STAROŚĆ W WIELKIM MIEŚCIE
Gdyby zapytać statystycznego widza o rumuńskie kino, zapanowałoby kłopotliwe milczenie. Istotnie przez wiele dekad kinematografia z Rumunii była filmowym zaściankiem. Jednym znaczącym osiągnięciem była nagroda na festiwalu w Cannes dla Liviu Ciulei za reżyserię dramatu psychologicznego „Las powieszonych” z 1965 r.. Codzienność rodzimego kina pod rządami komunistycznego dyktatora Nicolae Ceausescu to historyczne widowiska nawiązujące do chwalebnej przeszłości narodu, wysławiające ustanowiony przez niego kult jednostki. Po obaleniu tyrana i demokratyzacji kraju sytuacja uległa jeszcze dramatyczniejszemu pogorszeniu. Przez lat 90. nie powstał żaden film fabularny a kina zamieniano na magazyny. Z pomocą rodzimej kinematografii przyszli Amerykanie, którzy wykorzystywali bajeczne, karpackie plenery w swych filmach za śmieszne pieniądze (tu kręcono m.in. „Dacule” F.F. Coppoli). Przełom artystyczny nastąpił w nowym tysiącleciu. Do głosu doszło bowiem młode pokolenie reżyserów, kształconych albo w prywatnych szkołach filmowych albo zagranicą. Nie stanowią oni jednorodnej grupy, ale eksplozja reżyserskich talentów przyczyniła się do powstania nurtu w rumuńskim kinie, często nazywanym Nową Falą (na wzór francuskiej czy czeskiej nowej fali). Filmy takie jak „12:08 na wschód od Bukaresztu” (Złota Kamera w Cannes), „Tak spędziłem koniec świata” (nagrody aktorskie w Cannes), czy najsłynniejszy „Cztery miesiące, trzy tygodnie i dwa dni” (Złota Palma w Cannes, 2007) sprawiły, że dziś rumuńskie kino jest jednym z najciekawszych zjawisk na mapie filmowej Europy. A wszystko to zaczęło się od skromnego filmu Cristi Puiu, „Śmierć pana Lazarescu”.
Fabularny punkt wyjścia wydaje się być nieprzyzwoicie banalny. Oto sześćdziesięciotrzyletni samotnie mieszkający pan Lazarescu pewnego dnia poczuł się źle. Bolała go głowa i męczyły wymioty. Objawy te zaniepokoiły go na tyle, że wezwał karetkę pogotowia. Karetka po jakimś czasie przyjechała. Pielęgniarka, Mioara Sandu po przebadaniu chorego stwierdziła, że konieczna jest jego hospitalizacja. Pan Lazarescu, chcąc nie chcąc wsiadł do karetki i udał się do szpitala. W tym miejscu historia mogłaby się skończyć, bowiem trudno spodziewać się czegokolwiek zaskakującego. A jednak. Akcja toczy się przecież w postkomunistycznej Rumunii. W Bukareszcie tej samej nocy miał miejsce straszliwy wypadek, szpitale są przepełnione rannymi w karambolu, lekarze są przemęczeni, a tłumy pacjentów wypełniają szczelnie izby przyjęć. Pan Lazarescu rozpoczyna zatem nocną odyseję od szpitala do szpitala, czując się coraz gorzej.