Maybe deep down... In diffrent universe.
/cytat z filmu /
O co chodzi?
Elang jest młodym, samotnym mężczyzną, którego prześladuje wciąż ten sam koszmar. Pojawiają się w nim tajemnicza kobieta, zakrwawione zwłoki kobiety i dziewczynki oraz postać w kostiumie królika. Elang stara się rozwikłać zagadkę koszmaru, ale rzeczywistość, w której żyje nie jest wcale lepsza od męczących, sennych majaków. W nienazwanym mieście grasuje niebezpieczny zabójca, panuje atmosfera powszechnego zagrożenia, każdy może być podejrzany. Elang kierowany dziwnym przeczuciem obawia się o życie młodej sąsiadki i jej córki. Co gorsza postacie z koszmaru mężczyzny zaczynają przenikać do rzeczywistości. Bohatera nawiedzają wizje morderstw popełnionych przez nieznajomego osobnika w kostiumie królika, tajemnicza kobieta ze snu pojawia się w życiu Elanga – ma na imię Jingga i nakłania mężczyznę do pomszczenia bandytów, którzy brutalnie ją zgwałcili. Dziwne zachowanie bohatera nie umyka uwadze sąsiadów, którzy podejrzewają, że Elang może być poszukiwanym przestępcą. Elang tymczasem wydaje się coraz bardziej tracić kontakt z realnym światem. Tylko, który ze światów, w których żyje bohater, jest tym prawdziwym?
Małżeństwo Ryota i Midori Nonomiya wychowują sześcioletniego Keitę i wydaje się, że do szczęścia niczego im nie brakuje. Ryota jest architektem i pracuje w dużej firmie, więc Midori nie musi pracować mogąc poświecić się wychowaniu Keity. Pewnego jednak dnia Nonomiya zostają wezwani do szpitala i powiadomieni, że w trakcie pobytu na oddziale porodowym doszło do zamiany noworodków. Okazuje się, że Keita nie jest ich synem. Biologicznymi rodzicami Keity są Yudai i Yukari Saiki. Yudai jest sklepikarzem z przedmieść Tokio, Yukari pracuje w barze i to oni wychowują Ryuseia (biologicznego syna Nonomiyów) a ponadto młodsze rodzeństwo. Jak rozwiązać ten problem? Trudna sytuacja zbliża obie rodziny, które w końcu decydują się wymienić chłopcami w nadziei, że ci zaadaptują się szybko w nowej rodzinie.
Zrecenzowanie „The
Drifting Classroom” nie jest łatwym zadaniem. Komiks Kazuo Umezu
(sylwetka artysty - poniżej) jest bowiem komiksową epopeją, „Wojną
i pokojem” Tołstoja świata mangi; imponującym dziełem nie tylko
pod względem objętości (prawie 1500 stron!), lecz nade wszystko
pod względem bogactwa wątków, motywów i poruszanych tematów.
Czerpiąc inspirację z „Władcy much” (1954) Williama Goldinga,
„Wehikułu czasu” (1888) Herberta G. Wellsa i
postapokaliptycznego nurtu w literaturze i kinie science-fiction oraz
z nie znającej ograniczeń własnej wyobraźni, Umezu stworzył
mangową serię, która chyba najdobitniej wyjaśnia dlaczego mówi
się o jej twórcy jako „ojcu horror-mangi”, „mistrzu mangi”
czy „najbardziej prominentnej postaci japońskiej mangi”. Trudność
w zrecenzowaniu „The Drifting School” wynika zatem z trudności
ogarnięcia świata przedstawionego i obecnych w nim idei i tematów.
Nie oznacza to bynajmniej, że jedyne co można zrobić z komiksem
Umezu, to zachęcić do jego przeczytania.
Świat przyszłości. Zaraza wirusa zombie została opanowana, a żywe trupy, zwłaszcza te o niskim stopniu przemiany, stały się częścią społeczeństwa człowieka. Człowiek sprowadził zombie do roli domowych zwierząt lub służących. I tak też rola przypada Sarze, która zamknięta w drewnianej skrzyni trwa do domu doktora Teramoto. „Służaca” wykonuje polecenia bez słowa; wydaje się być zupełnie niegroźna, potulna i bierna. Dla pracujących w ogrodzie robotników rodziny Teramoto okazuje się być też całkiem seksowna. Pewnego dnia Sara zostaje więc przez nich zgwałcona. Wydaje się jednak, że ani gwałt, ani codzienne obrzucanie kamieniami przez dzieciaki i kolejne ostre przedmioty wbijane w jej plecy przez nastolatków nie są w stanie wyrwać jej ze zrytualizowanego, automatycznego stylu „życia”. Dopiero śmierć Kenichiego, kilkuletniego synka Termaoto i jego żony Shizuko odmienia żałosną egzystencję Sary. Jednym ratunkiem dla chłopca jest ugryzienie przez zombie. Kenichi, rzeczywiście powraca z martwych i od tej chwili zaczyna traktować Sarę jaką swą matkę. Dziewczyna natomiast coraz częściej i więcej zaczyna przypominać sobie przeszłość, gdy była jeszcze człowiekiem.
Cha Tae-sik jest
samotnym, małomównym mężczyzną, który prowadzi mały lombard w
dzielnicy ciszącej się złą sławą. Niewiele o nim wiadomo poza
tym, że skrywa mroczny sekret związany z ze swoją przeszłością
i że stara się unikać ludzi. Jedyną osobą, która dotrzymuje mu
towarzystwa, jest gadatliwa, ale pełna dziecięcego uroku
dziesięcioletnia So-mi, córka sąsiadki - tancerki z nocnych klubów
i narkomanki. Zaniedbywana przez matkę, samotna jak Tae-sik,
dziewczynka bywa częstym gościem u właściciela lombardu, który
opiekuje się So-mi. Gdy matka małej kradnie sporą narkotyki,
należące do bezlitosnego gangu handlarzy narkotyków, dorabiających
także na handlu ludzkimi organami, ściąga na siebie i na córkę
poważne kłopoty. Kobieta zostaje w bestialski sposób zamordowana a
So-mi porwana. Tae-sik, dla którego dziewczynka była jedyną bliską
osobą, choć ścigany przez stróżów prawa niesłusznie
podejrzewających go o zbrodnie, wypowiada prywatną wojnę bandytom,
którzy zabili matkę So-mi i porwali dziewczynkę.
Yoon Young Nam jest
rozwódką i samotną matką, wychowującą dziesięcioletnią córkę,
Jeonju. Pewnego dnia, gdy Young Nam uczestniczy w ważnym spotkaniu
biznesowym ( z zawodu jest technikiem dentystycznym) nie odbiera
telefonu. Nie wie, że był to najważniejszy telefon w jej życiu.
To Jeonju zadzwoniła do matki, pragnąc zapytać, kiedy odbierze ją
ze szkoły. Ponieważ jednak Young Nam była zajęta i nie odebrała
telefonu, dziewczynka postanowiła samotnie wrócić do domu. Po
drodze zaczepił ją nieznajomy, kierujący samochodem, mężczyzna.
Zwabiona obietnicą odwiezienia do matki, dziewczynka zgodziła się
wsiąść do auta. Kilka godzin później zostaje znaleziona przez
przechodniów: na pół przytomną, z obfitym krwawieniem z narządów
rodnych. Okazuje się, że Jeonju została zgwałcona. Young Nam
pogrąża się w rozpaczy, ale szybko się z niej otrząsa. Jej celem
staje się schwytanie sprawcy i postawienie go przed sądem. Gdy
jednak nikt nie chce lub nie może jej pomóc, Young Nam na własną
rękę zaczyna szukać gwałciciela jej córki. Gdy udaje jej się go
namierzyć, ale policja pozostaje bezczynna, zranionej matce nie
pozostaje nic innego jak... zemsta.
Kang-do
jest samotnym, młodym mężczyzną, który zajmuje się ściąganiem
długów. Jest w tym naprawdę dobry, ponieważ nie zna litości dla
dłużników. Nie robi na nim żadnego wrażenia, że większość
dłużników, to żyjący na skraju nędzy rzemieślnicy, ledwo
wiążący koniec z końcem. Ponieważ ci, którzy zaciągnęli dług
nie są w stanie wywiązać się ze swoich zobowiązań, Kang-do
okalecza ich, aby mogli spłacić dług z polisy ubezpieczeniowej.
Obciąć dłonie czy połamać nogi to dla Kang-do żaden problem.
Bezduszny egzekutor długów budzi wśród dłużników nie tylko
autentyczne przerażenie, lecz także szczerą nienawiść. Pewnego
dnia Kang-do spotyka na swej drodze dziwnie się zachowującą
nieznajomą kobietę. Chociaż mężczyzna stara się ją przepędzić
wyzywając od najgorszych, ona wciąż za nim chodzi. Jest wytrwała,
znosi obelgi i upokorzenia. Ma na imię Mi-son i twierdzi, że jest
zaginioną matką Kang-do.
Historia trojga braci z małej
nadmorskiej osady, Bunohan: nauczyciela i biznesmena, Bakara, płatnego zabójcy,
Ilhama i młodego kickboxera Adila, uczestniczącego w nielegalnych zawodach
boksu tajskiego. Ich drogi rozeszły się wiele lat temu, ale splot okoliczności
sprawił, że wszyscy troje przybywają do rodzinne miejscowości. Kierują nimi
rożne motywy. Bakar pod pozorem opieki nad chorym ojcem, pragnie ubić interes
życia. Ma nadzieję sprzedać ziemię, należącą do jego ojca, lecz ten uparcie nie
wyraża zgody na transakcję. Bakar również jest uparty. Jest gotów na największą
podłość, by dopiąć celu. Ilhama w rodzinne strony sprowadza… zlecenie. Ma
odnaleźć Adila i zlikwidować. Ilham jest profesjonalistą, więc nie robi mu
różnicy, że jego celem jest młodszy, przyrodni brat. Na miejscu jego uwagę
zaprząta co innego: ktoś przeniósł groby, w tym grób jego matki z cmentarza na
plaży w jakieś nieuświęcone miejsce. Ilham uznaję, że najważniejsze jest
przywrócenie właściwego miejsca zmarłej matce. Jest również najmłodszy z braci:
Alid. Trafia do wioski wbrew sobie. Zostaje bowiem porwany z ringu przez
Malezyjczyków i wywieziony w rodzinne strony. Pobity znajduje przystań w
rodzinnej wiosce, w której przyjdzie mu się zmierzyć z przeszłością i z
rodzinnymi, mrocznymi sekretami.
Kotoko jest matką samotnie
wychowującą noworodka, Daijiro. Kotoko jest też chora. Cierpi na nieznaną
chorobę psychiczną, której jednym z objawów są przerażające halucynacje,
powodujące, że przypadkowe osoby ulegają duplikacji. Jedno z „wcieleń” wydaje się
niegroźne, a drugie jest agresywne i zagraża dziecku, o które bezpieczeństwo
matka panicznie się boi. Aby poczuć, że wciąż żyje, kobieta samookalecza się.
Nękają ją też wizje, w których gwałtowna śmierć spotyka Daijiro. W końcu Kotoko
zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie zajmować się synkiem i skutecznie go
chronić. Daijiro zostaje odesłany do siostry i mieszkających na prowincji
rodziców. Tymczasem w życiu Kotoko pojawia się mężczyzna. Któregoś dnia, jadąc
autobusem, kobieta zaczyna śpiewać. Gdy śpiewa, czuje się normalna, nie dręczą
ją upiorne halucynacje, wszystko wydaje się takie zwyczajne i niegroźne. Owego
dnia głos Kotoko usłyszał, podróżujący autobusem pisarz, Seitaro Tanaka, który
zakochuje się w dziewczynie. Związek trudno uznać za zwyczajny: kobieta
okalecza się, zachowuje się agresywnie wobec mężczyzny, spokojna jest tylko,
wtedy gdy śpiewa. Niemniej stan psychiczny Kotoko nieznacznie się poprawia.
Powrót Daijiro pod opiekę matki tylko na chwilę cieszy kobietę. Z czasem znów
zaczyna widzieć podwojone osoby…
Studiowanie życiorysów seryjnych morderców może się okazać niekiedy niezwykle pouczające. Okazuje się, że w dzieciństwie wielokrotnych zabójców odnajdziemy element wspólny dla niemal wszystkich z nich. To brak miłości ze strony rodziców. Niekiedy brak miłości wyraża się w sposób skrajny jako przemoc fizyczna i seksualna skierowanej wobec dziecka (m.in Henry Lee Lucas, Edmund Kemper ), ale rodzice, którzy wychowywali swe dzieci w emocjonalnej pustce, nawet jeśli nie stosowali wobec nich przemocy, hodowali w istocie przyszłych morderców. Brak miłości rodziców w stosunku do własnych dzieci jest źródłem emocjonalnych zaburzeń, które nawet jeśli nie prowadzą w dorosłym życiu do– psychopatii, to często do poważnych problemów z własną tożsamością i relacjami z innymi ludźmi. Brak miłości naznacza piętnem człowieka na całe życie, czyniąc go nieszczęśliwym i samotnym. Tak jak napiętnował on bohaterów powieści Ryu Murakamiego, „Dzieci ze schowka”.
Kiku i Hashi przyszli na świat w dworcowych schowkach na bagaż. Pozostawieni przez matki tylko cudem przeżyli. Ofiarowane przez los życie okazało się jednak koszmarem. Wychowywani wpierw w sierocińcu przez zakonne siostry trafili jako bracia do adopcji. Wraz z przybranymi rodzicami zamieszkali w małej osadzie, położonej na odizolowanej wyspie, gdzieś na krańcu Japonii. Wrażliwy, introwertyczny Hashi rozpaczliwie pragnie być kochanym. Silniejszy i sprawny fizycznie Kiku wyładowuje nadmiar energii w sporcie. Gdy Hashi dorasta pewnego dnia opuszcza bez słowa wyspę i wyrusza do Tokio z nadzieją na odnalezienie biologicznej matki. Szybko okazuje się, że w wielkim mieście nikt na niego nie czeka i musi radzić sobie sam. Aby przeżyć, zostaje męską prostytutką. Jednym z jego klientów jest producent muzyczny, który zafascynowany niezwykłym głosem Hashiego postanawia uczynić z niego gwiazdę muzyki pop. Tymczasem Kiku wraz z przybraną matką wyrusza do stolicy Japonii, by odnaleźć Hashiego. Poszukając swego „brata”, spotyka ekscentryczną dziewczynę – Anemonę, modelkę i właścicielkę na wpół oswojonego krokodyla. Hashi staje się wielką gwiazdą, żeni się ze swoją menadżerką i coraz bardziej pogrąża się w chorobie psychicznej. Kiku trafia do więzienia, ale nawet tam nie zamierza rezygnować swego planu. Ma zamiar zrzucić na Tokio chemiczne bomby i zniszczyć znienawidzony świat.
„Dzieci ze schowka” to debiut na polskim rynku wybitnego japońskiego pisarza Ryu Murakamiego ( niespokrewnionego z Harukim Murakami). Debiut, któremu patronują – trafnie wymieni – na odwrocie okładki Fellini, Gunter Grass, Dawid Bowie, Dostojewski i Marquez. „Dzieci ze schowka” są bowiem wybuchową mieszanką różnych gatunków i stylistyk. Tutaj w szalone tango rzucają się surrealizm z realizmem, magia z naturalizmem, makabra z poezją, magia z popkulturą. Słowem - literacki postmodernizm najwyższych lotów. Ale nie służy on autorowi do intertekstualnej gry z czytelnikiem, lecz staje się najdoskonalszym medium dla wyrażenia paranoi współczesnej, japońskiej rzeczywistości.
„Dzieci ze schowka” nie są lekturą łatwą, lekką i przyjemną. Powieść Japończyka jest bowiem niczym oceaniczny wir, który wciąg czytelnika, mimo iż już pierwsze zdania tłuką czytelnika po jego wrażliwości. Sceny homoseksualnych gwałtów, zabójstwo, okaleczeń rozgrywają się w ponurej, niemal turpistycznej scenerii Opuszczone fabryki, zrujnowane osiedla, zatruta miejska enklawa zamieszkała przez bezdomnych i społecznych wyrzutków, nocne kluby, tanie hotele, odizolowane wyspy, składy broni chemicznej a pośród tego ludzie – jakby niepełni, zredukowani, wyalienowani, okaleczeni fizycznie i emocjonalnie. Murakami zapełnia powieść tłumem ekscentryków, outsiderów, kalek, mutantów, dziwolągów, których na swej drodze spotykają Kiku i Hashi. Tak jakby chciał dowieść, że współczesna Japonia stała się chorym krajem zamieszkałym przez chorych, zdegenerowanych obywateli. Bo jego wizja rodzimego kraju nie ma w sobie nic pocztówkowego. Blisko jej do Japonii znanej choćby z kart powieści Natsuo Kirino, ale wydaje się, że Murakami w pasji tropienia patologii społecznej rzeczywistości Kraju Kwitnącej Wiśni posuwa się jeszcze dalej. Rzecz jasna, w tej sugestywnej, mrocznej wizji Japonii największą uwagę przykuwają główni bohaterowie.
„Dzieci ze schowka”, mimo pozorów gatunkowo-stylistycznego miszmasz czynią zadość schematowi Bildungroman, czyli gatunkowi powieściowemu, opowiadającemu o dorastaniu młodych bohaterów (np. „Wielkie Nadzieje”). Książka japońskiego pisarza korzysta ze schematu, ale czyni to w sposób przewrotny. Opisuje bowiem dorastanie - jak słusznie zauważa Piotr Koft w swojej recenzji - jako koszmar, jako antydojrzewanie. Kiku i Hashi brutalnie wyrzuceni z matczynego łona, pozostawieni sami sobie w schowkach-trumnach, naznaczeni piętnem pochodzenia tak naprawdę nie dorastają, nie dojrzewają. W głębi duszy pozostają pozbawionymi matczynej miłości dziećmi, które przez całe życie szukają tajemniczego dźwięku. Okazuje się nim odgłos bicia serca matki. Hashi zanim tęskni, Kiku go nienawidzi. Hashi będzie chciał być kochanym i akceptowanym, Kiku będzie przepełniony gniewem i złością. Obaj jednak, w skutek braku miłości, której bolesnym, materialnym symbolem stała się dworcowa skrytka na bagaż, pozostaną wyalienowani, rozbici i niekompletni w swym człowieczeństwie. Nie czeka ich żadna świetlana przyszłość. Sława, blichtr, pieniądze Hashiego okażą się jedynie ulotnym mirażem, destrukcyjne zapędy Kiku zaprowadzą go do więzienia. Ale to właśnie Kiku wykaże się mądrością. Zrozumie, że musi się narodzić na nowo, że świat musi narodzić się na nowo.
„Dzieci ze schowka”, jak każde ponadprzeciętne dzieło, jest utworem niezwykle bogatym w znaczenia. Bo to zarazem opowieść o świecie, który oszalał, historia koszmaru stawania się dorosłym, opowieść o piętnie życia bez miłości, jak też przejmujący obraz wyalienowania młodych Japończyków. Ale nie tylko. Murakami zawarł w swej powieści jeszcze jedno przesłanie: wszyscy jesteśmy zamknięci w schowkach. Otoczeni przez dobra konsumpcyjne, pieniądze, przez konformizm zabijający nasze prawdziwe ja. Osaczeni przez własne żądze i pragnienia, przez innych ludzi żyjemy w złotych klatkach, zatracając autentyczne uczucia i emocje, zatracając siebie. Jaki jest ratunek przed życiem w schowku? Odpowiedź zawiera, wstrząsający, apokaliptyczny finał powieści Murakamiego.
MOJA OCENA:8/10
Ryū Murakami, Dzieci ze schowka (Coin Cocker Babies), przekład Małgorzata Dutka, Świat Książki 2009
KIM JEST RYŪ MURAKAMI ?
Urodzony w 1952 r. w Saebo, w Nagasaki jako Ryūnosuke Murakami zawdzięcza swoje imię (w pełnym brzmieniu) głównemu bohaterowi samurajskiej powieści „Daibosatsutoge” Nakazato Kaizan (1885–1944). Po ukończeniu edukacji w gimnazjum w Sasebo Murakami dostał się do liceum, w którym poza nauką, zajmował się m.in. graniem na perkusji w zespole rockowym oraz występowaniem w drużynie rugby. Okres dorastania Murakamiego przypadał na czas studenckich protestów i radykalizacji społecznych postaw młodych Japończyków. Podczas trzeciego roku nauki Murakami wraz z kolegami ustawił na dachu szkoły barykadę. Został ukarany za ten akt nieposłuszeństwa trzymiesięcznym zawieszeniem w prawach ucznia. W tym czasie Murakami znalazł się pod silnym wpływem subkultury hipisów co zaowocowało debiutancką, autobiograficzną powieścią, „Kagirinaku tōmeini chikai burū” („Almost Transparent Blue”, 1976). Debiut Murakamiego nagrodzono prestiżową Akutagawa Prize i stał się on początkiem jego artystycznej kariery.
Po ukończeniu nauki w szkole średniej, Murakami dostał się na Musashino Art University i ponownie zaczął się udzielać w zespole rockowym. Nakręcił także niezależny film, na 8 mm taśmie. Z kinem, w późniejszych latach wiązał się wielokrotnie. Już w 1979 r. zrealizował adaptację swej debiutanckiej powieści, w sumie stawał za kamerą pięciokrotnie. Jak do tej pory tylko dwie jego powieści zostały sfilmowane przez innych reżyserów. Pochodzący z 1999 r. kultowy horror Takashi Miike, „Gra wstępna” to filmowa wersja powieści„Ōdishon” („Audition”, 1999) Murakamiego. Wersja Miike tak bardzo spodobała się pisarzowi, że zgodził się by kontrowersyjny japoński reżyser sfilmował także „Dzieci ze schowka”. Niestety, Miike nie zdołał zebrać funduszy na realizuję adaptacji i ostatecznie projekt przejął awangardowy włoski twórca Michele Civetta. W filmie mają zagrać m.in Tadanobu Asano, Val Kilmer i Asia Argento (prywatnie żona reżysera).
Ryū Murakami w 1981 r. napisał wspólnie z innym słynnym Murakamim, Harukim powieść „Walk, don`t run”. Haruki ceni sobie zresztą młodszego o trzy lata kolegę. Zapytany o ulubionego japońskiego pisarza bez wahania wskazał na Ryū Murakamiego.
Chyba najtrudniejszym momentem w karierze każdego twórcy jest sytuacja, która ma miejsce po odniesieniu olbrzymiego sukcesu. Jak udźwignąć ciężar sławy? Jak spełnić o wiele wyższe niż poprzednio oczekiwania widzów? Jak przeskoczyć wysoko ustawioną poprzeczkę własnego osiągnięcia? Z tego rodzaju dylematami zapewne musiał zmierzyć się koreański reżyser Bong Joon-ho, twórca megaprzeboju azjatyckiego kina – „The Host – Potwór”. Film zarobił na świecie ponad 87 mln dolarów (przy budżecie 11 mln dolarów), a w rodzimej Korei ustanowił frekwencyjny rekord – ponad 13 mln widzów. Imponujące wyniki jak na produkcję niehollywoodzką, ale zobowiązujące. Od autora takiego sukcesu wymaga się kolejnych sukcesów. Jak Bong poradził sobie z tą presją? W najprostszy sposób: jego następny pełnometrażowy film, którym jest omawiana „Matka”, w niczym nie przypomina widowiskowego „The Host – Potwór”. No prawie w niczym. Jeśli się dokładniej przyjrzeć najnowszemu dziełu Koreańczyka, to okaże się, że pozostał on wierny wielu swoim ulubionym tematom i bohaterom.
„Matka” przypomina pod pewnymi względami doskonałą „Zagadkę zbrodni”(2003). Akcja rozgrywa się w prowincjonalnym miasteczku, gdzie wszyscy znają wszystkich. Senną atmosferę przerywa wiadomość o odkryciu zwłok miejscowej uczennicy Ah-jung. Morderstwo? Mieszkańcy bardziej niż przerażeni są podekscytowani. Lokalna policja wszczyna śledztwo, ale jak wiemy choćby ze wspomnianej „Zagadki zbrodni” – daleko jej do pełnego profesjonalizmu. Za kratki trafia Do-joon, umysłowo opóźniony, jedyny syn tytułowej bohaterki. Matka chłopaka jest głęboko przekonana, że chłopak nie mógł popełnić zbrodni. Przecież nie skrzywdziłby nawet muchy, a co dopiero niewinnej dziewczyny. Gdy zawodzą oficjalne metody i urzędy służąc obronie praw osób niesłusznie oskarżonych, wszczyna własne, matczyne śledztwo.
Niezwykły film! Cudownie udana mieszanka humoru, wzruszenia i napięcia, rewelacyjna gra sześćdziesięciodziewięcioletniej Kim Hye-ja w roli matki oraz bezbłędna reżyseria Bonga to największe atuty najnowszego filmu twórcy „Zagadki zbrodni”. No i scenariusz, który reżyser napisał wspólnie z Park Eun-kyo - pełen zabawnych, wzruszających i trzymających w napięciu scen, grających na uczuciach widzach z inteligencją i wdziękiem. Zagadka kryminalna, która jest największym wabikiem przykuwającym uwagę widzów aż do przewrotnego, ironicznego finału pozostaje nierozwiązana. Choć pozornie po drodze zostaje kilkakrotnie odkryta. Ale wątek kryminalny jest jedynie pretekstem do zaprezentowania żywego i dalekiego od banału portretu prowincjonalnej Korei. Twórca kreśli ten portret błyskotliwie, z lekkością piórka i z sympatia dla swoich bohaterów uwikłanych w lokalne układy i afery.
Gwiazdą filmu jest Kim Hye-ja, ale brawa należą się także reżyserowi. Rzadko możemy zobaczyć we współczesnym kinie aktorki, które przekroczyły pięćdziesiąt lat w głównych rolach. Bong nie oglądał się jednak na innych i trafił w dziesiątkę, obsadzając Kim w swym filmie. Aktorka, która w swej karierze ma przede wszystkim występy w telewizyjnych dramach (serialach), uczyniła wszystko, by nie zawieść zaufania reżysera. W filmie odgrywa prawdziwy, aktorski koncert emocji. Jest zabawna, okrutna, irytująca, wzruszająca (scena, gdy chce przekupić policjanta ziołami, z których słynie w okolicy), uparta, nieznośna, sprytna i nade wszystko zdeterminowana tak, jak potrafi być tylko matka. Z pomocą błyskotliwego scenariusza Kim stworzyła jeden z najbardziej zapadających w pamięć portretów kochającej matki w kinie ostatnich lat. Aktorka wraz z reżyserem dowodzą wykreowaną przez siebie postacią czegoś jeszcze. Powiedzenie, że matczyna miłość bywa ślepa czasem może przybrać dramatyczną dosłowność.
Nie zapominajmy jednak o pozostałym zespole aktorskim. Przede wszystkim o Won Binie w roli ociężałego umysłowo Do-joona i głównego podejrzanego. Zagrać głupka wydaje się dziecinnie proste, lecz w rzeczywistości trzeba sporo talentu, żeby nie przesadzić. Won sprostał temu zadaniu. Zdobywa naszą sympatię na dzień dobry.
Właściwie trudno wskazać jakieś słabsze punkty, bo także na drugim planie dzieje się wiele (wątek Ah-jung, kilka celnych scen rodzajowych, zwłaszcza scena wizji lokalnej, która gromadzi całe miasteczko.) Zasłużenie „Matka” zdobyła prestiżową nagrodę Blue Dragon Award dla najlepszego filmu 2009 r. a Kim Hye-ja otrzymała wyróżnienie dla najlepszej aktorki na Asia Pacific Film Festiwal.
„Zoo” zrealizowane przez pięcioro młodych japońskich twórców na podstawie opowiadań Otsushiego to film nowelowy, potocznie (ale nieprawidłowo)zwany antologią. Na portalach internetowych jest on prezentowany jako przedstawiciel horroru, a ja się zastanawiam dlaczego? Skoro na dobrą sprawę żadna z historii nie ma nic wspólnego z tym gatunkiem filmowym. No prawie nic, ale w tym przypadku „prawie” nie robi różnicy. To „prawie” to obecna we wszystkich nowelach tematyka śmierci. Bohaterowie umierają z różnych powodów i w różnych okolicznościach, lecz w filmach Bergmana śmierć również zbiera obfite żniwo, a nikt nie ośmieliłby się nazwać „Milczenia”, „Persony” czy „Szeptów i krzyków” horrorami. Powiedzmy sobie zatem wprost: „Zoo” nie jest filmem grozy, co najwyżej zbiorem dramatycznych historii ze śmiercią w tle i z odrobiną charakterystycznej japońskiej „dziwności”.
A oto SPIS TREŚCI wraz z krótkim omówieniem.
1.Kazari i Yoko
Tytułowe bohaterki to dwie siostry bliźniaczki. Kazari jest ukochaną córeczką psychopatycznej mamusi, jest ładna, zadbana, dobrze się uczy. Yoko sprawia wrażenie upośledzonej, jest bita, poniżana, traktowana gorzej niż zwierze przez nienawistną matkę i okrutną siostrzyczkę. Dziewczynka zaprzyjaźnia się z samotną, starszą kobietą, Mizuko, która staje się dla Yoko jedyną przyjazną duszą w nieludzko traktującym ją świecie. Ta historia nie może się jednak skończyć dobrze…dla Kazari
Najbardziej przejmująca, wzruszająca nowela z całego zbioru. Ale trzeba by nie mieć serca, by nie być poruszonym obrazami znęcania się matki nad własnym dzieckiem. Fabularnie jednak to nic innego jak jeszcze jedna wariacja na temat „złej i dobrej” bliźniaczki. Że jest znacznie powyżej przeciętnej to w dużej mierze rezultat wzruszającej gry nastoletniej Ryôko Kobayashi w podwójnej roli sióstr bliźniaczek. Aż się nie chce wierzyć, że obie dziewczynki zagrała ta sama aktorka. I dodajmy do tego angażującą emocje opowieść, a otrzymamy jeden z najjaśniejszych momentów „Zoo”.
2.Seven Rooms
W betonowym pomieszczeniu zamkniętym, ciężkimi, metalowymi drzwiami uwięzieni zostali kilkuletni Satoshi oraz jego nastoletnia siostra Yui. Nie mają pojęcia ani jak się znaleźli w tym pomieszczeniu, ani dlaczego. Wkrótce udaje im się ustalić, że obok nich znajduje się jeszcze sześć identycznych pomieszczeń, a w każdym z nich przebywa kobieta. Dowiadują się także, że kobiety są systematycznie zabijane przez tajemniczego mordercę.
Najbardziej ascetyczna i najmniej skomplikowana nowela. Prosta fabularna wskazuje wyraźnie na metaforyczny charakter „Seven Rooms”. Metafora, którą stara się być ten film, jest jednak zbyt ogólna i w rezultacie poza ambitnym i intrygującym pomysłem wyjściowym otrzymujemy jedynie szkic opowieści, która mogła na jego podstawie powstać. Plus uroda Yui Ichikawy oraz blondowłosy Patrick Harlan w roli kata z piłą mechaniczną w ręku.
3.SO-far
Rodzice kilkuletniego Kena giną w wypadku samochodowym. Wkrótce jednak pojawiają się w domu chłopczyka. Co ciekawe Dziecko (tak jest określane w filmie) zaczyna widzieć zarówno ojca jak i matkę, ale jego rodzice tylko swego syna. Wkrótce chłopiec staje się powiernikiem między rodzicami. Okazuje się, że rodzice małego bohatera przeżywają głęboki małżeński kryzys.
Najlepsza nowela, ale pod warunkiem, że nie nastawimy się na horror. Jest to bowiem jedna z najoryginalniejszych opowieści, jakie widziałem, na temat małżeńskiego kryzysu i dramatycznego oddalania się od siebie niegdyś kochających osób widziana oczami dziecka. Ot, tak japońska wariacja na temat dramatu rozwodowego w stylu słynnej „Sprawy Kramerów”. W „SO-far”, mamy w przeciwieństwie do „Seven Rooms”, do czynienia z metaforą udaną – zgrabną, pomysłową i treściowo pojemną. I niech nie zmyli nas konwencja ghost story w stylu „Szóstego zmysłu”. Konwencja użyta jest z premedytacją, ale nie do straszenia widzów, lecz do wyrażenia grozy zamierającego uczucia szczęścia. Finał rozwieje nadzieje każdego, kto liczył na horror. Co bynajmniej nie jest wadą.
4. Rishini no himi
Najbardziej zaskakująca, ponieważ jest to opowieść anime. W świecie po Apokalipsie pewien uczony powołuje do życia dziewczynę-cyborga. Zamieszkują razem w pięknym domu, w otoczeniu bujnej przyrody (która - jak się można domyślić - jest iluzją). Dziewczyna uczy się najprostszych przejawów życia: poznaje smak kawy, uprawia ogródek, uczy się gry w szachy. Dowiaduje się także, że jej stwórca jest ciężko chory i niebawem umrze.
Pod względem wizualnym żadne zaskoczenie. Typowe japońskie anime, lecz w tym przypadku słowo „typowe” oznacza bardzo wysoki poziom. Fabuła wydaje się nieco szkicowa, ale zawiera kilka zaskakująco poetyckich momentów. Historia ma też subtelny, wyrafinowany klimat, kontrastujący z grozą śmierci, która wdziera się do tego bajkowego świata. Ku zadumie.
5.Zoo
Pewien mężczyzna jest zafascynowany piękną kobietą w czerwieni. Nieustannie pstryka jej zdjęcia polaroidem, chcąc uwiecznić jej efemeryczne piękno. Pewnego razu, po drodze zatrzymują się w opuszczonym ogrodzie zoologicznym. Pomiędzy mężczyzną i kobietą dochodzi do kłótni, która kończy się tragicznie. Jakiś czas potem ktoś przysyła bohaterowi każdego dnia zdjęcia twarzy kobiety, które rejestrują kolejne fazy rozkładu ciała.
Najbardziej dziwna i najbliższa potocznemu rozumieniu filmowej grozy. Ponownie jednak konwencja ghost story nie służy straszeniu, lecz podkreśleniu metaforycznego charakteru opowieści. Że nie chodzi o dosłowność świadczy ascetyzm formalny, kameralność opowieści (tylko dwoje aktorów), fabularna prostota oraz symbolika (zoo, klatki, zebra, czerwona suknia kobiety, kilkakrotnie powtarzające się ujęcie zmieniającego się oblicza kobiety). Metafora przemijania, grozy umierania, kruchości piękna jest oddana przejmująco, a przy tym oryginalnie. Niemniej można dostrzec w „Zoo” liczne (być może nieświadome) nawiązania do jednego z wczesnych filmów Petera Greenewaya, „Zet i dwa zera” (1985). Akcja u Anglika rozgrywała się m.in. w zoo i koncentrowała się wokół kruchości ludzkiego ciała i śmierci rozpatrywanej w sensie biologicznym. A zatem blisko obrazu Hiroshi Ando, reżysera japońskiej noweli.
Fabuły poszczególnych opowieści wchodzących w skład „Zoo” są odmienne, ale poza obecnym w każdej z niej motywie śmierci, łączy je jeszcze jedno: przesłanie. Zostaje ono sformułowane w ostatniej historii „Zoo”. Mężczyzna jest zdziwiony, gdy kobieta komentując puste klatki, dochodzi do wniosku, że zwierzęta musiały pouciekać z metalowych ogrodzeń. Mężczyzna zastanawia się, jak zwierzęta byłyby w stanie otworzyć zamki i uciec z klatki. Kobieta pyta się: a ty byłbyś w stanie otworzyć zamek w swojej klatce?
Tematem wszystkich nowel są klatki – rozumiane alegorycznie jako wszystkie ograniczenia krępujące nasze życie, ale też dosłownie jako więzienie („Seven Rosom”). Bohaterowie poszczególnych nowel pragną tylko jednego: wyrwać się, wydostać się na zewnątrz, być poza piekłem stworzonym przez innych (nowele 1, 2, 4)lub przez nich samych (nowela 3,5). Czy można jednak wydostać się z klatki, która w mniejszym lub większym stopniu jest życiem każdego z nas? Czy jesteśmy tym, kim byśmy naprawdę chcieli? Czy robimy rzeczywiście to, co chcemy? Czy jesteśmy szczęśliwi? Ucieczką z więzienia życia może być tylko śmierć. Na szczęście „Zoo” oferuje widzom możliwość wielu interpretacji, zatem nie musimy z filmu wyciągać aż tak pesymistycznych wniosków.