezji to w zdecydowanej większości nudne do bólu, kiczowate i tandetne historyjki o miejscowym wampirze – kuntilanaku, będące nieudolnymi przeróbkami „Klątwy Ju-on” lub „The Shutter-Widmo”. Tym bardziej godny odnotowania i miejsca w „10 dekady” jest niezwykły horror Joko Anwara, „Forbidden Door” z 2009 r.. To niecodzienna gatunkowo-stylistyczna hybryda dramatu psychologicznego, thrillera, krwawego horroru gore, filmowej groteski, filmu noir, estetyki komiksu i filmu obyczajowego. Nieco przypomina twórczość Davida Lyncha, zwłaszcza jego „Blue Velvet” i „Ogniu krocz za mną”, lecz podobieństwa są powierzchowne i w niczym nie zmieniają faktu, że „Forbidden Door” to jedna z najoryginalniejszych filmowych historii szaleństwa, będącego skutkiem traumatycznego dzieciństwa. Każdy z nas ma bowiem drzwi, których nie powinien otwierać. Czai się za nimi koszmar, który uwolniony z zamknięcia, może raz na zawsze odmienić nasze życie. Stylowe, mroczne i zaskakujące kino. Gdyby nie przekombinowane zakończenie obraz Anwara byłby znacznie wyżej na liście.

>


9. 

HUMAN PORK CHOP 
(reż. Benny Chan, Hongkong, 2001)


Najbardziej wstrząsający horror dekady. Podobnie jak w przypadku „Strange Circus” (4 msc na liście) bardziej to dramat niż horror, na dodatek znacznie mniej artystycznie wyrafinowany, ale być może właśnie dlatego tak porażający. „Human Pork Chop” to chłodna rekonstrukcja autentycznej, bestialskiej zbrodni, której na chińskiej prostytutce dopuścili się trzej gangsterzy z chińskiej triady ( w filmie jest to sutener i dwaj jego znajomi i ich dziewczyny). Ofiara była przez kilka tygodni przetrzymywana w mieszkaniu jednego z nich i poddawana okrutnym torturom (m.in. zmuszano ją do zjadania ekskrementów). W końcu zmarła z wycieńczenia (w filmie z powodu przedawkowania narkotyków). Jej ciało zostało poćwiartowane, z niektórych części sprawcy przyrządzili kotlety, pozostałe fragmenty ciała wyrzucili w foliowych workach na śmietnik, a głowę schowali w wielkim pluszowym misiu. Film Benny`ego Chana jest beznamiętną relacją z tej zbrodni i autentycznie przeraża, szokuje i wstrząsa. Mocne kino o bestialskiej naturze człowieka. 

Fragment filmu:
>


 8.

THE MACHINE GIRL
(reż. N. Iguchi, Japonia, 2007)
i
VAMPIRE GIRL VS FRANKENSTEIN GIRL (reż. Y, Nishimura, N. Tomomatsu, Japonia, 2009)




Najbardziej szalone horrory dekady. Na ósmej pozycji dwa filmy, ponieważ trudno było mi zdecydować, który bardziej zasługuje na miejsce na liście. „The Machine Girl” de facto rozpoczęło modę na „nowe gore”, ale „The Vampire Girl vs Frankenstein Girl” stanowi rozwinięcie i dopełnienie słynnego filmu Noboru Iguchiego. Bez wątpienia obydwa filmy są najbardziej udanymi przedstawicielami krwawej fali „nowego gore”. Obydwa mają to, co najlepsze w tym nurcie: nieokiełznaną energię i twórczą siłę armatniego pocisku, anarchistyczne poczucie humoru, bezlitosną, szyderczą krytykę japońskiej popkultury i szalony, pozbawiony hamulców melanż gatunków i estetyk. To się nazywa kino totalne!

The Machine Girl
>

Vampire Girl Vs Frankenstein Girl
>


7.

HORROR HOTLINE…THE BIG HEAD MONSTER
(reż. Cheang Pou-Soi, Hongkong, 2001)


Największa, pozytywna niespodzianka dekady. Mało znany hongkoński horror z nie najwyższą oceną na IMDB, a ja nie mam pojęcia dlaczego?. Bo „Horror Hotline…” to wzorcowy popis nastrojowej, inteligentnej grozy. Gdyby ktoś mnie zapytał, jak powinien wyglądać idealny horror, straszący atmosferą i niedopowiedzeniami, wskazałbym bez wahania na film Cheanga Pou-Soia . No i ten finał! Porównuje się go do zakończenia „The Blair Witch Project”, ale tak naprawdę nie ma czego porównywać. Amerykański horror co najwyżej zasiewa niepokój w sercach widzów, podczas gdy finał „Horror Hotline…” dosłownie wgniata w fotel.

>


 6.

THE BUTCHER 
(reż. Kim Jin-won, Korea Płd, 2007)



Najbrutalniejszy film dekady. O „The Butcher” pisałem już na moim blogu, wiec nie będę się rozpisywał. Kino niezależne, undergroundowe, ale profesjonalnie wykonane. Filmowy eksperyment (oglądamy filmowe wydarzenia bezpośrednio z perspektywy ofiar i oprawców), ale nie pozbawiony głębszego dna. Niewyobrażalna dawka okrucieństwa, ale nie dla bezmyślnego epatowania przemocą. I nieoczekiwana porcja specyficznej, ożywczej, gryzącej ironii. Krótko mówiąc „The Butcher” to coś więcej niż prymitywny shocker! A poza tym żaden film taką mną nie sponiewierał jak obraz Kima, co oczywiście – gdyby ktoś miał wątpliwości – jest wielkim komplementem.



5.

EPITAPH 
(reż. Jeong Brothers, Korea Płd, 2007)


Najpiękniej sfilmowany horror dekady (aczkolwiek tylko o milimetry wyprzedził „A Tale Of Two Sisters”). Bracia Jeong wykreowali odchodzący w zapomnienie świat szpitala Anseong w sposób tak dalece malarski, poetycki, zachwycający, że można go podziwiać w nieskończoność. Nie jest to jednak kino pustego efektu – cała warstwa wizualna i skomplikowana narracja podporządkowana jest naczelnej tematyce filmu – przemijaniu i pragnieniu unieśmiertelnienia przepływającego świata. Ale to nie wszystko. „Epitaph” to również, wprawdzie niezbyt liczne, ale za to rewelacyjnie zainscenizowane sceny grozy (wątek dziewczynki Asako i nawiedzających ją sennych koszmarów). Obok „A Tale Of Two Sisters” najlepszy koreański horror wszechczasów.  

>



4.

STRANGE CIRCUS
 (reż. Sion Sono, Japonia, 2005)


Najbardziej przejmujący horror dekady. Ale jednak „Strange Circus” bardziej jest dramatem niż rasowym horrorem, toteż dopiero na czwartym miejscu. Reżyser filmu Sion Sono korzysta w  mistrzowski sposób z poetyki ero guro ( kierunku artystycznego, którego istota zawiera się w jego pełnej nazwie – ero guro nansensu (erotic, grotesque, nonsense czyli erotyka, groteska, nonsens). Zapełnia więc film groteskowo zdeformowanymi postaciami, ekscentrykami, dziwolągami i potworami (najbardziej przerażające wrażenie sprawia pozbawiony rąk i nóg korpus człowieka). Jednak największą grozę budzi w filmie seksualna przemoc wobec matki i córki, której dopuszcza się mąż i ojciec oraz tragiczne skutki zniszczenia psychiki ofiar. Wstrząsający obraz, choć kompletnie nie straszny w potocznym rozumieniu.

>



3. 

JU–ON THE GRUDGE 1 & 2
(reż. Takashi Shimizu, Japonia, 2002, 2003) 


Najlepsza azjatycka ghost story dekady. Na trzecim miejscu dwa filmy, ponieważ dla mnie prezentują niemal identyczną wartość – dwie kinowe wersje „Ju-on The Grudge”. Zaletą obydwu filmów Takashiego Shimizu jest przede wszystkim różnorodność w sposobach straszenia widzów. Mamy tutaj dosłownie wszystko: od straszenia nastrojowego, przez jump scene`s aż po gore. W dodatku każda z tych metod prezentuje najwyższy z najwyższych poziomów. Jest też sporo ożywczej dawki surrealizmu i groteski (zwłaszcza w drugiej części kinowej „Ju-on”) oraz wiele autentycznie przerażających, „klasycznych” momentów grozy (scena na schodach!). Nie sposób też nie wspomnieć o  najważniejszej bohaterce serii – Kayako, bogini ekranowego strachu! Dorzućmy koniecznie także niezwykłą, przejmującą atmosferę smutku, opisującą filmowy świat, którym niepodzielnie rządzi bezlitosna śmierć.

Ju-on The Grudge
>

Ju-on The Grudge 2
>


 2. 

PULSE
(reż. Kiyoshi Kurosawa, Japonia, 2001) 

  
Najambitniejszy horror dekady. Okazuje się, że w rękach artysty takiego jak Kiyoshi Kurosawa,  nawet tak wtórny i pośledni gatunek jak horror może stać się narzędziem artystycznej wypowiedzi. „Pulse” tylko z pozoru jest kontynuatorem konwencji J-horroru i japońskich techno-horrorów. W istocie to przejmująca elegia o samotności, egzystencjalnej pustce i o spotkaniu z Tajemnicą. Kino jest sztuką konkretu, a jednak talent Kurosawy pozwala dokonać niemożliwego – na ekranie oglądamy bohaterów skonfrontowanych z transcendencją (najlepsza scena grozy zobacz: Top 10: Najlepsze sceny grozy w azjatyckich horrorach). Co wynika z tej konfrontacji samotnych, pogrążonych w uczuciowej pustce bohaterów? Czarne plamy na ścianach, które rozsypują się w pył rozwiewany przez wiatr. Przejmujące, niezwykle bogate w znaczenia kino i dowód, że horror nie musi być głupi i prymitywny.    

>


1.

A TALE OF TWO SISTERS
(reż. Kim Ji-woon, Korea Płd, 2003) 

 

Arcydzieło gatunku. O filmie Kim Ji-woona więcej pisze w komentarzu do „10 najlepszych azjatyckich filmów dekady”, w tym miejscu dodam tylko, że „A Tale of Two Sisters” jest niezwykle oszczędny w filmową grozę. Ale za to stawia na jakość – nieliczne „straszne” sceny są perełkami filmowego strachu. Kim nawet z głupiego buuu! (scena z upiorem pod zlewozmywakiem) potrafi uczyć majstersztyk grozy. A do tego ta gęsta niczym smoła atmosfera kompletnej paranoi i szaleństwa.  I lovet it! 

>


Mam świadomość, że na powyższej liście powinno znaleźć się jeszcze co najmniej 10 filmów, które jedynie w niewielkim stopniu ustępują wymienionym. Ale taki już urok wszelkich zestawień, że chętnych jest wielu, a miejsc niewiele. Może druga dziesiątka horrorów? Zastanowię się...